logo

Diabelskie Deja Vue


Są takie ściany, które ciągle pozostają w strefie marzeń. Nigdy nie jest odpowiedni czas na nie. Coś je odsuwa, przesłania, przesuwa na dalszy plan. Wybieram się na takie ściany z roku na rok, a zawsze kończy się na niczym. Wciąż pozostają one poza strefą aktualnych działań. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, że coś je odsuwa w czasie. Czasem jest to po prostu strach, coś jest ponad moje możliwości, samopoczucie, dojrzałość taternicką. Z czasem oswajam w myślach taką zerwę, osaczam ją, siebie na niej umiejscawiam, zaczynam się z nią mierzyć. Najpierw w wyobraźni, a potem w bezpośredniej bliskości. Coraz śmielej spoglądam na nią z dna doliny, coraz odważniej oglądam zdjęcia i schematy. Aż wreszcie jestem niemal gotowy, by pod nią stanąć, spojrzeć jej w oczy i rzucić rękawicę. Wówczas... spada pierwszy śnieg, nie ma odpowiedniego partnera, dni wydają się zbyt krótkie, jej wystawa nie jest do słońca itd. itp. Czas mija, zerwa pozostaje nie zdobyta. Nowe plany, inne zamierzenia, niweczą tą ciężko wypracowaną gotowość. Ściana robi się mityczna, przestaje być ścianą, staje się obsesją. Czy Diabla Turnia była dla mnie jedną z takich ścian? O tak, z pewnością. Właściwie to całe jej otoczenie, nie tylko ona sama. Pamiętam pewien tatrzański dzień, gdy po raz pierwszy, świadomie, z dojrzewającą ciekawością taternicką, spojrzałem w tamte strony znad Hińczowego Stawu. Było późne popołudnie, przeszedłem kawał drogi i układałem się do snu w kolebie. Siedziałem na głazie z kubkiem herbaty i patrzyłem na stosunkowo odległe turnie. Tworzyły rządek pionowych spaszt, ich filary sięgały jakiegoś niewidocznego, piekielnego dna, kryjąc swój początek w głęboko skrytym dnie Szataniej Dolinki. Wziąłem do ręki przewodnik i zacząłem identyfikować ich kształty i nazwy. Byłem pod wrażeniem tych nazw, wyglądu baszt, i wielkiej niewiadomej, w jaką się zbijały w mojej głowie. To była niewiadoma, ich losu, egzystencji, trwania, budowy. Jak mogły te czarcie elementy żyć sobie na Ziemi, pośród całej rzeszy innych zwyczajnych szczytów, 'normalnie' nazwanych? Szatania tworzyła wtedy, jakąś swoistą, niedostępną, piekielną enklawę. Gdy zatrzymałem wzrok na wierzchołkach Czarciego Rogu i Diablowiny, niebem wstrząsnęły potężne grzmoty. Niecałe czterdzieści minut, trwała moja ucieczka przed piekielną burzą do Popradzkiego Stawu, popod upiornymi turniami. Nie śmiałem nawet unieś głowy znad ścieżki, żeby nie drażnić zaklętych mocy nieczystych. Minęło wiele czasu od tamtej chwili. Przeszedłem wiele tatrzańskich ścian, snułem kolejne taternickie plany, a okolice Szatana wciąż omijałem, nie wiedząc czemu. Wreszcie stanąłem w Szataniej dolince, zimą. Brnąłem przez śnieg popod Basztami, by dotrzeć na drugi kraniec doliny, pod najniewinniejszą z tamtych turni Koprową. Mgła w środku dnia zasnuła całunem wszystkie szczyty dookoła. Znów uciekałem, nieco mniej panicznie, bo byłem z trzema towarzyszami. Tym razem, zamiast zejść gdzieś do Żabich Stawów, znalazłem się przy Hińczowych, będąc przekonanym że schodzę. Wróciliśmy tam kolejnego dnia, ale nie zmierzyliśmy się z poprzednim wyzwaniem, Szatania przegnała nas na Wołowiec Mięguszowiecki. Niemniej pierwszy krok, w stronę oswajania diabelskich ścian, został zrobiony. Nadeszło lato. Najpierw deszczowe, potem cierpliwie słoneczne. Odwiedziłem w tym czasie większość dolin w Tatrach Wysokich. Pozostało zajrzeć do Szataniej. Piękny wrześniowy dzień przysposabiał nas do śmiałych zamierzeń. Zeszliśmy ze szlaku na Koprową Przełęcz, by wejść w olbrzymie usypisku piargów, jakie wypluwa Szatani Żleb. Mozolnie i wytrwale pięliśmy się wzwyż pod ścianę Diablej Turni. Z każdym krokiem, ściana stawała się coraz piękniejsza. Słońce rzucało cień Szatana na jej gładkie płyty. One same olbrzymiały i odstraszały. Skądś znałem ten lęk
 
