logo

2 dni, 10 fajek, 1 noc w budzie


... Turnię oblegają kozice. Grzeją się w słońcu i skubią zieleninę. Nie robię na nich dobrego wrażenia, bo patrzą na mnie jak na idiotę. Nie dyszę, żeby nie robić wiochy, żeby sobie nie myślały, iż taki słabeusz jestem. Idę sobie noga za nogą, nie ślamazarnie, a tylko niespiesznie, nie gwałtownie, zwyczajnie, jak na spacerze krajoznawczym. Ale one i tak się nie dają nabrać, skubią trawę trzy metry ode mnie i ignorują mnie, jakby mój los z góry był przesądzony, jakbym za chwilę miał się stać ich paszą. - „Cholera, a jak mnie zaatakują?! Przecież nie mam siły się bronić” - dziwna jakaś ta myśl. Tak, boję się już wszystkiego. Mój mózg musi być chyba niedotleniony.... Zapraszamy do lektury tatrzańskiej bujdałki autorstwa  Adama Śmiałkowskiego. W gorące letnie dni niech będzie dla Was ochłodą - jest to bowiem bujdałka "zimowa".


 

2 DNI, 10 FAJEK, 1 NOC W BUDZIE

Odkąd wróciłem z grani Tatr Zachodnich, zająłem się matematyką. W szkole mnie nie interesowała, w finansach nie umiem jej stosować, wciąż niewiele z niej rozumiem. A jednak cyfry są wielkie, kuszą, przemawiają, rozbudzają we mnie obrazy, uczucia ... tętnią życiem, wyrażają to czego nie jestem w stanie oddać łzami, słowami, śpiewem, ani graniem... Wszędzie ta grań się wciska. A miała być łatwa. Miało być komfortowo. No i było jak zwykle ... niebywale.
 

