logo

Narty i żarty, czyli historia polskiego narciarstwa pół żartem pół serio


Narty to wspaniały sport. Łączący ludzi swobodą przebywania w „białym świecie”. Warto pamiętać jednak, że narty to także sytuacje komiczne, a nawet arcykomiczne. Tu ktoś zaryje nosem w śnieg, inny zabłądzi i zamiast zjechać do Kuźnic, wpada jak bomba do Podbańskiej z numerem startowym na plecach, tamten złamie nartę. Można opowiedzieć i napisać całe opasłe tomisko o wesołych sytuacjach narciarzy w górach. Wybrałem z ogromnego archiwum Muzeum Tatrzańskiego i swojego szereg opowieści o „nartach i żartach” z dawnych lat. Jest to opowieść o historii polskiego narciarstwa opowiedziana pół żartem, pół serio... Opowieści zakopiańskich i lwowskich taterników i narciarzy, sprzed ponad 100 lat, okraszone fragmentami książki „W stronę Pysznej”. Miłej lektury.


Autor karykatury: Stanisław Hirschel.  Ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego

 
 
Na początku były sardynki..
   Kto smaruje, ten jedzie – ta prawda stara prawie jak najstarszy samochód odnosi się także do narciarstwa. Kto nie smaruje desek musi się odpychać kijami. Ten nie jedzie. Pierwszy narciarz zakopiański, Stanisław Barabasz dotarł z Janem Fischerem w Wielki Piątek nad Czarny Staw Gąsienicowy. Pochodzili na nartach po stawie i planowali drogę zjazdu. Ale czym posmarować deski?. Posmarowali je olejem z sardynek, co na pewno zdziwiło lisy zamieszkujące Halę Gąsienicową, bo na widok sardynkowego śladu podążyły najpewniej za pierwszymi narciarzami. Z kolei Józef Schnaider, pionier narciarstwa w Karpatach Wschodnich, jako smar do nart proponował sól, stearynę, ewentualnie śledzia, by zmniejszyć „nalepianie się śniegu pod deski”... Jak widać każdy z pionierów polskiego narciarstwa miał zupełnie inny pomysł na smarowanie nart.
 

Skok narciarski w terenie, 1936.
Fot. A. Wieczorek. Archiwum Muzeum Tatrzańskie
 
Humor z Pysznej...
    Schronisko SN PTT na Pysznej było ulubionym miejscem dawnych wyrypiarzy. Na stole w jadalni leżała stara księga „Silva rerum SN PTT Pyszna” pełna rysunków, tekstów dawnych narciarzy, tekstów interesujących choćby dlatego, że Pysznej juz nie ma. Wstępu do narciarskiego Raju bronią zielone tablice TPN a schronisko spłonęło w 1945 r. Teksty pozostały, a więc:
 
Schronisko na Hali Pysznej ( 10 przykazań)
 Tak, Pyszna była „narciarskim „El Dorado”, ulubionym chyba miejscem zakopiańskich narciarzy, gdzie jeszcze w maju można było śmigać na deskach po wymarzonym „firnie”. Szałas w 1909 wynajął Zakopiański Oddział Narciarzy na 99 lat...

 

Autor karykatury: Stanisław Hirschel.  Ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego


Tu zachodził narciarski wyga Oppenheim, Zaruski i inii, tutaj przy potoku gruchała zakochana para, wreszcie na Pysznej organizowano zawody i wyruszano na „wyrypy narciarskie”. Oppenheim darzył małe schronisko położone u stóp Kamienistej i Błyszcza ogromnym sentymentem. Jesienią wraz z przyjaciółmi zaopatrywał schronisko w opał, zimąwpadał tu i ruszał w góry. Schronisko spłonęło zimą 1945 r w czasie walk radzieckich partyzantów z Niemcami. Opuś przeżył Pyszną o rok. Oto 10 przykazań pyszniańskiego przybytku:
1. Nabrać dużo powietrza w płuca, gdyż w pokojach jest go mało.
2. Nie stukać, nie pukać, nie jeść, w pokojach naturalnie, nie pluć, nie kasłać, nie kichać.
3. Nie chrapać, nie „sapać”
4. Nie chodzić ( gdyby zaszła potrzeba to boso)
5. Nie bić się i nie wymyślać
6. Nie wchodzić do schroniska inaczej jak na głowie
7. Nie kraść, nie „buchać”
8. Wchodząc do schroniska zameldować się koniecznie, imiona prababki, babki i dziadków
9. Nie zapominać skądeś przybył
10. Ile razy do roku spowiadasz się i gdzie wyjeżdżasz i jakie masz zamiary na przyszłość.

