logo

Kieżmarski, Grań Wideł, Łomnica w 3 godziny i 28 minut



Dochodziła druga po południu, kiedy Włodek Cywiński otworzył mi drzwi.
Na mój widok zrobił trochę niepewną minę, coś pomiędzy zdziwieniem, a współczuciem.
    – Nie poszedłeś? – zapytał.
    – Nie, już wróciłem – uśmiechnąłem się i jego twarz też rozjaśniła się w uśmiechu. Dzień wcześniej pytałem go o Grań Wideł, której nie przechodziłem wcześniej, i wiedział, na co się wybierałem.

W starym notesie-kalendarzu na stronie 19 października 2001 roku mam zapisany następujący tekst:

ROZKŁAD JAZDY

8.58 – start w Kieżmarski
10.04 – szczyt
10.06 – start do grani Wideł
11.05 – Łomnica (barierka)
11.24 - start w Hokejkę
12.22 – lej podszczytowy
12.26 – barierka
Kieżmarski: 5 m z asekuracją + dwa dopięcia się do punktów
Hokejka: 3 m z asekuracją + dwa dopięcia się do punktów

Tak właśnie było…
Z domu wyruszyłem niespecjalnie wcześnie, w sam raz, żeby dostarczywszy sobie adrenalinowej rozgrzewki na pięćdziesięciu kilometrach szybkich zakrętów między Zakopanem a Tatrzańską Łomnicą, zabrać się na pierwszą kolejkę do Łomnickiego Stawu. Z prawie pustym plecakiem byłem pod ścianą chwilę po wyjściu z kolejki – o ile pamiętam podchodziłem w sandałach, żeby jak najmniej nieść podczas wspinaczki. Lekkie chmury i niepewna prognoza pogłębiały wrażenie, że wejście w ścianę jest decyzją ostateczną, całkowitym „powierzeniem się”, jak to nazywał Wojtek Kurtyka.
Wielkie zacięcie na południowej ścianie Kieżmarskiego znałem z przejścia sprzed kilku lat. Teraz też zdecydowałem się na przejście dolnej części ściany wariantami mniej więcej w linii spadku zacięcia. Jak zawsze przy samotnym wspinaniu czułem się bardziej obserwatorem niż aktorem – po prostu wspinało się samo. Wejście w samo Wielkie zacięcie zaczyna się od pięcio-, sześciometrowej stromej ścianki i kilkumetrowego trawersu w lewo po jej górnej krawędzi. Trawers robi się nogami po poziomej rysie – niemal półeczce, ale żeby wejść na rysę nogami, trzeba zrobić bardziej czujny ruch. Włożyłem tam bombowego złotego Camalota i dopiąłem się do niego, ale po wstaniu nie bardzo miałem jak sięgnąć z powrotem, żeby go zabrać. Przedłużając pętlę, którą byłem wpięty w camalota zrobiłem cały łatwy już trawers wzdłuż gładkiej litej płyty i dopiero za jej krawędzią zdołałem założyć coś, co pozwoliło mi wrócić i zabrać pierwszy punkt. W zacięciu jeszcze dwukrotnie dopinałem się do pojedynczych punktów – wkładając je dosłownie na jeden delikatny ruch i wyjmując po zmianie pozycji.
Byłem tak wciągnięty we wspinanie, że dopiero na szczycie sprawdziłem czas na telefonie. Było nieźle – napiłem się wody i po dwóch minutach ruszyłem granią Wideł.
– Nie powinieneś mieć problemów – mówił mi Włodek dzień wcześniej – jak będziesz się rozglądał, to znajdziesz właściwe warianty. Częściowo droga idzie ostrzem, ale jest kilka obejść głównie po stronie Miedzianej Kotliny. Generalnie przebieg raczej się narzuca. Jeśli chodzi o przejście bez asekuracji, to też sądzę, że nie będzie to wyzwanie. Trudności jest niewiele i raczej na krótkich odcinkach. Ekspozycja miejscami duża, ale nie myślę, żeby miała na ciebie szczególny wpływ. Powodzenia.
Włodek wyraźnie we mnie wierzył – parametry drogi nie były w żaden sposób wyzwaniem, jedyny potencjalny kłopot wynikał z charakteru graniówki. Wybrać właściwą drogę i wspinać się na żywca do góry, nie miało tu być największym wyzwaniem. Wyzwaniem miało być, przynajmniej o tym wcześniej myślałem, wybranie właściwej drogi zejścia z kolejnych turni i wspinanie się bez asekuracji w dół, z bardzo ograniczoną możliwością obejrzenia tego, co jest niżej.
Nie było tak źle – nie zapchałem się nigdzie i po pięćdziesięciu ośmiu minutach przechodziłem przez barierkę na Łomnicy. Było wcześnie i w zasadzie mogłem zrobić sobie przerwę, ale to nie wchodziło w rachubę. Rozkręcony we mnie silnik nie schodził z obrotów i nie było szans, że zwolnię przed zakończeniem akcji. Mimo że przeszedłem kilkadziesiąt metrów wśród łomnickich kolejkowych turystów, byłem zupełnie gdzie indziej niż oni. Szedłem po schodkach, mijałem ludzi, ale czułem, jakbym był półprzeźroczysty – jak duchy pokazywane w filmach. Przenikałem przez nich, przez ich świat – byłem wciąż w trakcie wspinaczki.
 Hokejka jest fantastyczną drogą – od samego początku w miarę stromo i cudownie lito. Początkowe wyciągi przelatuję jak pociąg pospieszny, na trawersie z krzyżem dopinam się do nita i odpinam, kiedy wciąż mam go w zasięgu ręki. Na okapie Hokeja znów dopięcie do punktu na jeden ruch – też pewnie niepotrzebne, ale to mój sposób na nietracenie rozpędu. Jeśli miałbym stać, myśleć, magnezjować i spędzić w danym miejscu więcej czasu, to dzisiaj nie jestem zainteresowany – dziś lecę nad światem. Kluczowa ścianka przy górze wymaga znów wydłużenia pętli – wchodzę, zakładając punkty, schodzę po założeniu czegoś nad trudnościami i wchodzę z powrotem, likwidując asekurację. Reszta to błysk – przechodzę przez barierkę na Łomnicy 3 godziny i 28 minut od startu w ścianę Kieżmarskiego i wracam do normalnego świata. Wchodzę do budynku kolejki – nie było tam jeszcze wtedy możliwości kupienia biletów na zjazd, ale nie miałem zamiaru schodzić na nogach.
Łamanym słowackim tłumaczę kolejarzowi, że zrobiłem wielkie rzeczy i zasługuję na zjazd kolejką – nie sądzę, żeby wiedział o czym mówię, ale zrozumiał, że coś się wydarzyło i znalazłem się w pierwszym jadącym w dół wagoniku. Oczywiście przy okazji sto czy dwieście koron zmieniło właściciela.
Trochę szybkich zakrętów i dzwoniłem do drzwi Włodka.
Tak pamiętam te kilka godzin – głównie jako wspaniałe uczucie, jak zwykle przy przejściach samotnych. O czymś takim mówią mistrzowie zen, w psychologii używa się terminu „przepływ”. Co by to nie było, zawsze za tym przepadałem.