Fot. Adam Śmiałkowski

            Noc się długo nie stawała dniem. Tuż przed 5 (piątą rano) weszliśmy w las z Huciańskiej Przełęczy. Zaspani, zupełnie nie zdający sobie sprawy z tego co robimy, już na wstępie mający wątpliwości, po co to robimy, brnęliśmy pod górę, nie mogąc się doczekać dnia. Ale ja za to byłem dumny ze swoich wyliczeń. Tak kalkulowałem, żeby być gdzieś przed Siwym Wierchem, jak zacznie być jasno. No i byliśmy przed 7.00. Na szczycie skonstatowaliśmy, że zrobiliśmy jakieś 900 metrów przewyższenia. To nas napawało optymizmem. Tyle tylko że nie wiedzieliśmy ile tych metrów jest do końca. Do tego chmury się plątały, gęste jak zupa. Jakaś mgła się nasuwała na Siwe Skały. Byłem zły i kląłem do swojego, Bogu ducha winnego, partnera. Musiałem jakoś frustrację odseparować od swojego czystego ducha, który miał się unosić nad tą przecudną krainą i lewitować wraz ze mną, w pozamaterialnym świecie gór. A Majer jak matka najczulsza i najwyrozumialsza, ze spokojem Buddy, odpowiadał:
-         To zaraz przejdzie, przez dzień się rozwieje. Wszystkie prognozy mówiły że będzie ładnie.
Chciałem mu wierzyć. Byłem jednak nie wyspany, a ponadto wiał wiatr, prawie jak wtedy gdy rok wcześniej przegonił nas do domu, tuż za Palenicką Przełęczą. Obrzydłą była mi myśl o ponownym niepowodzeniu.
            Na Palenicy Jałowieckiej zatrzymaliśmy się o 7.30. Majer otworzył swoją 10-cio cygaretową papierośnicę i wyciągnął z niej pierwszego z dziecięciu 'aromatycznych' skrętów. W górach trzeba jarać, nawet jak się nie pali gdzie indziej. Dlaczego? Wystarczy poczytać trochę klasyków tatrzańskich bujdałek – Szczepańskiego, Długosza, a nawet bliższych współczesności. W ich opowiadaniach, w kluczowych momentach ktoś zawsze zapala papierosa, prawie tak samo, jak w starych, czarno – białych amerykańskich filmach. Świat i myśli wówczas stają się klarowniejsze, zaczyna się zupełnie poważne traktowanie życia, a jednocześnie banalne i nieistotne problemy puszcza się z dymem. Im więcej dnia przybywało, tym lepsza pogoda się robiła. Wiatr rozwiał chmury, a przed Brestową założyliśmy okulary. Już czułem się jak zdobywca, a dopiero zaczęła się pokazywać właściwa grań. Stąpaliśmy niczym lodołamacze, raniąc niekiedy boleśnie golenie przełamujące lodoszreń.
            Momentami dmuchało bardzo mocno. Dzięki temu szliśmy szybko, chroniąc się w ten sposób przed utratą ciepła. Wystarczyła chwila przestoju, by ciało czuło przemarzanie. Twarz drętwiała w podmuchach, a od strony wiatru czuliśmy bolesne sztywnienie skroni i oka. Gnaliśmy w ustronne miejsce żeby zajarać drugiego papierosa tuż za Małym Salatynem, koło 10.30. Wejście na Pacholę było momentami walką o utrzymanie równowagi. Głęboko hen pod nami, błyszczały w słońcu nagie i bezśnieżne równiny Liptowa i połyskiwała Liptowska Mara. Na grani śniegu było pod dostatkiem. Nie ziściły się nasze płonne rojenia, o łatwym prześlizgnięciu się grzbietem Tatr, przypruszonym śniegiem. W końcu to góry i zima. Nie ma lekkich przejść, nie ma wiosny zimą, jak i nie ma grani bez przepaści. Uciekaliśmy przed dujawicą, w nadziei, że z każdą nową godziną, wiatr się zmniejszy, aż zupełnie ucichnie. Z tą nadzieją i w tym fałszywym przekonaniu szliśmy już tak do końca dnia. Nie byłoby nawet o czym opowiadać, gdyby nie tych kilka postojów na papierosa, kiedy dławiliśmy cholerny wiatr, mocniejszymi sztachnięciami, a piekąca machorka dawała nam rzeczywiste poczucie własnych sił, i wiarę w przetrzymanie nieustępliwych podmuchów. Stawaliśmy, braliśmy kilka łyków z termosu, Majer odbezpieczał wieczko papierośnicy, a ja się upajałem dymem i cyframi zegara: 11.30 – Banikowska Przełęcz, trzeci papieros.
            Ściśnięci tą walką z przeciwnościami i skupieni na żarze skręta, nie mieliśmy możliwości podziwiania panoram, ani widoków. Nie było miejsc osłoniętych od wiatru. Kiedy zdawało się nam, że takie znaleźliśmy, zaraz okazywało się, iż była to tylko krótka przerwa w powiewach. Patrzyliśmy kilka metrów przed siebie, szukając jedynie właściwego kierunku grani i traktując każde wzniesienie jak przeszkodę do pokonania. Gdzieś przed Igłą w Banówce włożyliśmy kijki do plecaków i wzięliśmy do rąk czekany. Próby wygrzebania łańcucha spod lodu nie powiodły się. Udał się za to trawers na równowagę po skale. Potem był jeszcze jakiś kominek, w którym wiatr chłostał w nas lodem, zawiewanym z góry, i parę miejsc z łańcuchami przy Trzech Kopach.
            Tuż pod Przednią Kopą, schroniliśmy się na fajkę, przy jakimś zagłębieniu w graniu. Z lubością wciągałem wojenny dym z partyzanckiego tytoniu, którym Majer dysponował i z zadowoleniem oglądałem w myślach na wszystkie strony kolejne cyfry: 13.30. Wiatr porwał mój woreczek na okulary i kiedy już pogodziłem się z tą stratą, ten przyfrunął z powrotem pod moje stopy. Odczytałem to jako dobrą wróżbę, ukłon wiatru dla nieugiętych fanatyków zimowego jarania na świeżym powietrzu. Zebraliśmy się, by pokonać ostatnie łańcuchy w drodze na szczyt, a potem by zejść na Smutną Przełęcz i zobaczyć przed sobą smukłą sylwetkę Rohacza Płaczliwego. Wzięliśmy ponownie kijki w dłonie i o 15.00 osiągnęliśmy nasz ostatni wierzchołek tego dnia.
            Przedmuchani na wskroś przez wiatr, z płucami pełnymi zimnego powietrza, z myślami zmąconymi tytoniem, bez wahań i zgodnie, podjęliśmy decyzję o opuszczeniu grani i noclegu w Żarskiej Chacie. Schodziliśmy z Żarskiej Przełęczy śladami nart, szukającymi przejść między łanami kosodrzewiny, a o 16.00 zamawialiśmy już piwo i kapustową polewkę. W zapadającym zmroku, pośród świerkowego lasu, oparci o balustradę werandy, oddawaliśmy się nikotynowej rozpuście, paląc po calaku skręta numer 5 i 6. Zamykając główny budynek, i uciekając przed nocą do domu w Smreczanach, Chatar wpuścił nas do drewnianej budy, pełniącej rolę noclegowni dla biedoty i ekstremalistów. W izbie z piętrowymi pryczami urządziliśmy sobie popas. Majer uruchomił elektryczny piec głośno terkotający, który teraz zastępował nam szum wiatru. Gotując wodę na kolejne kubki herbaty, kawy i kleiku ryżowego upajaliśmy się ciepłem i swoją dotychczasową sprawnością. W świat puściliśmy wieści o sukcesach polskiego taternictwa zimowego, i o porażce natury w starciu z polskim duchem zdobywców. Ćmiliśmy przy tym faję za fają, czyli 7 i 8 (już na spółę), jakby przyszłość nie istniała, jakbyśmy spełnili sen o potędze. Z tego letargu i upojenia, wyrwały nas pukania w okno, a po chwili do drzwi. To przyszła grupa trzech słowackich ekstremalistów, szukających noclegu, których wpuściliśmy pod dach, lecz do innej izby. Zasypiając, walczyłem z wiatrem, gdy zorientowałem się, że to nie on, ale piekielny piec dławi moje uszy. Chciałem wyłączyć to źródło ciepła i radości Majera, lecz ten nie przystał na to, upierając się, że zamarzniemy, a wraz z nami słowacka elita w izbie obok. Ustąpiłem, świadom tego, że to Majer nosi srebrną papierośnicę na piersi... Niezapomniane są noce w górach:
Tuutuutuutuu tuuf, Tuutuutuutuu tuuf, Tuutuutuutuu tuuf, Tuutuutuutuu tuuf, Tuutuutuutuu tuuf, Tuutuutuutuu tuuf, Tuutuutuutuu tuuf, Tuutuutuutuu tuuf, Tuutuutuutuu tuuf, Tuutuutuutuu tuuf, Tuutuutuutuu tuuf, Tuutuutuutuu tuuf, Tuutuutuutuu tuuf, Tuutuutuutuu tuuf, Tuutuutuutuu tuuf ...
 
