Partner serwisu
Polecamy
Výber Tatranských Stien
W sprzedaży jest drugie, rozszerzone wydanie przewodnika wspinaczkowego "Výber Tatranských Stien - západná čas", zawierającego schematy i opisy zachodniech część słowackich Tatr Wysokich.
 
Będzie
”W STRONĘ PYSZNEJ” PO RAZ WTÓRY...
Muzeum Tatrzańskie i Dworzec Tatrzański serdecznie zapraszają w czwartek 23 lutego o godz. 18 na kolejne spotkanie górskie z cyklu „Muzeum Tatrzańskie w Dworcu Tatrzańskim”, pod tytułem „W stronę Pysznej” po raz wtóry”. Spotkanie poprowadzą Wojciech Szatkowski i Marcin Kuś. Poświęcone ono będzie pionierskim czasom zakopiańskiego narciarstwa i schronisku na Hali Pysznej.
 
Tatry narciarsko
Do każdego zjazdu podchodzę z szacunkiem
Jako pierwszy zjechał na nartach m.in. z Czarnego Mięguszowieckiego Szczytu przez Kazalnicę Mięguszowiecką i Wiszący Kociołek do Morskiego Oka oraz z Zadniego Kościelca Załupą H. Jest także autorem lub współautorem pierwszych zjazdów i pierwszych powtórzeń, m.in. z grani Cubryny Żlebem Szulakiewicza, Zachodami Abgarowicza, Zachodem Grońskiego, z Hińczowej Wprost do Morskiego Oka, z Kościelcowej Przełęczy do Kościelcowego Kotła, Głaźnej Turni,  Skrajnej Garajowej Ławki w Murze Hrubego do Doliny Hlińskiej, i wielu innych.

- Pamiętasz swój pierwszy zjazd poza trasą?
 
- Oj, nie… Pierwsze zjazdy, które pamiętam, to były chyba Abgarowicze, najpierw Lewy, a kilka dni później Prawy, albo Hińczowa Wprost do Morskiego Oka. A z trudniejszych zjazdów po szlakach - zjazd z Kościelca na Karb. Mimo że po szlaku, nie można tego nazwać zupełnie banalnym zjazdem, bo trudności są, np. jeśli chodzi o ilość śniegu, tak by można było przypiąć narty na wierzchołku i zjechać ciągiem w dół. Wiadomo, że przy takich zjazdach dużą rolę odgrywa ilość, gatunek i jakość śniegu. No i coś tam zawsze w głowie siedzi, w psychice…
 
 
- W jaki sposób wybierasz cel? Co cię kusi? Pytam o autorskie, samotne zjazdy. Dlaczego np. Skrajna Garajowa Ławka, a nie coś innego? Czy lubisz jakieś określone formacje, albo może kusi cię dziewiczość zjazdu?
 
- Akurat Skrajną Garajową Ławkę podsunął mi Włodek Cywiński. Jestem trochę maniakiem fotografii. Gdy zrobię zimowe fajne zdjęcie i widzę ładny logiczny ciąg śniegu, zastanawiam się, czy dałoby się tamtędy zjechać, i zaczynam się do tego przymierzać. Niektóre zjazdy podsunął mi Włodek, aczkolwiek zjazd ze Skrajnej Garajowej Ławki nie był chyba pierwszym zjazdem. Jako pierwszy zjechał  któryś ze Słowaków.
 
- Gdy masz już obrany cel, w jaki sposób go „rozgryzasz” – od etapu, gdy go wymyślisz, do momentu, gdy stoisz na górze i zapinasz narty do zjazdu? Czy zawsze podchodzisz linią zjazdu? Józef Wala i Karol Życzkowski w przewodniku „Narciarstwo Wysokogórskie w Polskich Tatrach Wysokich” opisując twój autorski zjazd Załupą H, podają, iż odbył się bez wcześniejszego rozpoznania terenu, „co można podziwiać, lecz nie warto naśladować”?
 
- Dużo takich zjazdów było… Na pewno lepszym rozwiązaniem jest podchodzenie linią zjazdu. Wtedy przynajmniej wiesz, co cię czeka podczas zjazdu: jakie warunki, jaki gatunek śniegu, czy jest twardo, czy miękko, na co się przygotować. Na Skrajną Garajową Ławkę podchodziłem idealnie linią zjazdu. Było mi tak wygodniej, chociażby z tego powodu, że podchodziłem z Kasprowego. Wiedziałem, co mnie czeka, na co mam się przygotować. Podczas podejścia to wszystko trochę inaczej wygląda, niż człowiek sobie wyobrażał. Czasem podchodząc myślisz sobie: jak tu masz zjechać? Czasem masz mieszane uczucia, zastanawiasz się, czy nie zmienić planów…
 
- A bywało tak, że zmieniałeś plany w trakcie podchodzenia?
 