 

Autor karykatury: Stanisław Hirschel.  Ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego
 
„Pyszna Dziewica”, którą zrozpaczeni brakiem kobiet w schronisku, wznieśli ze śniegu narciarze w dniu 24 lutego 1936 r..
 
Z tamtej strony Wisły
Piórko się migoce
Gazda na weselu
Bawił się dwie noce.
 
Bawił się dwie noce
Gęba mu się mieni –
Pewnie się raz jeszcze
Nasz Gazda ożeni
 
Gazda się ożeni
Śmieją mu się lice
Weźmie z przed schroniska
Ze śniegu dziewicę...
 
Z Księgi pamiątkowej SN PTT Pyszna.
 
 

Autor karykatury: Stanisław Hirschel.  Ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego
 


Obraz księcia Poniatowskiego
 
  Henryk Bednarski, jeden z pierwszych zawodników narciarskich ZON należał do pokolenia wychowanego na walkach o niepodległość, na tradycjach Księstwa Warszawskiego i Poniatowskiego. Kiedyś na zawodach narciarskich w Austrii Bednarski zauważył wiszący na ścianie obraz Poniatowskiego skaczącego na koniu w nurty Elstery. Bardzo się nad nim rozrzewnił, ku uciesze kolegów. Rano narciarze zauważyli sporych wielkości rulon wystający z plecaka Bednarskiego. Okazało się, że był to obraz, który zabrał ze sobą Pan Henryk. Do hotelowego rachunku dołączył oczywiście odpowiednią sumę, jego zdaniem równowartość obrazu. Do kolegów powiedział: – Przecież nie mogłem go zostawić Szwabom!
 
Józef Kapeniak, Tatrzańskie diabły
 

Spotkanie z niedźwiedziem w Dolinie Niewcyrki
 W czasie wiosennych „wyryp narciarskich” czasami narciarze spotykali się „oko w oko” z samym królem Tatr- niedźwiedziem brunatnym. Ślady niedźwiedzi widywano w Jaworowej, Niewcyrce, Cichej i Kamienistej. W Niewcyrce, parę lat po wojnie, był to rok chyba 1922, natknął się Oppenheim z kompanią na misia brunatnego w pełni słonecznego blasku. Narciarze zjeżdżali z Furkotnej Przełęczy. Zatrzymali się na górnym progu doliny, żeby wyszukać najdogodniejszy zjazd przez stare lawinisko. Miś stanął na kopcu lawiny, blisko ścian Krywania. Wiatr wiał w stronę ludzi, więc niedźwiedź spokojnie rozgrzebywał śnieg. Narciarze patrzyli w milczeniu. Domyślali się, że miś zwietrzył kozią padlinę.
    Nagle nadjechał spóźniony Bednarski. Zobaczywszy niedźwiedzia, wpadł w głośny zachwyt:
- Niedźwiedź, o rety, prawdziwy niedźwiedź!...
    Miś gwałtownie poderwał łeb. Spojrzał w górę i momentalnie stanął na tylnych łapach. Niema scena trwała krótko. Narciarze stali jak skamieniali. Niedźwiedź po namyśle rozpoczął odwrót. Cofał się wolno, z godnością. Ruchy miał senne, leniwe.
- Wyraźnie nas lekceważy-powiedział Ziętkiewicz.
- Słaby po zimie. Jeszcze nic nie zdążył upolować-dodał ktoś inny, chcąc się pochwalić znajomością niedźwiedzich obyczajów.-Oderwaliśmy misia od stołu. Wyniuchał w lawinie kozicę lub inną padlinę...
opis z:  W stronę Pysznej
 
Henryk Bednarski tak lubił „narciarskie kawały”, że w roku 1928 dał się sfotografować nago na nartach...