           
            Zgodnie z planem, ale w zupełnej niezgodzie z ciałem i duchem, zwlekamy się z pryczy o 4.15. Gotujemy, jemy i klniemy, na swój całkowity brak wyobraźni i instynktu samozachowawczego. 5.20 wychodzimy w ciemną ciszę, czuję że wreszcie odpoczywam, uwolniony od budy z gadającym piecem. Drałujemy pod górę, z powrotem na Żarską Przełęcz, na której witamy wschód słońca tuż przed 7.00.


O wschodzie. Fot. Adam Śmiałkowski

Trawersujemy do Rohackiej Przełęczy, w nowym dniu, przy bezwietrznej pogodzie, z granatowo – purpurowym niebem. Wszystko to byłoby wspaniałe, radosne i podniosłe, gdyby nie wyobraźnia ... podpowiadająca nieskończenie daleką drogę do kresu tegoż dnia; drogę pełną męki, bez fanfar i bez chwały.
            Dobrze się idzie, gdy nie trzeba walczyć z wiatrem. Z przełęczy grań dźwiga się równomiernie do góry. Po prawej różowieje Dolina Jamnicka, z lewej w głębokim cieniu, mroczy się otchłań Doliny Smutnej. Jest przepaściście, niemal jak w Tatrach Wysokich. Kominek pod szczytem nie stawia oporu, odkryty łańcuch ułatwia zadanie. Mały wierzchołek Rohacza Ostrego nie daje nam za wiele miejsca do przystawania. Trzeba szukać zejścia, a to wydaje się niemożliwe. Chciałoby się przemknąć od tej jaśniejszej, słonecznej strony, tymczasem trzeba iść ostrzem, a po paru metrach, przesunąć się na stronę Smutnej, i tam w jej ponurym cieniu, tuż przy grani, obchodzić trudności z pomocą łańcuchów. Przy jednym spędzamy dłuższą chwilę, odkopując go na przemian, co się nam tylko częściowo udaje. Kiedyś stawiało się nogę na 'jakoś to będzie' i zawsze się udawało. Z wiekiem, jak ma się postawić nogę na 'jakoś to będzie', to zawsze jest pewność, że się nie uda. Więc myślę, metodycznie jak matematyk, wyliczam odległości, do stopnia, do chwytu, i stawiam nogę w mozolnie opracowanym punkcie. Tym samym pewnie zużywam więcej kalorii ... no a potem brakuje sił, pić się chce, itd. Wreszcie możemy przejść w łatwiejszy teren nad Jamnicką Przełęczą. Lodoszreń trzaska jak rozbijane szkło, zsuwa się stokiem przed nami dźwięcząc tysiącami odprysków. Na przełęczy pijemy i cieszymy się z pokonania najtrudniejszego odcinka grani. Trzeba to jakoś uczcić, a jeśli tak, to najlepiej skrętem. Żar papierosa stapia z nas resztki nocy.