 - Nie przypominam sobie. Załupa H nie była podchodzona linią zjazdu. Na fokach wyszedłem trochę powyżej Kościelcowej Przełeczy, takie były fajne warunki. W grę wchodziło także dobre wyśnieżenie Załupy. Problemem była ilość śniegu, i jak on będzie się na Załupie trzymał. Wiedziałem, że w środku mogą być problemy, bo z dołu widać było trochę lodu. Zresztą w przewodniku Karol opisał to trochę inaczej niż podałem. W połowie Załupy odpinałem narty, jednak bez nart przeszedłem nie 50 metrów, jak jest opisane w przewodniku, tylko na odcinku 10 metrów. 50 m to długi odcinek, wynikałoby z tego, że dużą część Załupy zszedłem niż zjechałem… Zresztą to trochę szumnie powiedziane: zjazdy. Czasem, na niektórych fragmentach to są ześlizgi, choć ześlizg również jest elementem zjazdu, ja mówię o tym otwarcie. Nieraz są takie warunki, że nie ma co ukrywać – nie mogę odważyć się na to, by zrobić obskok. Wolę ześlizgnąć się, można powiedzieć – idę na łatwiznę. Bo gdy zrobisz w takim miejscu obskok, a coś nie wyjdzie, narta ujedzie, a masz mało miejsca, o coś zahaczysz. albo jest wylodzone, nie ustoisz w miejscu, może się to źle skończyć. Wracając do Załupy H, akurat u góry były bardzo dobre warunki. Na wierzchołku Zadniego Kościelca przypiąłem narty i jednym ciągiem fajnych skrętów wjechałem do Załupy.
 W Załupie wiedziałem, że jak dojadę do tego problematycznego miejsca, zobaczę, jak to wygląda. Rzeczywiście było kiepsko – szczery lód. Zdecydowałem się na to, że jednak zdejmę narty, i ubiorę raki, które miałem przy sobie. Narty wisiały przypięte do mnie pętlą  a ja z dziabką zszedłem z 10 metrów i znów przypiąłem narty.
Na Czarnego Mięgusza, gdy zjeżdżałem przez Kazalnicę i Wiszący Kociołek, podchodziłem tylko częściowo linią zjazdu. Zjeżdżałem dokładnie z punktu zwornikowego, z którego rozchodzą się trzy granie: jedna od Chłopka, główna grań biegnąca w stronę Hińczowej Turni, i grań północno-wschodnia, która dzieli WCK od Kotła Kazalnicy. Tam akurat trafiły się fatalne warunki, a ja w dodatku zapomniałem gogli… Zaczęło bić grudkami lodu. Z wbitą dziabką, zasłoniętą twarzą, myślałem tylko: jak dojadę do Kazalnicy, to zjeżdżam najkrótszą i najprostszą drogą - tak było kiepsko. Było też sporo twardego, miejscami wylodzonego terenu, ale kawałek po kawałeczku, wbijając dziabkę, przesuwałem się. Gdy zobaczyłem przed sobą depresję, pomyślałem: byle tam dojechać, to już będzie wszystko ok. Gdy zjechałem do galeryjki, byłem już cały happy. Miałem częściowo inne zamiary, ale był tak fajny śnieg w Wyżnim Bandziochu, że zjechałem nim.
 
- A jakie miałeś zamiary?
 
- Wprost przez Kazalnicę, a dalej jej północną ścianą. Jednak pojechałem do miejsca, gdzie od góry zaczynają się pierwsze klamry, dalej wtrawersowałem w północną ścianę, i w dół w kierunku Wiszącego Kociołka. W lecie ściana zaraz nad Wiszącym Kociołkiem przewiesza się. Wtedy było to wylodzone, i wiedziałem, że jak tam pojadę, to będzie kiepsko. Musiałbym skakać kilkanaście metrów, na co bym się pewnie nie zdecydował. Dlatego tam odpiąłem narty i zrobiłem trawers ok. 30 metrów z przypiętymi nartami. To też był trudny fragment w kiepskich warunkach. Był tam akurat wywiany odcinek na pionowej ściance. Gdy go przechodziłem na przednich zębach raków z przypiętymi nartami, wypatrywałem, gdzie jest jakaś większa zaspa pode mną, gdyby mi coś tam kiełzło… Ale zlazłem i do Wiszącego Kociołka zjechałem trochę z lewej strony, patrząc z dołu. Wyjazd był już fajnie wyśnieżony. Gdy zjechałem na taflę Morskiego Oko, to już w zasadzie Mięgusza nie było widać. Zresztą już z góry widziałem, że muszę się spieszyć, bo idzie śnieżyca, taka ściana śniegu.
 