Henryk Bednarski. Fot. Archiwum Muzeum Tatrzańskie
 


Niedźwiedź z Koprowej
 Było to w Dolinie Koprowej, po słowackiejstronie. Nad ranem, ledwo zaczęło szarzeć, towarzysz Oppenheima, przyciśnięty nie dającą się odłożyć na później potrzebą, wstał z pryczy i powlókł się do lasu. Józio spał w najlepsze. Wyrwał go ze snu przeraźliwy krzyk.
 – Ratunku!... Ratunku!...
 Wybiegł z izby i tuż za progiem natknął się na krzyczącego wniebogłosy towarzysza.
Ratunku!... – wołał ściskając w garści opadające portki. Józio postawił go na nogi, potrząsnął.
– Co takiego? Gadaj!
– Niedźwiedź!
 „Ma gorączkę, albo mu się śniło”... – pomyślał Oppenheim, wciągnął towarzysza do izby i na wszelki wypadek zwymyślał od ostatnich, żeby majaczenia wypłoszyć i równowagę ducha przywrócić.
 Wkrótce zasnęli obydwaj. Nocna przygoda prędko wywietrzała z głowy. Rano towarzysz zachowywał się normalnie. Jedyna zmaina, jaką zauważył Józio, to niechętne, rzucane półgębkiem odpowiedzi.. Oppenheim wzruszył ramionami i poczłapał do lasu. Tam zdębiał. Wyraźne ślady nie mogły wzbudzać najmniejszej wątpliwości.
Zwracam honor. To był naprawdę niedźwiedź – powiedział wróciwszy do schroniska.
Towarzysz pokiwał głową i uśmiechnął się cierpko.
– Mnie przekonywać nie trzeba. O N się otarł o mnie. Czy ty to rozumiesz ? W takiej sytuacji !
– Rozumiem.
W najlepszej zgodzie opuścili schronisko.
Po kilku dniach zaczęła krążyć w Zakopanem gadka sławiąca uprzejmość tatrzańskich niedźwiedzi...
Ot, choćby ten miś z Koprowej – opowiadano – niby niedźwiedź, a jak się zachował elegancko. Zobaczywszy człowieka w potrzebie, pośpieszył z kurierkiem. A że turysta narobił wrzasku, to już nie wina niedźwiedzia...
W stronę Pysznej
 

Józef Oppenheim na Długim Upłazie. Fot. Archiwum Muzeum Tatrzańskie



Coby mi piorun do rzyci nie strzelił !
 Przewodnik tatrzański Stanisław Gąsienica – Byrcyn był jednocześnie wspaniałym narciarzem. Już w roku 1907 ukończył z patentem narciarza kurs prowadzony przez samego Mariusza Zaruskiego. Wyszedł na nartach na Krywań, Polski Grzebień i wiele innych śtryrbnych miejsc. Kiedyś na Kasprowym Wierchu miał przytroczony do plecaka czekan. Turyści dziwili się: Po co ten czekan ? Jeden ze śmielszych zapytał: – Panie przewodniku a po co wam ten czekan ?
Słynący ze znakomitego poczucia humoru Byrcyn odpowiedział bez namysłu: – Coby mi pieron do rzyci nie strzelił !...
 

Wiatr według Józefa Oppenheima...
 Przewodniki narciarskie też są różne. Najlepsze jaki znam to przewodnik narciarski Oppenheima z 1936r ze względu na wspaniałe opisy. Oto próbka humoru Józia Oppenheima, opis tatrzańskiego wiatru, przenikającego czasem lodowatym oddechem przez kurtkę narciarza:Badania alpejskie wykazały, że wiatr z miejsca odbiera turyście pięćdziesiąt procent sił, a skromne doświadczenia tatrzańskie odsłoniły, że ironiczny ten olbrzym, gwiżdżąc po graniach-gdy zechce, po prostu zdmuchnie człowieka z ordynarnego Upłazu Skupniowego, nie mówiąc już o takich Czerwonych Wierchach. Największym niszczycielem śniegu jest również wiatr.


