logo

Impresje narciarskie Anno Domini 2012


Sezon ski-turowy 2011/2012 zakończył się. Z niego wynika poniższy tekst. Przypominam w nim kilka wycieczek ski-turowych, które moim zdaniem wyjątkowo się udały. Takie wspomnienia są jak włoskie wino – bezkonkurencyjne. Będzie w nich mowa o: fantazyjnym zjeździe Doliną Tomanową w wielkich śniegach i mrozach, wiosennych zjazdach w okolicach Dolin Chochołowskiej i Łatanej oraz o nieznośnej lekkości bytu w Górach. Jeżeli chcecie Państwo to poczytajcie. Serdecznie zapraszam też do galerii zdjęć. No to cześć! Do następnego sezonu.
 
Tomanowa i szarlotka na Ornaku...
Sypnęło. Po dwóch mało śnieżnych zimach, w latach 2010 i 2011, sypnęło w Tatrach. Jak za dawnych, dobrych lat, tych, o których nawet najstarsi górale nie pamiętają. W styczniu było w Tatrach śniegu już ponad dwa metry. Na twardym podłożu 40 cm świeżego puchu. Potem przyszły wielkie mrozy. Po dwadzieścia i więcej stopni. Urlop i rankiem 6 lutego przypiąłem foki na Kirach. Temperatura niska – 20 stopni, ale primaloftowa kurtka grzeje jak diabli. Mój znajomy, świetny przewodnik tatrzański, Alek Niźnikieiwcz miał iść ze mną na Tomanową, ale go nie ma. Szkoda. Ruszam więc samotnie spod „Harnasia”. Szybki, długi krok i w godzinę jestem przy schronisku PTTK Ornak. Nie zachodzę do niego, tylko skręcam w lewo w Tomanową. Idę i ponownie napatrzeć się nie mogę. Gęsty las świerkowy w dolnej części doliny wywołuje niezwykle estetyczne wrażenie. Wszystko jest tu idealne, czyste, śnieg skrzy się w słonku, a poprzez ośnieżone świerki przeziera nieśmiało słońce. Fotografuję. Wreszcie Niżnia Tomanowa Polana i Wyżnia Tomanowa Polana. Idę wyżej, aż do miejsca, gdzie zakręca szlak prowadzący na Ciemniak. Zimą trawers przez Czerwony Żleb jest zbyt ryzykowny, więc raczej nie należy tędy iść. Idę wyżej w stronę wypatrzonego wcześniej żlebu. Żleb wcina się w lewo. Po jego prawej stronie, widoczną grzędą, poprzetykaną kępami kosówki, pnę się pracowicie zakosami do góry. Śnieg głęboki, do połowy łydki. Tempo spada. Nie o tempo jednak dziś chodzi. Jeszcze jeden zakos i jeszcze jeden. Dochodzę po godzinie pod charakterystyczną skałkę, po prawej stronie żlebu. Dość. Wyżej warunki dobre, ale śniegu jest podejrzanie dużo, za dużo. W dole poniżej wspaniałe pole śnieżne, o stałym nachyleniu ok. 30-35 stopni. Nieprzejechane jeszcze przez nikogo. Wypijam kilka kubków gorącej herbaty z sokiem malinowym. Uśmiecham się do siebie: jak ona w takim miejscu wspaniale smakuje. Dopinam buty, odpinam foki. Tymczasem w dole widzę szybko podchodzącego narciarza. Jak się miało okazać był to Alek. Czekam chwilę, ale zimno robi swoje. Czas ruszać. Z początku, z racji bezpieczeństwa, jadę lewą stroną żlebu. Jazda w takim głębokim na 30-40 cm śniegu to głównie sprawa schwytania odpowiedniego rytmu. Trzeba się lekko odchylić do tyłu, równomiernie obciążyć obydwie narty i w dół... Kilka uwag. Zawsze przed takim zjazdem koniecznie sprawdzamy i włączamy detektor. Zjeżdżamy w głębokim śniegu pojedynczo. Ja z tym nie miałem problemu, będąc sam:) Ruszam. Skręt w skręt to samo fantastyczne odczucie: wolność, pewność i precyzja ruchów i pozostawiam za sobą ładny ślad. Nagle słyszę gwizd. To Alek mnie pozdrawia. Wymieniamy kilka słów, a potem jadę dalej, bo zimno coraz bardziej „piecze”. W niecałe 10 minut dojeżdżam po długich szusach wzdłuż szlaku do schroniska na Ornaku. Po drodze spotykam dwójkę młodych narciarzy z Warszawy. Krótka rozmowa, potem przedłużona w schronisku. Tam wspominam wspaniałą jazdę i czekam na Alka. Przyjeżdża po pół godzinie, a na głowie ma kamerę GOPro do filmowania w czasie jazdy. Świetna rzecz, oddająca trochę element ruchu w takim zjeździe. To był wspaniały dzień. Wszystko dobrze się zakończyło. Jesteśmy w komplecie. Jak nazwać ten zjazd? Po dwóch „słabych” sezonach był on jak spełnienie marzeń. I takim pozostanie w mojej pamięci. Fajne było też spotkanie z Alkiem Niźnikiewiczem. W tym sezonie jeszcze kilka razy spotykamy się z Alkiem. Na Chochołowskiej i Kondratowej (Alek pozdrawiam Cię serdecznie).
