logo

Foczyć elegancko i bezpiecznie


Wywiad z Janem Krzysztofem, naczelnikiem TOPR, który podpowie amatorom turystyki narciarskiej, jak bezpiecznie cieszyć się tą formą aktywności.
 
- Czy turystyka narciarska różni się od pieszej pod względem zagrożeń?
 
- Nie ma znaczenia, czy idziemy na nartach, czy na piechotę. Musimy przede wszystkim realnie ocenić swoje możliwości i panujące warunki, i do tego dopasować planowaną trasę. Podstawową zasadą bezpiecznego chodzenia zimą po górach przy zagrożeniu lawinowym jest umiejętność rezygnacji. Generalnie przyczyną wypadków lawinowychjest przekroczenie pewnej granicy bezpieczeństwa. Musimy sami zdecydować, jakie ryzyko jesteśmy w stanie zaakceptować. W ciągu ostatnich kilkunastu lat ta granica znacznie się przesunęła, nie tylko jeśli chodzi o ski-alpinizm, ale także inne sporty ekstremalne. To, co dawniej robiło kilka osób na świecie, dziś robi się masowo. Dostępność sprzętu ratowniczego daje pewne złudne poczucie bezpieczeństwa. Systemy zabezpieczające – plecaki ABS, detektory lawinowe – ten sprzęt dla kogoś, kto słabo siedzi w temacie, może sugerować, że zimą w górach jest się bezpiecznym i że bezkarnie można  podejmować wysokie ryzyko.
 
- Dla wielu niezbyt doświadczonych osób stopień zagrożenia lawinowego jest jedynym kryterium oceny bezpieczeństwa. Widzą, że jest „dwójka”, a więc w miarę bezpiecznie, i ruszają w Tatry.
 
- Tylko, że przy dwójce istnieje szereg uwarunkowań, które mogą znacznie ograniczyć pole naszego działania; przede wszystkim; stopień zagrożenia lawinowego, nastromienie stoku, wiatr, nasłonecznienie, wystawa względem kierunków świata, temperatura, umiejętności nasze i naszych współtowarzyszy itd... Najbardziej niebezpiecznie są lawiny typu deskowego, zazwyczaj „uruchamiane” przez ludzi. Pochłaniają ponad 95procent ofiar. Do ponad10 procent wypadków dochodzi przy pierwszym stopniu zagrożenia lawinowego. Im wyższy stopień zagrożenia, tym większy obszar musimy analizować przy planowaniu tury. W wielkim uproszczeniu podam, że np. przy „dwójce” musimy analizować warunki nie tylko w najbliższym otoczeniu, ale interesuje nas teren zarówno nad nami jak i powyżej nas. Przy „trójce” musimy analizować już bardzo duży obszar, np. całe zbocze po którym się poruszamy, lawiny mogą sięgać już bardzo daleko w głąb dolin. To, że jesteśmy na tafli Morskiego Oka nie znaczy, że jesteśmy bezpieczni. Przy czwartym stopniu trzeba być fachowcem, by podejmować jakiekolwiek działania wysokogórskie.
 
 - A warto robić przekroje?
 
- Przekrój daje nam dosyć precyzyjną ocenę zagrożenia, ale niestety tylko w tym miejscu, gdzie go zrobiliśmy. Wynik nieprzenosi się na stok o podobnymnastromieniu i wystawie 100 metrów dalej lub wyżej. Warto robić przekroje, ale po to, by poznać różne struktury śniegu i zwiększyć swoją wiedzę dotyczącą mechanizmów powstawania lawin. Jednak uprawiając turystykę narciarską pamiętajmy o „zasadzie ograniczonego zaufania do pokrywy śnieżnej”. Trzeba obserwować wszystko, co się wokół nas dzieje. Istnieją pewne sygnały, które powinny  nas przestrzec przed kontynuacją wycieczki. Niektóre następują niestety bardzo późno, np. charakterystyczne tąpnięcia (t..uuuuuffff..), które można usłyszeć zazwyczaj kilka sekund przed ruszeniem lawiny. Uczmy się zauważaćznaki ostrzegawcze. Gdy widzimy samoczynnie schodzące lawiny, nawet niewielkich rozmiarów przy 2 czy 3 stopniu zagrożenia, jest to sygnał, że nasza obecność może być impulsem uruchamiającym dużą lawinę. Może lepiej zmienić wówczas plany i wrócić do schroniska, albo iść np. na Kasprowy Wierch poboczem trasy?. Niezwykle niebezpieczny jest pierwszy dzień słonecznej pogody po intensywnych opadach. Zjawiskiem potęgującym zagrożenie lawinowe jest wiatr przy nawet niewielkim opadzie śniegu, tworzący najbardziej niebezpieczne poduchynawianego śniegu. Najczęściej do wypadków lawinowych dochodzi przy niskich bądź średnich pokrywach śniegu i wietrznej pogodzie. Według Muntera trójkąt śmierci to wystawa północna, nastromienie powyżej 35 stopni i trzeci stopień zagrożenia lawinowego. 
 