 
... Czułem to samo narastanie obaw przed płytami, jakby miało miejsce przed paroma dniami.
Marzył mi się wówczas jedynie filar Motyki. Cieszył mnie umiarkowany wybór drogi, nie zuchwały, nie wyzywający uśpionych czartów na potyczki...
 
A my mieliśmy je przejść.
- Widzisz je! Niezłe, prawda? Nie przelewki z nimi. – Odezwałem się do wypróbowanego w ciężkich bojach, partnera.
- Wszystko jest dla ludzi. To przecież ludzie robili – Odpowiedział mi Paweł, jednak z nutą pokory w głosie.
 

 
- To będzie szło od prawej strony. Tamta, nowsza droga z 'modernistyczną wyceną' idzie wprost do zacięcia – Analizowałem schemat, porównując go do terenu.
- Nie wiem czy nie za mało haków wziąłem? Tam trzeba będzie sporo 'jedynek' – Paweł racjonalizował nasze szanse przeżycia.
Jakbym skądś znał to zdanie? Jakoś podobnie brzmiało...
 
- Chodźmy na te płyty, są piękne – Mój partner nie czuł żadnego respektu, przed tym co ukazało
się naszym oczom.
- Myślę że tam potrzeba sporo cienkich haków – Hamowałem jego zapędy.
- Zróbmy coś fajnego. Damy radę – Nie dawał za wygraną, zuchwały Wojtek.
- Jeszcze jest to zacięcie z prawej, za V. Też ładne i ma logiczną linię – Usiłowałem nie kusić diabelskich mocy...
 
Wypatrzyliśmy linię obranej drogi, ustaliliśmy przebieg natarcia. Pozostało zwalczyć strach i zacząć wspinaczkę. Wiatr przywiewał ku nam bałwany chmur, a my owinięci cieniem Szatana, marznący, ubieraliśmy taternicki ekwipunek. Snuły się wilgotne, szare mamidła, łapiąc nas za stopy i poganiając wzwyż. Lęk owinął nas od stóp do głów, my udawaliśmy, że go nie znamy. Diabły rozdmuchiwały dym, szykując kotły na nasze mizerne postacie, a nam marzły ręce ze strachu. Za naszymi plecami stały szczyty równie piękne jak ten nad nami. Ich nazwy brzmiały zupełnie przyzwoicie, łagodnie, miękko i ciepło, a one same kąpały się w blasku słońca i dnia. Wołowa Turnia wzywała nas na leniwy popas, a Kopa Popradzka ziewała z uśmiechem, przesuwając ku nam wszelkie opary, jakie jej przysłaniały widok na wesołe gromadki turystów. My zaś rozcieraliśmy ostygłe palce, szukając jakiegoś oparcia w odpychających płytach nad nami. - Ach! - pomyślałem - co mnie tu podkusiło...
 
W Szatanim Żlebie
 
Bałem się jak zwykle. Dzień był niepewny. Nie wiedział, w jaką aurę się przybrać. Niebo było jakieś granatowe, słońce nie chciało się do końca przyznać, że świeci. Cień żlebu męczył
ducha, a ciało kuliło się pod czarcimi nazwami. Chciałem już przebrnąć przez ścianę, złapać się szczytu, zanim szatanie przekleństwa uwikłają nas w jakąś kabałę bez wyjścia. Pytałem się siebie, dokąd trzeba się mierzyć z niepewnościami, czy należy się wystawiać na diabelskie pokusy? Kiedy się kończy tchórzostwo a zaczyna rozwaga? Ach, do diabła z tym ...