- Który z twoich zjazdów oceniasz jako najtrudniejszy?
 
- Jako całość, to myślę, że właśnie ten. Może gdyby było wtedy fajne wyśnieżenie, mógłbym wybrać trochę inną linię zjazdu. Trudny był też odcinek w Załupie H, choć góra zjazdu z wierzchołka Zadniego Kościelca była super, warunki były dobre, śnieg trochę za miękki, ale dało się kręcić. Wyszedł ładny ślad: jednolity wąski ciąg skrętów.
 
- Ciekawe, czy ktoś wtedy poza tobą widział ten ślad? Jeśli ktoś zobaczył skręty w takim miejscu, pewnie zdziwił się…
 
- Jacek Broński widział chyba ślad wyjazdu z Załupy ale już w następnym dniu. Tam w Załupie robiło się przewężenie i wyjazd był na krechę. Ale to dopiero potem z Jackiem się zgadaliśmy, że to moje ślady. Ja do tego tak podchodzę, że staram się nigdy nie robić rozgłosu
 
- Ale czy komuś w ogóle mówisz, gdzie idziesz?
 
- Tak, jak idę sam. Gdy szedłem z kimś, to więcej ludzi o tym wiedziało, natomiast zdarzało się, że gdy szedłem sam, to nie mówiłem o szczegółach, tylko o rejonie, w jaki idę.
 
-  Wolisz samotne zjazdy?
 
 - Różnie można na to patrzeć. Gdy człowiek idzie sam, odpowiada sam na siebie. Gdy szedłem z partnerem, abstrahując od jego umiejętności, zawsze poczuwałem się do tego, by brać odpowiedzialność za drugą osobę. Gdy jestem sam, wiem, czego oczekiwać od siebie i na co mnie stać.
 
- A który zjazd był najlepszy - w sensie warunków, śniegu? Taka „czysta poezja”, chociaż chyba trudno mówić o poezji w przypadku szóstkowych zjazdów…
 
- Dużo było fajnych miejsc w trakcie różnych zjazdów. Na przykład fragmenty zjazdu ze Skrajnej Garajowej Ławki. Też bardzo wiało, ale na samej przełęczy. To był już maj, ostatni dzień kursowania kolejki. Pod samą przełęczą, gdy tylko zanurzyłem się w żleb, był fajny fragment terenu, tam jest fajne nastromienie. Później były trudne momenty, np. trawers z jednego żlebu do drugiego, i trudna rynna na dole, gdzie było bardzo wąsko, a później znów świetne odcinki śniegu. Potem pogoda się popsuła, zaczęło padać mokrym śniegiem i deszczem. Z powrotem, choć byłem zmęczony, szedłem „na maksa”, żeby mnie nie wychłodziło, zwłaszcza na grani. Gdy przyszedłem na Kasprowy do dyżurki, wykręcałem polar i windstoper.
 
- Czy często zdarza się, że dopiero w trakcie zjazdu coś cię totalnie zaskakuje, np. formacja, lub warunki, na które nie jesteś zupełnie przygotowany?
 
- Był kiedyś taki krótki odcinek w Jagnięcym Szczycie. Zjeżdżałem z wierzchołka, a potem odbiłem w prawo w kierunku Żółtej Kotliny, czyli na lewo od Koziej Grani. Tam zrobiło się przewężenie i dosyć stromy lodowy prożek. Zszedłem ten fragment w rakach i z czekanem. Albo kiedyś zastała mnie mgła podczas zjazdu, ale jako że był to już mój piąty dzień takich zjazdów w tym rejonie, teren znałem dobrze, więc nie było większych problemów. Też wtedy nie podchodziłem z dołu linią zjazdu…
 
 - Czy kiedyś przytrafiło ci się coś niebezpiecznego w trakcie zjazdu?
 