- Jak oceniasz metodę „stop or go”?
 
- Moim zdaniem jest to dobra metoda dla ludzi początkujących. Poziom dopuszczalnego ryzyka według niej jest dosyć niski, ale myślę, że lepiej jest trzy razy zawrócić niż raz pójść – być może na ostatnią wycieczkę. Gdy jednak podejmiemy decyzję, że idziemy, podstawą bezpiecznej wycieczki jest ciągłą analiza warunków. Jeżeli założyliśmy, że idziemy na Czerwone Wierchy, to nie znaczy, że tam wyjdziemy. Jeśli na Kondratowej dostrzeżemy schodzenie spontanicznych małych lawin, to znak, że zagrożenie jest większe niż nam się wydawało. Elementów, jak już mówiłem, które musimy poddawać analizie, jest wiele. Ilość śniegu, nastromienie, wiatr, temperatura… Dodatkowym zagrożeniem w Polskich Tatrach jest ich północna wystawa. Pod wpływem nasłonecznienia na południowych stokach śnieg ulega szybciejkorzystnym przemianom. Np. na stokach o wystawie północnej - wschodniej ten proces następuje aż siedmiokrotnie wolniej. Pamiętajmy, że w każdym żlebie mamy trzy wystawy względem kierunków świata. Narciarza analizującego zagrożenie interesuje nie tylko główna linia żlebu, ale również ściany boczne. Przemierzając żleb w poprzek – czasem jest to tylko kilka metrów – wjeżdżamy w zupełnie inne warunki.
Zmiany w pokrywie śnieżnej następują niezwykle szybko. Jeśli widzimy ślad zrobiony kilka godzin wcześniej, nie oznacza to, że my tamtędy bezpiecznie zjedziemy, zwłaszcza jeśli nastąpiło gwałtowne ocieplenie i opad deszczu, lub wieje silny wiatr „transportujący” śnieg. Wypadek, do którego doszło niedawno na Przełęczy Liliowe był typowy. Zresztą po fakcie bardzo łatwo wytłumaczyć większość wypadków lawinowych, zdecydowanie trudniej je przewidzieć…. W tym wypadku gwałtowne ocieplenie, opady deszczu, zerowa izoterma bardzo wysoko, nawiana poducha śniegu - po prostu idealne warunki do podcięcia deski śnieżnej. Śnieg był nawiany na bardzo twarde podłoże; dodatkowo po tej zlodowaciałej warstwie prawdopodobnie płynęła woda, która stanowiła idealną warstwę poślizgową dla deski śnieżnej. Zresztą do wypadku na Rysach, w którym zginęli licealiści, też doszło w podobnych „klasycznych” okolicznościach.
 
- Gdy ktoś nałyka się trochę wiedzy, to może mu się skutecznie odechcieć wycieczek narciarskich.
 