Fot. Adam Śmiałkowski
            9.00. stajemy na Wołowcu. Przed nami łańcuch polskich Tatr Zachodnich. Wydają się wyższe, z większymi odległościami między szczytami. Liczę godziny, ale nie mam pojęcia, jak daleko mamy do celu. Chwytam się tylko najbliższych wzniesień, żeby dojść do tego przed nami, w miarę szybko, a dalej się zobaczy. W końcu chodzi o to, by zobaczyć, na co nas stać, nie koniecznie o tą grań. To chyba pierwsza wątpliwość, pierwsze zachwianie wiary w możliwość dojścia dziś do Liliowego. Nie chce mi się o tym myśleć, dziwnie mnie to wyczerpuje. Najważniejsze że nie ma wiatru. Obu nas cieszy piękna pogoda. Planujemy następny postój na Jarząbczym. Odległość do niego wygląda strasznie. Gdyby choć nie trzeba było tyle schodzić ... a potem znowu do góry, i w dół ... żeby znów wyjść na wysokość, z której się przed chwilą zeszło. To wydaje się pozbawione sensu. Nie można tak o tym myśleć, trzeba iść.


Poprzez biel. Fot. Adam Śmiałkowski

            Opuszczamy się w czeluść Niskiej Przełęczy, zaprawdę bardzo niskiej ... Jest ciepło, gorąco. Chowam kurtkę do plecaka. Stadko kozic przed nami, skubie leniwie trawę na wytopionych ze śniegu grzędach. Jest wreszcie siodło przełęczy, a nad nim malowniczo podzielony światłocieniem, stok Jarząbczego Wierchu. W cieniu jest on pokryty płytkim lodem, mizernie trzymającym zęby raków. Źle postawiana stopa grozi obsunięciem na dno Chochołowskiej. Pniemy się bez słów, pilnując rytmu własnych kroków i oddechu. Wyżej jest zimno. Znów się ubieram. Tak będzie wyglądała większość dzisiejszego dnia – przebieranie, oddychanie, stąpanie. Jest wierzchołek. Nie wiem nawet czy nas cieszy, bo teraz widzimy już następne. Zatrzymamy się dalej, tu jest za zimno.