Tomanowa to miłe wspomnienia styczniowe. Mile wspominam zwłaszcza wycieczkę z moimi koleżankami z kursu: Madzią Szpot i Marysią Gruszką, z którymi w te potężne mrozy zjeżdżałem z Tomanowej. Mróz był tak srogi, że odmarzliśmy dopiero w schronisku na Ornaku, zajadając się pyszną szarlotką w wersji zimowej, z bitą śmietaną i owocami. Ja najbardziej zmarzłem w ręce, Madzia też. Marysia twierdziła jednak, że najbardziej zmarzła w pośladki. Hmmm. Odmrażanie tej części ciała nie wchodziło jednak zupełnie w zakres obowiązków kierownika wycieczki, czyli moich, ze względów rodzinnych:). I tak przetrwaliśmy te wielkie mrozy. W zdrowiu i mocy. Potem przyszła wiosna. Tatrzańska wiosna. Z ciepełkiem, wiatrem halnym, piękna i śnieżna. Śniegu było moc. A więc ruszyliśmy ponownie w Tatry. Tym razem do Doliny Chochołowskiej.
Wielki błękit 2...
            Dolina Chochołowska. Długa wycieczka na nartach. Grześ – Rakoń – Zabrat – Ostrewki – Dolina Łatana – Długi Upłaz – Chochołowska. Całodniowy niemal rajd ze zjazdem w nieznane, długimi podejściami i takimi samymi zjazdami. Z elementami opalania się na stromym stoku i na grani. Gdyby próbować znaleźć jedno dobre słowo do określenia tej formy działania to byłaby nim według mnie – wolność. To była prawdziwa „wyrypa narciarska”. Tak dawniej pisano o takich wyprawach: – Koroną turystyki zimowej jest narciarska wyrypa. Właśnie wyrypa, a nie wycieczka. Na wycieczce wiadomo z góry: tędy, siędy, o tej godzinie wymarsz, a o tamtej nocleg. Urok wyrypy polega na tym, że wiesz tylko jedno: skąd wychodzisz i dokąd chcesz dotrzeć. Czy cel osiągniesz, gdzie będziesz nocował i na którym boku – o tym dowiesz się później, kiedy wrócisz do domu. Nie jesteś pewien nawet marszruty. Tysiące przeszkód mogą ci stanąć na drodze i w rezultacie pójdziesz zupełnie innym szlakiem. Ani ty, ani najbardziej doświadczony z twoich towarzyszy nie jesteście w stanie przewidzieć rozwoju wypadków. Z własnej nieprzymuszonej woli będziesz się pchał w gardło trudnościom, będziesz borykał się z wiatrem, kurniawą, mgłą i lodem. Będziesz z sercem struchlałym obchodził drzemiące lawiny, będziesz na czworakach gramolił się na przełęcz i pichcił strawę w ciemnym od dymu szałasie. I co najważniejsze, będziesz tym wszystkim zachwycony. Wyrypy bywają różne. Tak różne, jak różne są dnie w górach. Czasem jest to rozkoszny spacer w pełnym blasku słońca. Innym razem – uparta walka o każdy metr terenu przy wtórze wichru. Czasami wreszcie – rozpaczliwa walka o życie (Wanda Gentil Tippenhauer, Stanisław Zieliński, W stronę Pysznej. Tatry, narty i ludzie, Warszawa 1961, s. 74).
            Dolina Chochołowska jest najdłuższą i największą doliną w polskich Tatrach. Jest położona w Tatrach Zachodnich, ma długość 10 km, powierzchnię 35,6 km² i podchodzi pod główną grań Tatr, a zaczyna się na ich przedpolu, jest więc doliną walną. Pod względem narciarstwa ski-turowego jest ona – można powiedzieć – terenem wręcz idealnym, sprzyjającym długim wyprawom na nartach. Oferuje długie i urozmaicone zjazdy z wysokich szczytów i przełęczy, urokliwe partie leśne oraz ładne spacery dolinne na nartach. Sezon narciarski zaczyna się tutaj w listopadzie lub grudniu i trwa aż do końca kwietnia, a nawet do początków maja (w wyższych partiach). Najbardziej dogodną bazą na wyprawy narciarskie jest tutaj schronisko PTTK na Polanie Chochołowskiej. Można też mieszkać w Zakopanem i dojeżdżać, ale taki wariant jest zdecydowanie mniej atrakcyjny. Możemy też kwaterować w pobliżu, tj. w schronisku PTTK na Hali Ornak w Dolinie Kościeliskiej, ale naszym zdaniem idealnym punktem wypadowym jest właśnie schronisko PTTK na Chochołowskiej. Od niego rozpoczynamy też narciarskie wyprawy w rejonie tej urokliwej doliny.