Mariusz Zaruski i Roman Kordys na Zaworach. Fot. Archiwum Muzeum Tatrzańskie

    Niestety-ruszając w góry nigdy nie wiadomo czy się z tym kochankiem szczytów nie spotkamy. Siedzi czasem schowany za jaką grzędą i na grani dopiero wybucha niespodzianie piekielną muzyką. Ukocha sobie jakąś dolinkę i od przełęczy chwyta cię w taniec, spychając w dół z diabelskim chichotem. Zedmie śnieg do zielonych traw i lodu, lub wygoli kamienie, abyś nogi pokręcił tam, gdzieś sobie najpiękniejszy zjazd obiecywał..
 
za: Józef Oppenheim, Szlaki narciarskie Tatr Polskich, Kraków 1936
 


Uraźny Stasek...opowiada Józef Pitoń
 Opowiadoł Ujek Krzeptowski o tym jak jechali na nartach Pysnom. Jednej zimy pojechalimy ze Stanisławem z Lasa sukać pana bo się stracił kajsi w Cichej. Stanisław mioł takie narty, jesionki, co se som zrobił, a kręcił po staroświecku. Przy skręcie w lewo przekładoł oba kijki na lewo, klękoł na lewe kolano, a pote tak samo w prawo. Przejechalimy z Kasprowego całom dolinom Cichom jaz do Podbańskiej, a pana nima. Wracome sie Kamienistom w góre na Pysniańskom Przełęc. Na Przełęcy Stanisław godo: – Trza będzie, kolego, narty odpiąć i sprawdzić, cy tam poniżej nima lodu. Ale mnie się nie bardzo kciało tyk nart odpinać i godom: – Stasiu, jo moze zjede nizyj, a jak będzie dobrze to ci zawołom. Nie ujechołek moze 20 metrów, kie mi narty ino roz podkiełzły i juzek był na dole. Wstołek, otrzepołek sie ze śniega i wołom: – Stasiu! Jedź śmiało, ino się przychyl do stoku!
Nie usło ani pięć sekund kie ino tak cosi gwizdło koło mnie. Jedzie. Stasek na serdoku, co strak, i fuk w zospe, jakie sto metrów pode mnom. Ale nic. Wstaje. Dojechołek ku niemu. – Stasiu! nic ci się nie stało? Ale Stanisław nic nie godo. Jedziemy dołu Pysnom, nic. Przyjechalimy na Pisanom, Stasek nic. Na Kirach przy Słowińskim godom: – No to miewoj się Stasiu, bo jo tu na kwile ostane. Stasek się ani nie przypatrzoł ino godo: – A co sie bedzieme zegnać, kie się jutro zaś bedziemy widzieć! I poseł. O jakie 3 dni spotalime sie w karcmie u Wójcika i kie my wypili po trzecim piwie Stanisław hip do mnie. – A co se mnie ty, kolego, bagatelizujes! he?!
Dzięki ci Boze, co to śnieg, a nie błoto!
 
            Jednego razu po dyżurze na Kasprowym Wierchu ratownicy zjeżdżali z narciarzami. Ujek kończył wtedy dyżur jako ratownik. Było mało śniega i nie zjeżdżali przez Karczmisko, nartostradą, tylko weszli na Przełęcz Mechy i chcieli zjeżdżać przez Stare Szałasiska. Tam śniegu było dość. Jadą, kręcą. A zrobiła się już szarówka i słabo było widać. Jedzie w końcu i Ujek. Kręci, ale nagle, jak to się mówi, postawiło go na głowie. Wpadł w głęboki śnieg. Śnieg powpadał mu za koszulę, do kaptura i do ust. Ujek cały był biały od śniega.
Reszta narciarzy podjechała do niego. A Ujek klęknął na śniegu i powiedział:
– Boze dzięki ci, co to śnieg, a  nie błoto!
 