Paweł wziął się ze ścianą za bary, odczarowując upiory i pchając się ku płytom, o których zamarzyłem, tuż po tym, gdy się ich gładzi przeraziłem. Czy to jest właśnie owa ciemna siła, napędzająca nasze zamiary – strach, przed którym truchlejemy, by tuż potem odsyłać go do wszystkich diabłów? Czy boimy się tylko po to, żeby mocniej przeżywać uniesienia zdobywcy?
Ciszę rozerwał dźwięk młotka. Otrzeźwiałem. Do świadomości dotarło, że to już czas, że właśnie przychodzi moment, gdy strach i dywagacje zostają na dole. To dobry moment, bo jest niczym próg
pomiędzy piekłem (wijącej się w lękach wyobraźni), a niebem (unoszącego się w górę ciała). Kiedy się go przekroczy pozostaje czyste wspinanie, odsączone z trucizn umysłu, zakażone śmiałością.
Poszedłem za czerwonym wężem liny, pnącym się po skale. A kiedy się tak wił do góry, to wiedziałem, że towarzysz wierny wyciąga spracowanymi dłońmi, ten sznur życia, by nie ukąsił zdradliwie, gdyby mi przyszło upaść niespodziewanie. Skała cieplejsza w dotyku, oznajmiła, że wychyliłem się ponad cień żlebu. Stanąłem przy haku. Lecz lina od niego biegła w bok, nie do góry. Sięgając po młotek, spostrzegłem, że Paweł stoi nieopodal, w miejscu skądś mi znajomym...
 
Szedłem najpierw łatwymi stopniami, które wyżej przechodziły w biały płytowy kominek. Słońce się odważyło wyjrzeć na chwilę. Czułem że niewiele mi liny zostało. Zatrzymałem się i założyłem przelot, po czym krzyknąłem do Wojtka żeby podszedł parę metrów do góry. Już mogłem dosięgnąć wygodnej, połogiej płyty tuż pod zacięciem. Był na niej solidny hak stanowiskowy.
Dobiłem pieczołowicie jeszcze jeden. Zacząłem miarowo przesuwać czerwony różaniec liny. Wierzył w tą taternicką modlitwę, towarzysz pode mną, wpleciony w jej życiodajną siłę. Miarowa
mantra, w rytmie kroków drugiego, a dłoni pierwszego, odczyniała urok złych mocy, i czyniła ścianę poddaną...
 
Znałem to miejsce dobrze. I każdą w płycie szczelinę. Ale nie była to ta płyta, która mi się marzyła. Spojrzałem na Pawła wymownie.
- Nie widziałem możliwości zrobienia stanowiska gdzie indziej. Nie wiem jak tam można przejść – wskazał na płyty w odpowiedzi.
- Tam jest półka trawiasta, tuż nad tym gzymsem którym tu przetrawersowałeś – odparłem.
- Na te płyty, to trzeba więcej haków. Ja to ciężko widzę – Mój partner studził pragnienia.
- W porządku. Nic na siłę – Ustąpiłem natychmiast, uznając większe doświadczenie Pawła.
Wyciągnąłem jeszcze zdjęcia ściany i chwilę dywagowaliśmy nad tym, co ona kryje. Ale niczego już to nie zmieniło. Właściwie zawsze w takich sytuacjach jestem zadowolony. Tak jak bym został
uwolniony od zbyt wielkiego ciężaru. Przyjmuję, że tak ma być, że inne, nazbyt śmiałe i ambitne rozwiązania, są nie wskazane, że to jest znak, aby dać spokój. Tym razem, czułem pewien żal. Na
płytach ujrzałem, jakby słońce wyrysowało diabelski chichot...
 
Wojtek stanął przy mnie, zadowolony z miejsca z którego go ściągałem. Patrzyliśmy razem w zacięcie nad nami, zastanawiając się, gdzie wypadnie następne stanowisko. Zazdrościłem Wojtkowi prowadzenia tego wyciągu, bo zapowiadał się pięknie. Mój kompan ruszył do góry, ale już u początku, wyglądającego na nietrudne, zacięcia, przystanął, założył asekurację, pomyślał, by dopiero po chwili kontynuować wspinanie. Ćmiłem papierosa, puszczając z jasnym dymem ciemny strach...
 