Jest takie powiedzenie Muntera: ekspercie pamiętaj: lawina nie wie, że jesteś ekspertem. Spotkanie z tzw. klasyczną nauką o lawinach ludzi początkujących może być „zniechęcające”. Kopanie szeregu przekrojów śniegu i szukanie korelacji z zagrożeniem na większym obszarze jest zwłaszcza dla „wchodzących” w zimowe góry zajęciem frustrującym i zazwyczaj nieużytecznym. Zostało jednoznacznie potwierdzone, że te badania nie przenoszą nam danych na cały interesujący nas obszar. Werner Munter zaleca w niewielkiej dolince wykonanie kilkunastu przekrojów, aby mieć pogląd na zagrożenie panujące w rejonie. To jest nierealne, zważywszy, że solidne wykonanie przekroju zajmie nam do 2 godzin. Wykonywanie przekrojów i wyciąganie na tej podstawie wniosków zostawmy fachowcom, a na początku z pewnością starczy nam umiejętność korzystania z ogłoszonych stopni zagrożenia lawinowego i analiza treści zawartych w tych definicjach. Jeśli będziemy zagłębiać się w zbyt skomplikowane obliczenia, nigdy nie wyjdziemy w góry, a nie o to przecież chodzi. Przecz 2/3 zimy panują warunki, które umożliwiają bezpieczne chodzenie po Tatrach i innych górach. Natomiast ograniczmy chodzenie i zjazdy przez 1/3 zimy, gdy zagrożenie jest większe. To może być trudne, zwłaszcza dla osób, które przyjeżdżają na kilka dni z daleka i ciężko jest im zrezygnować z planów. Sprawdzajmy stopień zagrożenia oraz nieustannie obserwujmy teren i analizujmy warunki.
 
- Czy to prawda, że narciarz bardziej obciąża stok niż turysta pieszy?
 
- Wręcz przeciwnie. W Polsce, nie wiem dlaczego, utarł się ten pogląd, ale jest on fałszywy.  Narciarz oddziałuje znacznie delikatniej na pokrywę śnieżną niż piechur. Zdecydowanie zalecane i bezpieczniejsze jest podchodzenie i zjeżdżanie na nartach, godne polecenia z tego samego powodu są również rakiety śnieżne. Co prawda przy skręcie na nartach obciążenie pokrywy śnieżnej może być prawie dwukrotnie większe niż masa narciarza, ale w dalszym ciągu ingerencja jest mniejsza niż gdy idziemy na piechotę i każdy krok powoduje głębokie, dynamiczne „zapadanie” się w śniegu. Oczywiście zjeżdżając na nartach musimy pamiętać, że  im stromszy i bardziej podejrzany stok, tym skręty powinny być delikatniejsze. Musimy na stoku zachowywać się stosownie do warunków, musimy pokrywę śniegu chronić, gdyż każde dynamiczne działanie potęguje zagrożenie. Dlatego, jeśli decydujemy się na wyjście narciarskie w teren wysokogórski, powinniśmy bardzo dobrze jeździć na nartach. Narciarz, który ze sprzętem waży 80-100 kilogramów, przy gwałtownym upadku może zadziałaćna pokrywę śniegu nagle z siłą jednej tony.
Chciałbym, by jak najwięcej osób w Tatrach poruszało się na nartach skiturowych, bo jest to najbezpieczniejsze, jeśli chodzi o zagrożenie lawinowe.
 
- Jak bezpiecznie podchodzić?
 
- Generalna i najprostsza metoda, niestety rzadko stosowana, to zachowanie odstępów odciążających - bezpieczeństwa. Im większy stopień zagrożenia lawinowego, tym odległość pomiędzy poszczególnymi członkami grupy powinna być większa. W każdym momencie podchodzenia zakosami odstęp powinien być odpowiedni, bez niebezpiecznego zbliżania się na zakrętach. W terenie o nachyleniu powyżej 25 stopni powinniśmy zachować minimum 10-metrową odległość. Im większe nastromienie, tym większe odstępy. Zjeżdżamy pojedynczo w bezpieczne miejsce i tam czekamy na partnera obserwując jego zjazd.  
 
- Producenci zalecają używanie pasków, które zapobiegają „ucieczce” narty np. przy upadku. Czy stosować je w terenie?
 