            Startujemy z Maćkiem spod schroniska ok. 9.20. Jest 3 kwiecień 2012 r. W górach też trzeci stopień zagrożenia lawinowego. Trzeba uważać. Szybko wchodzimy na Grzesia, widoki wspaniałe, jak to w Tatrach. Potem, obchodząc wielkie bloki śnieżne, które stworzył wiatr, osiągamy Rakoń. Z Rakonia, po odpoczynku, zjazd grzbietem na Zabrat i dalej do urokliwej Doliny Łatanej. Śnieg miękki, jest go dużo. Fantazyjna jazda między drzewami. I polana, z której spadamy stromo w dół wężowym śladem. Skręt w skręt. Przejeżdżamy potok po moście śnieżnym. Z Łatanej charakterystycznym ramieniem osiągamy Długi Upłaz. Maciek dzielnie prowadzi. I zjeżdżamy do Chochołowskiej przez piękny stok, na mocno spóźniony obiad. Ja wybrałem placki po chochołowsku, z podsmażanym oscypkiem i żurawiną (polecam), Maciek kotlet schabowy. Znowu lodowate piwo z sokiem malinowym i bez, nalewane przez Lucynę (Lucynko pozdrawiam):), przy barze w schronisku PTTK smakuje wybornie. Wszystko jest jak kiedyś, gdy w 2009 r. po raz pierwszy zjechaliśmy w te strony (chodzi o Łataną). Nowe stoki, nowe przyjemności. Niespodzianka. Z Korsyki dzwoni Aga Gruszka:) wspaniała góralka, która wylądowała na tej pięknej wyspie. Serdeczna przyjaciółka. A więc najważniejsze są przyjaźnie? Zdecydowanie tak. Nasza przyjaźń z Maćkiem pozostała. To jest dla mnie najważniejsze. Trzy dni spędzamy na Chochołowskiej. Trzy górskie dni, z których każdy jest inny od drugiego. I to też jest piękne. Nie ma monotonii. Jest za to przygoda:) tak trzymać.W połowie kwietnia przyroda szaleje. Na dole powoli wiosna wypiera zimę. Pojawiają się pierwsze kwiaty, zwiastuny wiosny. Lepiężniki i krokusy. Śnieżni wojownicy.Takiemu lepiężnikowi nawet dość twardy śnieg nie przeszkadza, by przebić się przezeń i wybić na niepodległość. Krokus zaś nie lub samotności, tysiącami fioletowych główek garnie się do słonka. W tym roku najchętniej na Kalatówkach i na Chochołowskiej. Dla narciarzy to raj. Mają do dyspozycji dwa światy. Zimę u góry, na grani i wiosenne ciepło z krokusami.
Nieznośna lekkość bytu...
Jest 12 maja 2012. O 7.40 jestem na Kasprowym. Potem spacer z nartami zawieszonymi na plecaku. Wreszcie jest! Stoję nad żlebem, którym nie udało się zjechać tydzień wcześniej. Śniegu ubyło, skał przybyło, lat (dni) też:). Jest dopiero 8.30, żleb pozostaje zakryty, w lekkim cieniu, ale gdy próbuję śnieg, uśmiecham się do siebie. Wspaniały firn. Szybko wskakuję w „Dynafity”. I w dół. Wspaniałe uczucie zjazdu w miejscu/żlebie, którym nigdy dotąd nie zjeżdżałem. Skręt w skręt, przejeżdżam pierwsze przewężenie. Potem znowu fantastyczne poczucie wolności i precyzji skrętu. Jeszcze dwa przewężenia na 3-4 m, potem szeroko na 10 m, dojeżdżam do lawiniska, nim po bryi skotłowanych brył lawiny, przemieszanych ze skałami i starą trawą, to trochę „koślawa” jazda, ale jednak, i kończę ten zjazd dwoma fantazyjnymi skrętami. Narty wbijam w brudny śnieg. Jest bardzo ciepło. Obok wystawiona do słonka łąka. No to narciarskie „wygary”! Wszystko odbywa się powoli, bez pośpiechu. Nauczyłem się bowiem w Górach jednego. Pośpiech zabija, dlatego zapomnij o nim. Celebrowanie chwili, przyjaźni lub górskiej samotności powoduje, że życie nabiera blasku. Nie spiesz się w górach – tak mi radził kiedyś stary przewodnik. Miał absolutną rację. Dlatego celebruję każdą chwilę, liczy się tylko tu i teraz. Nie to, co będzie, lecz tu i teraz. Ileż razy w życiu ulegamy fałszywej iluzji zdając się na to, co będzie, a nie dbając o to, co jest. Wiele rzeczy odkładamy „na przyszłość”. Tymczasem lat przybywa, praca zawodowa, rodzina powodują, że nie zawsze jest wtedy czas na realizację dawnych planów. Dlatego to, co chcesz zrobić, jeżeli w swoim sumieniu uważasz za ważne, realizuj i nie odkładaj „na potem”. Po prostu zrób to. Tu i teraz.