Zapaliłem papierosa, żeby sobie umilić monotonie czekania końca wyciągu. Paweł nie chciał mi dać prowadzić. Pokazałem mu gdzie będzie stan. Zacięcie nie kryło przede mną żadnych tajemnic.
Nie lękałem się już, ani ściany, ani czarcich podstępów. Uśmiechnąłem się skrycie, patrząc jak Pawła dziarskość, została przytłumiona, niewinnie wyglądającym startem w zacięcie. Patrzyłem z zaciekawieniem, w których miejscach zakłada przeloty, jakbym się ich tam spodziewał, jakby przed nim ktoś robił to samo...
 
Zadzierałem głowę, mierząc czas i obserwując zmieniającą się pogodę. Lina się z wolna kończyła, ale starczyło jej do miejsca, w którym się spodziewaliśmy stanowiska. Skała była przyjazna, zacięcie piękne. Żaden diabelski wybryk nie miał miejsca. Dążyłem wzwyż, rozpierając się w ścianach zacięcia, ufny w moc liny i w uważność towarzysza. Urok granitowej formacji i jej trudności, sprawiały przyjemność. Z każdym krokiem, zły urok Diabelskiej Turni pryskał ...
Ściągałem przeloty, nie tak, jak się to robi zazwyczaj – szybko, z niepokojem o następną długość liny, ale tak jakbym zdejmował zaklęcia, pozostawione dla odczynienia uroku – powoli i zapamiętale. W miejscu spotkania z kompanem, uśmiechaliśmy się do siebie z zadowoleniem, bo niebanalne było to zacięcie. Paweł wyszarpnął z zawilgłej szczeliny, kawał taśmy, leżącej tu, diabli wiedzą, ile lat. Poczułem wtedy, jakbym leciał w głową w dół, wprost do Szataniego Żlebu...
 
Coraz głębsze było dno żlebu za moimi plecami, a coraz bliższy towarzysz, wpięty do zetlałej taśmy. Rytmicznie przewijał przez palce paciorki różańcowej liny, w którą się z nadzieją ubrałem,
którą przywlekliśmy, żeby nie wodzić diabłów na pokuszenie. Posłałem Wojtka do wszystkich czortów, które musiały głęboko spać, bo żaden się nie obudził, a tylko Bóg miał nas w opiece. Miejsce, w którym stał, wydało mi się przeklęte. Chciałem jak najszybciej od niego uciec...

 
 
Przywdziałem na siebie, czyniący bezpieczną wspinaczkę, ekwipunek i przemierzałem wzwyż czarcie przestrzenie. Towarzysz został wkrótce skryty, pod dachem nyży, a mnie prowadziło, już mniej strome zacięcie. Dłonie odnajdywały te same kamienie, na których czułem czyjś dotyk. Granit coś opowiadał, o tym co tu widział, i żebym się go nie bał. Cisza była z innego świata, jakby diabeł powiedział 'dobranoc'. A gdy już uległe mojej woli, skończyło się zacięcie, stanąłem w pobliżu podszczytowego kociołka. Był tam hak, który bez trudu odnalazłem. I był to też koniec liny. Wziąłem ją w dłonie, i otulałem nimi każdy jej centymetr, aż wyłoniła się przy mnie głowa towarzysza. Szczyt wydawał się już bliski, a trudności niewielkie...
 
Kolejne metry zacięcia, były łatwiejsze. Ale uważałem jak sto diabłów. Każdy chwyt i stopień, badałem precyzyjniej niż zwykle. Myślałem o przeklętym stanowisku, które dziwnym trafem było błogosławione. Rozglądałem się za miejscem na kolejne, gdy w oczy rzucił mi się hak. Nie omieszkałem go wykorzystać. A po chwili kręciłem znów 'modlitewny młynek' z liny...
 