Na rozstaju. Fot. Adam Śmiałkowski

            Bez ociągania docieramy w szybkim marszu do Starorobociańskiej Przełęczy. Słońce aż nazbyt grzeje. Siadamy. Chce się nam mocniej pić. Każdy łyk wręcz potęguje pragnienie. Połowę z tego co wypijam, wydalam natychmiast z moczem. Jem batona, a Majer konserwę. Jest 11.00, palimy 10 skręta, metalowe pudełko papierośnicy błyszczy pustką. Bardzo się nie chce wstawać, a jeszcze mniej przebierać nogami. Czuję że się wlokę, że brak mi energii. Staram się ustalić jednostajny, jak najmniej męczący rytm. Idę wolno, ale bez zatrzymywań. Przystanięcia odbierają mi chęć do podchodzenia. Otoczenie mało mnie interesuje, wysiłek pochłania wszystkie zmysły. Szczyt to tylko moment na to, żeby odpoczywać w zejściu. Puszczam lekko nogi przed siebie, stawiając pięty w coraz bardziej mięknącym śniegu. Majer ma jakieś problemy z kolanem, odstaje. Zwalniam, ale nie chcę się zatrzymywać. Za Raczkową Przełęczą mijamy samotnego turystę. Przede mną staje przekrojony na półcieniem - Błyszcz. Oglądam się. Majer prosi żebym zaczekał. Toczymy krótki dialog.
-         Boli mnie kolano przy zejściu, nie chcę cię opóźniać, a potem nie wiem czy dam radę zejść.
-         No wiesz ... Drugi raz się nie porwę na tą grań. Ty musisz zdecydować, nie wiem jak się czujesz.
-         Idź. widzę, że masz ochotę to przejść. Ja sobie dam radę.
-         Jak chcesz , to zejdę z tobą.
-         Idź, idź. Poradzę sobie.
            Jesteśmy duzi chłopcy. W końcu idzie się razem, żeby sobie pomagać w nagłej potrzebie. Ale nie ma nagłej potrzeby. Słońce przepala nasze rozterki ... bo nie ma już fajek, żeby je puścić z dymem. Majer oddaje mi przysługę, żebym nie czuł się nim związany; a ja jemu, żeby nie miał dylematu, iż przez niego nie doprowadziłem sprawy do końca. Cieszę się że poszedłem z właściwym człowiekiem w góry. Jednocześnie czuję jakieś opuszczenie. Dopada mnie zmęczenie, a właściwie myśl o tym, że jestem zmęczony, że nie ma z kim dzielić utyskiwań. Samemu idzie się jeszcze ciężej. Na Baniastej Przełączce przebieram skarpety. Patrzę na telefon, jest 13.00.
- „Już jest 13! Jak ja się wlokę!” - przez moją głowę ciągnie się wielki wyrzut sumienia.
Ktoś jest na Błyszczu. Chcę go dogonić. Nie po to by pogadać, ale żeby być bliżej jakiejś postaci. Wydaje mi się że wtedy łatwiej mi iść, jakby w pewnej odległości działało jakieś przyciąganie, oszczędzające siły. Wymyślam jakieś bzdury żeby się zmotywować do marszu. Znowu jest zimno od cienia i ten niebezpieczny lód. Ale szybko się nim podchodzi. Gdy już myślę, że jestem na Błyszczu, stwierdzam że to tylko zwornik, zmuszam się do podejścia kilkunastu metrów wyżej. Z Bystrej schodzi człowiek, którego widziałem z dołu. Czyli może nie idę tak wolno jak mi się zdaje?
            W zejściu dość wąską grańką, potykam się, kijkiem łapię równowagę - zupełnie odruchowo. Uświadamiam sobie, że nie ma tu miejsca na automatyzm, że muszę być uważny, nawet jak mi się nie chce. Kiedy wychodzę z cienia, wpadam w rozmiękły śnieg. Grzęznę po kolana, a podnoszenie nóg jest jak brodzenie w bagnie. Doznaję Białej Sahary. Swoim pragnieniem napoiłbym wszystkie pustynie świata. Zupełnie tracę motywację. Taka konsystencja śniegu załamuje mnie całkowicie. Nie widzę szans dojścia gdziekolwiek w tej brei. Zamiast odpoczywać w zejściu, idę wolniej niż pod górę. W końcu łapię stopami trawy Pyszniańskiej Przełęczy. Co za ulga. Muszę się napić. Natychmiast jest ciśnienie na pęcherz. Wyciągam mapę. Jest stary szlak w dół, ale nikt tu nie szedł ostatnio. Obawiam się błąkania w lesie po wykrotach, wiem, że to mogłoby być gorsze niż kontynuowanie grani.
- A więc już byś schodził? - odzywa się znów wielki wrzód – wyrzut.
            Nigdy nie byłem w tym miejscu. Patrzę dalej na mapę, w głupiej nadziei na jakiś skrót, choć dobrze wiem że nic takiego nie istnieje. Grań jest ewidentna, sama wskazuje kierunek. A więc jestem skazany na nią ... i jeszcze na samotność, i na pragnienie. Dla odebrania sobie otuchy liczę przewyższenie – ponad 330 metrów w górę. Jest 14.00. Ta ostatnia cyfra cuci mnie nieco i przywołuje do rytmicznego i ustawicznego przebierania nogami. Zejść mogę dopiero z Tomanowej Przełęczy, a mam do niej maksymalnie 4 godziny, zanim będzie zupełnie ciemno.
-         No to porażka! Przeliczyłeś się z tym Liliowym. Trzeba kondycję trenować! - zachichotał we mnie mój duch pocieszyciel.
Olewam go. Patrzę do góry. Kamienista wydaje się sięgać nieba. Już więcej na nią nie spojrzę. Patrzę pod nogi. Idę po zmarzniętych kępach traw, przetykanych piargiem. Ustawiam automatyczne oddychanie i wznoszę się ponad słabość organizmu. Ale ten nie daje spokoju. Wargi mam jak balony i piłbym każdą ciecz jak smok wawelski.
- Co to za dźwięk na moich plecach? No chyba oszaleję!
hlup hlup – krok / wydech, hlup hlup – krok / wydech, hlup hlup – krok / wydech, hlup hlup – krok / wydech, hlup hlup – krok / wydech, hlup hlup – krok / wydech, hlup hlup – krok / wydech. Mam jeszcze herbatę w termosie, a ta gada do mnie i drażni się z moim pragnieniem. Obiecuję sobie że jak dotrę na szczyt, to wysysam wszystko do dna, żeby się nie dręczyć więcej tym odgłosem. Myślę o Messnerze, o jego samotnym wejściu na ośmiotysięcznik. Moje zmęczenie jest rozczulaniem się nad sobą. Nie mam pojęcia, na co mnie stać. Nie mam pojęcia o zmęczeniu. Ale nie chce mi się myśleć, nie mam siły na takie dywagacje.


