Tekst i zdjęcia: Bartek Latasiewicz
„Góry” 153 (2007)
Zawrat na stronę Wielkiego Stawu Polskiego
trudność: 1.
deniwelacja: 490 m
długość: 2590 m
nachylenie średnie: 11°, max.: 33°
Wariant z Małego Koziego Wierchu
trudność: -2
deniwelacja: 540 m
długość: 2610 m
nachylenie średnie: 12°, max: 39°
Przejście przez przełęcz Zawrat to najkorzystniejsze i najłatwiejsze miejsce do przekroczenia „na drugą stronę”, czyli do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Jest dogodnym przesmykiem, dostarczającym narciarzom wiele frajdy z długiego niezbyt trudnego zjazdu. Pewnym urozmaiceniem może być zjazd z Małego Koziego, którego szczyt znajduje się w niewielkiej odległości od przełęczy. Należy jednak pamiętać, że zjeżdża się po dość dużej śnieżnej połaci i ze narciarz jest dużym obciążeniem dla śnieżnych struktur.
I KTO TU JEST SZALONY?
(z pamiętnika znalezionego w plecaku)
Piąta rano, jak ja nie lubię tej godziny. No cóż, cele wyższe. Senny tramwaj i potem równie senny dworzec. Na przystanku grupka turystów, oni też mają senne miny. Wszyscy jak z katalogu: stoptuty, trepy, plecaki, kolorowe kurtki, tylko ja w półbutach i z nartami. Patrzą na mnie jak na kosmitę. Przecież nigdzie nie ma śniegu! Przypomina mi się sentencja kumpla: „ech, orłowi żyć w dolinach”. I od razu mi lepiej...
Zakopane już nie takie senne, wysiadam i gnam na busa. A potem to już tylko na Halę.
Po tysiąc pięćset sześćdziesiątym czwartym wdechu w moim układzie oddechowym następuje chwilowy bezdech, bo oto jest: biała pani śniegiem zwana! No, czyli nie na darmo targałem te deski.
Po szybkiej herbatce ruszam do góry na fokach. Szybko mijają kolejne elementy krajobrazu: Gąsienicowy, Zmarzły. Na Zawracie staję na przysłowiowego batonika. Kilku piechurów patrzy na mnie jak na szaleńca. Batonik szybko się skończył i pora ruszać dalej.
Ludzie ziorają, to trza się lansować. Dopinam, skracam, wpinam na koniec szpanglasik i rura w dół. Z szeroko rozdziawionym łapaczem komarów zasuwam w dół. Warunki idealne, więc zostawiam za sobą piękne ósemki. Euforia wychodzi mi uszami – dobrze, że nałożyłem czapkę, bo by się wylała. Na dole z tęsknym spojrzeniem kontempluję ślady moich nart. To był zjazd! Piechurzy z przełęczy doszli po godzinie, no i kto tu jest szalony? Żeby tyle leźć przez śniegi?
Kozia Przełęcz przez Dolinkę Pustą
trudność: 3
deniwelacja: 470 m
długość: 1940 m
nachylenie średnie: 14°, max.: 45°
Zjazd z Koziej Przełęczy zaczyna się dość emocjonująco: wąską i stromą rynną, pogłębianą często przez zsuwający się śnieg, a także przez podchodzących turystów. Szerokość zjazdu zależy także od ilości śniegu zalegającego w żlebie. Po pokonaniu żlebu kierujemy się na próg Dolinki Pustej.
CO NAJWYŻEJ SKIALPINIŚCI
(z pamiętnika znalezionego w plecaku)
Było już późne popołudnie i mieliśmy lekki dylemat, czy jeszcze uderzać na Kozią, ale narwana natura wygrała. Pofoczyliśmy więc szybko w stronę wąskiego żlebu Koziej Przełęczy. Po podejściu bliżej, zaczęły się lekkie schody, gdyż śniegu było więcej, niż się nam wydawało. Ale cóż to dla nas – dzielnych ski-alpinistów! Po dwudziestu metrach grzebania się po pas w stromym śnieżnym stoku byliśmy już zmęczonymi dzielnymi ski-alpinistami, po kolejnych dwudziestu już tylko – albo co najwyżej – ski-alpinistami. W końcu wczołgaliśmy się na przełęcz. Lekko wyrypani. Teraz pozostało delektować się już tylko zjazdem! A zjazd nie pozostawił cienia wątpliwości, że warto było się na niego wdrapać. Jak to często bywa w sezonie ski-alpinistycznym, drogę poniżej schroniska trzeba było pokonać w butach w warunkach iście wiosennych. Dwa wielkie badyle przy plecaku powodowały dziwne spojrzenia mijanych turystów idących od dołu. Jednak w największe osłupienie wprawiliśmy dwie starsze panie, idące w górę, które z wielkim zdziwieniem zapytały:
– Gdzie wy z tymi nartami, panowie...
– No z góry, z nart.
– Jak to! To jest śnieg???