Zdjęcia, chwila zadumy. Oglądam panoramę wokół, wyszukując narciarskie linie. Niektóre z nich są przepiękne – długie zjazdy po grani i taki sam długi żleb. Warto będzie tu powrócić za rok. Patrzę też na niektóre, bardzo strome żleby w okolicy i czasami (w kilku przypadkach) stwierdzam, że one już są poza moim zasięgiem:) ale przyjmuję to bez żalu. Za mną na wprost, 100 m poniżej, wielka walna dolina. Nad nią Kopy Koprowe, Garajowe, Rycerowe i inne towarzystwo. Wszystko co pragnę, to zatrzymać te chwile. Po chwili sięgam do plecaka po MP3. Pride (in the name of love) i One Love, sztandarowe kawałki U2, brzmią tu idealnie. Idealnie wpasowują się w otoczenie i kreują dobry nastrój. Czego? Pożegnania sezonu. Po chwili pragnienie ciszy zwycięża, ściągam słuchawki i kładę się na tę łąkę i leniwie popijam to, co mam. Po półgodzinie leniuchowania znowu idę w górę, tym razem innym żlebem, jeszcze węższym, jakieś 300 m przewyższenia w górę. Znowu Bono i U2, znowu poczucie zatracenia się w Górach. Bo nikogo tu nie ma. Lekko spoconą bluzkę zarzucam na narty, wygląda jak sztandar, lekko łopocze na wietrze. Jaki dzisiaj wywiesiłbym sztandar, w ten piękny wiosenny dzień? Wiadomo, ulubiony i jedynie możliwy: Jolly Roger:) I w górę. Zjazd „drugim żlebem”. Wracając zadałem sobie pytanie. Czym byłoby życie bez Gór, tj. konkretnie bez Tatr? Odpowiedź jest krótka. Niczym. Dlatego Bogu dziękuję i zawsze będę dziękował za to, co daje w Tatrach. Za widoki, zjazdy, przyjaźnie. Zwłaszcza te ostatnie. Za dane zdrowie, za każde wyjście i szczęśliwe powroty. Co jest w tym najważniejsze? Ta trudna do określenia nieznośna lekkość bytu. Przykład: szybkie podejście, jeszcze szybszy zjazd. Szum wiatru. Krzyk kruka. Szum potoku w Cichej, zieloność traw w kontraście z białym firnem i błękitem nieba. Szum zsuwającego się spod nart śniegu. Muzyka Gór. Wsłuchuję się w nią. Człowiek jest w tym wszystkim trochę intruzem, zgrzytem, więc zachowuję się wyjątkowo cicho. Czy jeszcze czegoś mi potrzeba? Nie. To jest mój świat. Życie na dole, w Zakopanem, jest dodatkiem. Czy jednak do końca? Przecież powroty do domu są jednak bardzo przyjemne i jakże ważne. Najważniejsze. Wyobraźmy sobie sytuację, w której nie mamy do kogo wracać, nie mamy domu. Zawsze warto więc docenić to co się ma: wspaniałą żonę, dobre dziecko (Boże dzięki za to, że mam dobre dziecko), przyjaciół, rodziców (oby żyli jak najdłużej), ciepły kąt i coś do jedzenia. Po prostu Dom. Psa, którego lubię jak najlepszego przyjaciela. Więcej nic mi już nie potrzeba. Na dole, u Przemka w „Yurcie”, wypijam kufel lodowatego piwa. Za udany sezon, za przyjaciół, za nieznośną lekkość bytu:) za to, że żyję, jak żyję. Piękna jest tatrzańska wiosna. Nasza. Narciarska i ski-turowa. Na miarę marzeń. Kolorowa i tchnąca życiem:)
 
Tekst i zdjęcia: Wojciech Szatkowski
 


Copyright nieznanetatry.pl &GÓRY