Na Kamienistej. Fot. Adam Śmiałkowski

            Spostrzegam czyjeś ślady. Ktoś szedł przede mną. Dwie osoby. Wchodzę w ślad jak w tory. To pozwala mi jeszcze bardziej bezmyślnie, z jeszcze mniejszymi stratami energii, posuwać się do przodu .Na szczycie nie podziwiam widoków. Nie interesują mnie widoki. Dokonuję swojej zemsty na termosie. Ale jest pięknie. Jest naprawdę pięknie. Pokazują się coraz wyraźniej szczyty Tatr Wysokich – moich ulubionych. Widzę Krywań, jego potężną północną ścianę z Korytem Krywańskim, Teriańskie Turnie. Szkoda że nie mogę się zatrzymać, wchłaniać, fotografować, estetyzować ... Żeby już mieć to za sobą. Co za nonsens – iść w góry, żeby się męczyć? Zmuszam się do zjedzenia jakiegoś słodkiego wynalazku. Jest mi niedobrze.
            Spoglądam na dalszy ciąg grani. Jest długa. Pod jej kolejne wniesienie podchodzą dwie postacie. Za nimi ciągnie się wyraźny ślad, którym za chwilę pójdę, w który się wpiję jak pijawka w żyłę. Dzień się wyraźnie chyli ku końcowi. Zmieniają się kolory nieba i jest coraz chłodniej. Wielki rów tektoniczny nad Hlińską Przełęczą leży w głębokim cieniu. Zęby raków ledwo znaczą swój ślad na lodowej skorupie. Idzie się szybciej, i słońce tak nie dokucza. Zadaję sobie pytania. Po co ja to robię? Żeby poczuć w płucach 9000 metrów przewyższenia? Żeby się przekonać ile to jest 43 kilometry grani? Ciągle to niedowartościowanie. A przecież tyle pychy we mnie, że obsadziłby nią wszystkie doliny i żleby. Żeby ... Że jestem lepszy od wielu? Od ilu? Dobrze, że młodzież już tylko Mnicha oblega, spitów szuka, dróg pewnych, bliskich, spektakularnych. Przynajmniej nikt mnie tu nie spotka, nie zobaczy mojej męki. Mógłbym, zdołałbym jeszcze uśmiech przywołać? Nie ma mowy. Żebrałbym co najwyżej o łyk wody. A jakby zamienić łyk wody na fajkę? Nie. Zamieniłbym wszystkie pieprzone batony na szklankę coli. ... a jak dojdę do schroniska, to kupię sobie litr coli! Właściwie tylko ta myśl pcha mnie do przodu. Idę szybciej, byle się czegoś napić. To po to się tu wybrałem, żeby poczuć Pragnienie. Idę drugi dzień, żeby zejść do schroniska i kupić puszkę coli za 4 złote. Te góry to jednak duży nonsens. Mają rację co niektórzy górale:
-         „Góry są po to żeby na nie pozierać, a nie styrmać się na nie”.
            Przed Smreczyńskim Wierchem trawersuję skalną turnię nad Doliną Hliny. Tu słońce jeszcze przypieka, śnieg jest rozmiękły. Wchodzę po kolana w ślady przede mną. Pnę się wolno, jakby w zwolnionym tempie. Turnię oblegają kozice. Grzeją się w słońcu i skubią zieleninę. Nie robię na nich dobrego wrażenia, bo patrzą na mnie jak na idiotę. Nie dyszę, żeby nie robić wiochy, żeby sobie nie myślały, iż taki słabeusz jestem. Idę sobie noga za nogą, nie ślamazarnie, a tylko niespiesznie, nie gwałtownie, zwyczajnie, jak na spacerze krajoznawczym. Ale one i tak się nie dają nabrać, skubią trawę trzy metry ode mnie i ignorują mnie, jakby mój los z góry był przesądzony, jakbym za chwilę miał się stać ich paszą.
-         „Cholera, a jak mnie zaatakują?! Przecież nie mam siły się bronić” - dziwna jakaś ta myśl.
Tak, boję się już wszystkiego. Mój mózg musi być chyba niedotleniony. Na szczęście koniec mojej udręki wydaje się bliski. Gdy staję na wierzchołku i widzę Tomanowy Wierch, to wydaje mi się on tak odległy, jak Kasprowy. Dwie postacie przede mną już tam są.
-„O patrzą na mnie, widzą mnie!”
Prawie jakby byli ze mną. A oni sobie myślą:
- „Co to za matoł, zaraz będzie ciemno, pewnie się zgubi, albo zabije”.
A we mnie tłucze się nowy wyrzut:
- „ Po co tyle niepotrzebnych rzeczy zabrałem – aparat, batony?”
Wydaje mi się, że gdyby nie to, to już bym stał koło nich, mijał ich i pędził na Małołączniaka. Coraz głupsze myśli rodzą się w moim zmęczonym umyśle ...