 - Na szczęście nie. Odpukać… Jednak zawsze do takich zjazdów podchodzę z szacunkiem, nawet jak są idealne warunki.
 
- Często inni narciarze pytają cię o szczegóły topograficzne, warunki, bo chcą powtórzyć zjazd?
 
 - Nie. Takimi drogami niewiele osób jeździ, ja też nieczęsto się chwalę, choć zawsze podzielę się informacjami, jeśli już ktoś pyta. Najczęściej dzwoniłem do Włodka, by pozostał jednak jakiś ślad. Bo wiadomo – co nie jest zapisane, nie przechodzi do historii, idzie w zapomnienie. Więc Włodek nadmieniał w swoich przewodnikach o pierwszych zjazdach – kto i kiedy zjechał. Dla mnie to było wystarczające, nie lubiłem nigdy rozgłosu, dużych artykułów w gazetach. Oczywiście nie tylko z tego powodu do niego dzwoniłem. Bardzo lubię z Włodkiem rozmawiać o górach, topografii. Dobrze się rozumiemy, i pewnie moglibyśmy godzinami gadać.
 
- Masz jakieś plany na ten sezon?
 
- Plany są zawsze, ale wszystko zależy od czasu i warunków. Trudno wszystko pogodzić – pracę przewodnictwo. Czasem plan powstaje z dnia na dzień. Tak było, gdy zjeżdżaliśmy Abgarowiczami. Najpierw poszliśmy z Tomkiem Mikołajczykiem na lewego, tam było bardzo twardo, beton. Po kilku dniach w trójkę, z Maćkiem Cukrem, wybraliśmy się na prawego. Tu było lepiej, góra było „odpuszczona”, bo opierało się o nią słońce Maciek jako pierwszy chciał szybko zjechać prawym i iść na lewego, bo nie był tam wcześniej z nami. Wyszło więc tak, że ja na niego zaczekałem w słońcu, i zjeżdżaliśmy jednocześnie dwoma zachodami: on lewym, ja prawym. Abgarowicze są fajnie ustawione do siebie, coraz bardziej się zbliżają. Udało mi się zrobić Maćkowi zdjęcie w powietrzu, w fazie skrętu. Często, gdy robisz zdjęcia z dołu albo z góry, fotografia nie oddaje nastromienia. Udało mi się wtedy zrobić mu zdjęcie z podobnego poziomu, en face.
 
- W ostatnich latach bardzo zmienił się sprzęt. Czy lepiej jeździ się teraz, na nowoczesnym sprzęcie? Czy ta różnica jest wyraźna?
 
- Jeździłem na tym, co miałem, i na co mnie było stać. Choć nie jeździłem na tak długich nartach, jak np. Piotrek Konopka. Im mniej taliowana narta, tym lepsza, ale to moje zdanie. Nie ma idealnej narty na każdy zjazd. Nawet na jeden zjazd czasem przydałyby się 2 pary nart. Długa narta lepiej trzyma, bo ma dłuższą krawędź. Z kolei w wąskich żlebach w obskokach będzie gorsza niż krótka. Czasem w trakcie jednego zjazdu są tak super warunki, że przydałaby się długa narta, a niżej np. będzie wąski  żlebek, gdzie ta długa narta ci będzie przeszkadzać.
 
- Jak oceniasz rolę psychiki w zjazdach o tej skali trudności?
 
- Myślę, że to bardzo ważna sprawa. W trudnych sytuacjach dobrze jest zachować spokój i opanowanie, a nie wpadać w panikę. Wolałem czasem nawet ściągnąć narty, ubrać raki i zejść parę metrów, niż udawać, że to nie w moim stylu. Nie wstydzę się o tym gadać. Starałem się zawsze szukać w moich zjazdach, zwłaszcza w trudnych odcinkach, najlepszego rozwiązania, kładąc duży nacisk na bezpieczeństwo. Na tej samej drodze raz trafimy na idealne warunki a raz będzie to „walka o życie”. 
 
- Dziękuję za rozmowę.
 
Rozmawiała Agnieszka Szymaszek
Zdjęcia: Z archiwum Edwarda Lichoty

                                                                                                                                           Źródło: "Góry" 2010

 

 
 
Partner serwisu
PARTNERZY WSPIERAJĄCY
 

Copyright 2010 nieznanetatry.pl &GÓRY
ZOBACZ ROWNIEŻ
goryonline
bouldering
jura
nieznane tatry