Wskazałem Pawłowi teren z lewej strony, bo byłem ciekaw, jak tam jest. Chciałem poznać zakamarki diabelskich obszarów. Szedł szybko, czymś w rodzaju grzędy ponad kociołkiem. Nie było trudno. Kiedy skończyła się lina, wybiłem 'znaleźny' hak. Kilka dni później, ten sam hak, został w ścianie Wschodniego Szczytu Wideł; użył go Wojtek do wycofu z zapychu. Szliśmy jeszcze z Pawłem krótki odcinek z lotną asekuracją. Potem się rozwiązaliśmy, a po paru minutach deptałem szczyt Diablej Turni, niczym głowę węża. Szatania Dolinka wiła się u naszych stóp...
 
Widok z Diablej Turni na Mięgusze
 
Bliski był koniec kuszenia diabłów. Szliśmy na wprost. Najpierw Wojtek, poprzez łatwy kociołek, potem ja, przez jakąś ściankę, która mi przypadła do gustu, a w końcu znów Wojtek, już do
szczytu. Bawiliśmy się terenem, który wydawał się dosięgać wierzchołka, gdy tymczasem, trzeba było jeszcze się piąć. Dosięgliśmy szczęśliwie szczytu moich marzeń. Napawałem się swoimi bezczelnymi spojrzeniami, wprost w ślepia Diablowiny i Czarciego Rogu. Patrzyłem z góry na Hińczowe Stawy, a nawet na Mięgusze. Nie bałem się już nawet drobnej mżawki, i coraz bardziej granatowego nieba. Trwałem w przekonaniu, iż ujarzmiłem moce nieczyste. Dwa głazy na szczycie, złączone ze sobą, wyglądały jak czort całujący głowę węża.. .

  


 
Tylko to zejście... diabli nadali. Schodziliśmy do Młynicy. Niby wszystko znane, dolina w dole nie taka straszna, teren łatwy, ale drogę ktoś gmatwa. Nie próbowałem iść wprost żlebem zbiegającym między Diablą a Diablowiną, bo skądś wiedziałem, że nie tędy droga. Toteż poszliśmy ukosem w prawo, poprzez stoki Zadniej Baszty. Z początku wszystko układało się dobrze. Potem zeszliśmy połogimi płytami, już blisko dna doliny. Ale zawróciliśmy, by z góry dojrzeć, że trzeba było się jeszcze odrobinę obniżyć.
 
Zejście z Diablej Turni do Młynicy

Więc z powrotem ruszyliśmy w dół, by w końcu, trochę błądząc, odnaleźć nowe zejście... które odkryliśmy? Lecz nie my pierwsi! Bo po raz pierwszy schodziłem tędy z Wojtkiem...
 
Gdy już pomyślałem – nie taki diabeł straszny jak go malują, to sprawy zaczęły się gmatwać. Doszedłem do żlebu, który według opisu miał być nieco trudny, ale wydawał się urywać sporym progiem, i nie widziałem szansy zejścia bez liny. Wojtek czekał wyżej. Wróciłem i trawersowaliśmy w stronę żlebu z Basztowej Przełęczy. Doszliśmy do grzędy, która na całej długości urywa się, a tylko w jednym miejscu daje możliwość wejścia do żlebu. Trafiliśmy na jakieś stare stanowisko zjazdowe, co mogło wskazywać, że jesteśmy w pułapce. Lecz kilka metrów niżej,
Wojtek wyszukał ukrytą wyrwę, która nas sprowadziła w łatwy teren. Dziwnym (żeby nie powiedzieć – szatańskim) trafem, zrobiliśmy prawdopodobnie pierwsze zejście tamtędy.
 
Niżni Kozi Staw w Młynicy nie sprawia wrażenia jakiegoś szczególnego stawu. Ale tylko wtedy, gdy się przechodzi szlakiem obok. Kiedy się staje nad jego brzegiem po zejściu z diabelskiej grani, to jest cudownym miejscem, tchnie niebiańskim spokojem. Fale wydymane przez wiatr i drobne krople deszczu na jego niespokojnym lustrze, kołyszą, wyciszają... topią demony drzemiące na dnie ludzkiej duszy.
 
Z Dziennika Wypraw 24 i 14.IX.2011

Autor (tekst i fotografie): Adam Śmiałkowski
 
 


Copyright nieznanetatry.pl &GÓRY