Grań Wideł znad Skalnatego Plesa / fot. Marcin Kacperek


POST SCRIPTUM

Jeśli zaś chodzi o bardziej trzeźwe spojrzenie na całą tę akcję, to warte wzmianki wydają mi się dwie rzeczy. Wybór linii był oczywisty i jak tylko na niego wpadłem, wiedziałem, że będę chciał go zrealizować – niewiele jest tak logicznych połączeń, tak pięknych dróg. Ponad kilometr wspinania przedzielony jedynie zejściem ze szczytu pod Hokejkę.
Po drugie – co było dla mnie naprawdę zaskoczeniem – przejście odbiło się głośnym echem, chyba mocniejszym niż uzasadniałaby to jego sportowa wartość. Myślę, że stało się to ze względu na specyficzny dobór dróg – starych i uznanych klasyków. Doświadczeni, opiniotwórczy wspinacze mogli się do nich odnieść, pamiętali, jak spędzali na tych drogach długie dni i były one strasznie trudne. To spowodowało, że uznali moje przejście za poważny wyczyn. Ja osobiście za cenniejsze uważam kilka innych przejść tego typu – samotnych, bardzo szybkich i lekkich, opartych o motto: „czas jest wyznacznikiem stylu”. Niektóre z nich robiłem w Stanach czy w Alpach, więc nie odnosiły się do polskich lokalnych mitów, ale jedno dokonane w Tatrach jest szczególnie drogie mojemu sercu. Korzystam z tej okazji, aby je przypomnieć.
Przeszedłem kiedyś direttissimę Giewontu w 2 godziny i 4 minuty z asekuracją jedynie na kluczowym kominku. Moim celem było zejście poniżej dwóch godzin, ale złamałem ostrze w pulsarze tuż nad kominkiem i połowę ściany pokonywałem z jednym przyrządem – drugą ręką dziobałem grotem dziabki, bo ostrze złamało się tuż przy głowicy. Sądzę, że spowolniło mnie to co najmniej o te cztery minuty, więc byłem blisko subiektywnie wyznaczonego celu. Nawet bez historii o dwóch godzinach i złamanym ostrzu moim zdaniem jest to przejście bardziej wartościowe lub przynajmniej z tej samej półki, co opisywana tu akcja. A nigdy nie doczekało się takiego rozgłosu…


Marcin Kasperek

Marcin Kacperek / fot. arch. Marcin Kacperek
Grań Wideł znad Skalnatego Plesa / fot. Marcin Kacperek
 


Copyright nieznanetatry.pl &GÓRY