- Zaleca się, aby – jeśli teren jest zagrożony lawiną – wypiąć paski, wyjąć dłonie z pętli kijów, by narta czy kije w razie lawiny nie zadziałały jak kotwica. Ale z drugiej strony, jeśli zostaniemy w terenie bez narty, możemy mieć poważny problem. Trzeba samemu podjąć decyzję w zależności od warunków.
 Każda obecność człowieka na stoku przy zagrożeniu lawinowym przy występujących napięciach, gdy tworzą się deski śnieżne, oddziałuje  czasembardzo daleko na pokrywę śnieżna. Werner Munter, sugeruje, by wyobrazić sobie pokrywę śniegu jako łatany dywan. W jednym miejscu jest słaba, w innym – bardzo mocna. Proporcje tej słabej stabilnościtzw. stabilności spontanicznej pokrywy śnieżnej w stosunku do pozostałych części stanowią o wysokości zagrożenia lawinowego. Przy pierwszym stopniu udział tej bardzo słabej pokrywy w stosunku do pozostałej wyniesie ok. 5 procent. Dla przykładu podam, że według badań Wernera Muntera Uśredniona - „standardowa” - pokrywa śnieżna odpowiadająca 2. stopniowi zagrożenia składa się z: 11% stabilności „słabej”, 55% stabilności „średniej” , 34% stabilności „mocnej”.
 
- Czy Tatry są dobrym wyborem dla narciarza skiturowego?
 
- Oczywiście. Jest tutaj mnóstwo miejsc, gdzie można chodzić na „fokach”. Tatrzański Park Narodowy udostępnia szlaki piesze dla narciarzy, zwracam jednak uwagę, że pierwszeństwo na tych szlakach mają piesi. Świetny na początek jest cały szeroko rozumianyobszar reglowy, choć są tam trudne zjazdy, bo w lesie może być ciasno. Polecam Gęsią Szyję - kawał pięknej wycieczki. Wiele możliwości oferuje Dolina Chochołowska. Na Grzesia można wyjść bezpiecznie przez większą część zimy. Choć oczywiście najatrakcyjniejsze są tereny wysokogórskie. Zachęcam jednak, aby poczekać na odpowiednie warunki. Tworzą się one mniej więcej w marcu – kwietniu, kiedy śnieg jest przeobrażony, a pokrywa śniegu stabilna. Tak naprawdę od listopada do końca lutego pokrywa dopiero się tworzy. Występują niezwykle dynamiczne zmiany w pokrywie śnieżnej znacznie podnoszące ryzyko uruchomienia lawiny typu deska śnieżna Wtedy najłatwiej popełnić błąd.
 
- Spotkałam się z opinią jednego narciarza: pójdę w Tatrach Zachodnie, tam wszędzie da się zjechać.
 
- Nieprawda. Tatry Zachodnie może i wydają się początkującemu narciarzowi bezpieczne, kojarzone z łagodnymi stokami. Ale są tam też obszary niezwykle strome. Poza tym duże powierzchnie na podłożu trawiastym sprzyjają lawinom. Zwłaszcza wiosną trawa może stanowić dodatkową warstwę poślizgową. Np. w Zachodnich Tatrach Słowackich są obszary bardzo zagrożone lawinami. Dobierając trasę trzeba umiejętnie stopniować trudności, a zaczynać najlepiej pod okiem fachowca. To jest kosztowne, ale opłaca się, bo uczymy się nie tylko oceny zagrożenia, ale i technikiporuszania się. Umiejętność poprawnego wykonywania nawrotu sprawia, że w mniejszym stopniu oddziałujemy na pokrywę śnieżną. Nawrót to nie będzie tupanie i walenie nartą w śnieg, co przecież zdarza się początkującym. Będzie on elegancki i bezpieczny. Założony ładnie ślad jest też bezpieczniejszy niż niefachowy.  
 
- Porozmawiajmy o sprzęcie ratowniczym. Co trzeba z sobą mieć?
 