Z Tomanowego. Fot. Adam Śmiałkowski

            Znowu schodzę, a zejście jest długie. Ciągnę nogę za nogą. Wreszcie ostatnie podejście – najdłuższe (przynajmniej tak mi się zdaje w tym momencie), niekończące się wspinanie wzwyż. Złudny przedwierzchołek pokazuje cyniczną twarz i kolejny ciąg grani do pokonania. A gdy już dosięgam słupka na Tomanowej Przełęczy, to jest 17.00. Mówię sobie, że jest zbyt późno by iść dalej, a naprawdę zastanawiam się:
-         Dlaczego taki jestem zmęczony? Co źle tutaj skalkulowałem? Czy mogę to jeszcze kiedyś zrobić zimą w dwa dni? To nie jest wycieczka, to jakiś sport. Czy o to mi chodzi?
Dobrze wydeptana ścieżka szybko sprowadza mnie w las Doliny Kościeliskiej. Zmierzcha. Wchodzę do schroniska Ornak. Piję ... po czym połowę z tego wydalam z moczem. O 19.00 docieram do Kir. Czeka na mnie Majer, są przyjaciele, zawiozą pod dom. Co za ulga ... 
           
            Liczę wszystko, długo, dokładnie ... żeby zrozumieć grań i siebie:
25 godzin marszu; 20 szczytów, 20 przełęczy, po 10 na każdy dzień; 52 km, w tym samej grani 37km – 20 pierwszego dnia, 17 drugiego; 9055 m przewyższenia, 4565 m w górę, 4490 m w dół, w drugim dniu, 300 m więcej w górę i 1500 m więcej w dół; średnio szliśmy z prędkością 1,85 km/h. Cyfry w tej grani są piękne ... Szczytów bym prawie nie pamiętał, gdyby nie te liczby.
 
Adam Śmiałkowski
Z Dziennika Wypraw 9-10.II.2011
Wspomnienie nieudanej próby zimowego przejścia grani Tatr Zachodnich
 
                               , 
 
Adam Śmiałkowski: zawód wyuczony - zecer,
zawód wykonywany - fotograf.
Pośród pasji, najtrwalsza - taternictwo.
W górach od dziecka. Wspina się od ośmiu lat,
latem i zimą. Niektóre z tych doświadczeń fotografuje i opisuje.
W Tatrach ma swoją drogę.
W styczniu 2011 ukończył kurs przewodnika tatrzańskiego.
 


Copyright nieznanetatry.pl &GÓRY