- Jestem przeciwnikiem narzucania jakiegokolwiek sprzętu, ale w tym wypadku uważam, że zestaw antylawinowy: detektor, sonda, łopatka, jest wręcz niezbędny i każdy powinien go we własnym interesie mieć. I oczywiście potrafić używać, bo sprzęt sam zasypanego nie znajdzie. Jeśli już inwestujemy w detektor, polecam trzyantenowy, gdyż poszukiwania prowadzone detektorem jednoantenowym mogą być bardzo skomplikowane, zwłaszcza przy zasypaniach głębokich lub wieloosobowych. A czasu jest bardzo mało. Jeśli w ciągu 15-18 minut nie uratuje nas partner, nasze szanse na przeżycie drastycznie spadają. Szansa odnalezienia zasypanego żywego przez służby ratownicze – przy założeniu, iż będziemy je w stanie wezwać, oraz że warunki pozwalają na użycie śmigłowca, wynosi 1 do 10. Szansa odnalezienia zasypanego przez partnera wynosi 1 do 3, przy założeniu, iż ma on kompletny sprzęt. Na razie w Tatrach z naszych obserwacji wynika, że oprócz ratowników, przewodników i służb parku mało kto posiada zestawy antylawinowe.Dlaczego powinniśmy mieć cały komplet tego sprzętu? Otóż ciekawe wyniki eksperymentu Dominiq’a Stumperta, podaje Manuel Genswein ze Szwajcarii. Eksperyment miał następujące założenia. Jednego zasypanego na głębokości 1 m na powierzchni 100 x 100 m ma odnaleźć i odkopać trzech współtowarzyszy dysponujących różnym zestawem sprzętu. Rezultaty? Otóż „ratownicy” mając tylko detektor odkopali zasypanego po godzinie. Mając do dyspozycji detektor i sondę po ok. 50 minutach; detektor i łopatkę - po ok. 27 minutach; posiadając komplet, czyli detektor, sondę i łopatkę po 15 minutach. Wyniki są oczywiste. Dodam tylko, że eksperyment przeprowadzono na dużej liczbie zespołów o różnym stopniu zaawansowania „górskiego”.
 
- A plecaki ABS? Czy ktoś ich w Polsce – poza ratownikami – używa? Są dość kosztowne.
 
- Wyniki analizowanych wypadków są bardzo obiecujące. W ponad 90 procentach przypadków osoby porwane deską śnieżną posiadające plecak ABS pozostały na powierzchni. W pozostałych przypadkach dochodziło do zejścia lawiny wtórnej, albo plecak ABS był źle przygotowany do użycia. Warto polecić plecak ABS. Jednak oprócz tego, że jest drogi – kosztuje ok. 600 euro, jest również dość ciężki. Waży kilka kilogramów. Zauważam jednak, że nasi zakopiańscy freeriderzy mają plecaki ABS.
Warto mieć również raki, harszle (noże), czekan. Pamiętajmy, że gdy widzimy świecącą lodową pokrywę nad nami, wcześniej załóżmyharszle albo raki, a nie, gdy już będzie niewygodnie lub niebezpiecznie. Sprzętu do niesienia jest więc sporo. Polecam też zabieranie lornetki - pomoże nam ona  lepiej ocenić warunki z dużej odległości.
 
- Pamiętasz swoje pierwsze początki na skiturach?
 
- Skitury to powrót do początków narciarstwa. Gdy zaczęła rozwijać się infrastruktura narciarska, ta forma aktywności w Polsce zniknęła, choć w krajach alpejskich cały czas była bardzo popularna. U nas podstawowym ograniczeniem był brak sprzętu. Ja jestem ogromnym zwolennikiem upowszechniania narciarstwa skiturowego. W Pogotowiu od ok. 25 lat używamy nart skiturowych, ale wcześniej ratownicy zimą chodzili głównie na piechotę. Natomiast obecnie, od wielu już lat, wszystkie akcje zimowe, poza oczywiście śmigłowcowymi i ścianowymi, są prowadzone na sprzęcie skiturowym, stąd dla ratowników umiejętność jazdy na nartach w terenie jest niezwykle ważna. W zespole ratowniczym każdy słabo jeżdżący stanowi zagrożenie dla całej grupy.
Ja swoje pierwsze kroki stawiałem z Piotrkiem Malinowskim i Pawlem Rajtarem ze Słowacji Pamiętam pierwszą wycieczkę w ich towarzystwie do Śląskiego Domu, na pożyczonym sprzęcie, ale w zwykłych butach narciarskich. W Śląskim Domu wylewałem krew z butów… To doświadczenie, które przechodzi większość ski-turowców. Dobranie sprzętu jest niezwykle ważne, i zależne od tego, co chcemy robić. Ale to osobny temat – rzeka. Ja sam używam czterech zestawy sprzętu. Każdy ma jakieś hobby…
 
- Dziękuję za rozmowę.
 
Rozmawiała: Agnieszka Szymaszek
Źródło: "Góry" 2009
 
Jan Krzysztof podczas Memoriału Jana Strzeleckiego w Tatrach. Fot. Maciej Głogoczowski
 


Copyright nieznanetatry.pl &GÓRY