Na Kasprowym za 15 tysięcy
Józef Pitoń dalej opowiada o Krzeptowskim. Filmowcy kręcili w Tatrach jakiesi film. Kręcili pod Świnicą, no i postawili wielki namiot, w której trzymali sprzęt. A Ujka wynajęli do pilnowania. Spisali śnim umowe na 15 tysięcy złotych. W nocy spał w namiocie, rano kie przyjechali, to śli w teren, a namiot zostawiali pusty. Wtedy Ujkowi się przykrzyło, to przycodził na Kasprowy i groł tam w karty, abo siedzioł do słonka. Pełno pań lezało koło Ujka. Panie godajom: – O, jak jest pięknie! O, jak się nam dzisiaj udało !
A Ujek siedzi na lezoku, kręci sie: – E Boze, Boze, za co jo się tu tak musem mencyć.
– A paniusie na to: – Cóż pan tak narzeka. Leży pan na słońcu i jeszcze panu źle!
– E bo sie tak na tym słonku piekem.
To dlaczego pan tu siedzi? Jak się panu nie podoba to niech pan zjedzie do Kuźnic.
–E dyj Pani ni moge, nie dom rady. Bo mi 15 tysięcy płacom za to cobyk tu lezoł na tym lezoku do słonka.
Paniusie jedna do drugiej: – Co to za człowiek. To my tyle płacimy, żeby się na Kasprowy dostać, a on lezy i zarabia za to 15 tysięcy. Niesłychane!


Kolej linowa - wagonik nad Giewontem.
Fot. A. Wieczorek . Archiwum Muzeum Tatrzańskie
 
Zielona Księga ZON I SN PTT
W klubowych, zakurzonych księgach zakopiańskiego klubu SN PTT Zakopane kryją się próbki narciarskiego humoru sprzed lat 80 – ciu. Mniej lub bardziej udane teksty świadczą o wspaniałym nastroju na wycieczkach i zawodach, nastroju, bez którego narciarstwo nie byłoby narciarstwem. W końcu jest to sport ludzi wesołych, a nie tak zwanych smutasów. Zacznijmy od narciarek, bo od kobiet zaczynać wypada, co też pisano o nich w Zielonej Księdze..
Cudne, boskie narciarki,
I cożeście wy warte,
Gdy każda po sezonie, Wyglądacie jak... narty 
 
 Hm, pozostawiam ten cytat bez komentarza. Napomnę tylko, gwoli prawdy historycznej, że autor tego tekstu przezornie się nie podpisał, wiedział, co go czeka...
Nie oszczędzano nikogo, nawet Mariusza Zaruskiego, jednego z najlepszych narciarzy tego okresu. Oto fragment szopki St. Hirschla.
 
Herod mówi (Herod to Zaruski):
Krótko jednak wam wyłożę, Jak to się odrodzić może,
Lud potężny – zdrowy – zwarty, Przez alpinizm i przez narty,
Niech się słowo czynem stanie ! Ćwiczcie zatem zakopianie,
Ćwiczcie, ćwiczcie – ja wam każe,
Myśmy tutaj gospodarze! Ćwiczcie w Tatrach kletterschusy,
Ja occedzę wszystkie fusy, Niech ostaną się rycerze,
Co aż na Mariacką Wieżę, Wyjdą śmiało wprost po murze,
Ja wam piękną przyszłość wróżę, Ja taternik, narciarz sławny,
I ja Tater gospodarz prawny...


Autor karykatury: Stanisław Hirschel.  Ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego
 
 Z czasem pojawili się narciarze sportowcy, przedkładający zdrową rywalizację nad turystykę. Zakopiany nie lubili zawodników ze Lwowa, bo stamtąd przyszła moda na narciarskie „wyścigi”. W Szopce pojawia się narciarz ze Lwowa:
 
Ta joj, ta mnie złość już zbiera,
Czemu nie ma nikt sztopera !
Ta co jest, ta nie trza łaski,
Protestui ten „bieg płaski”,
Protest proszę tu „par bonte”
Dwie sekundy i „dwie piąte”
Trudne ja tereny znam,
Co mi tam Suchy Żleb,
Choć trzy setki plakiet mam,
To powszedni chleb,
Ale więcej by się zdało,
Ta ja ścigacz jakich mało,
Europę biorę całą.
To ja narciarz jakich mało,
To ja narciarz jakich mało,
Rekordowy robię skok,
Silnym jest, jak dąb,
Czasem zbii sobie bok,
Czasem głowę, ząb,
Lecz grunt nogi – detal głowa,
Ta ja narciarz, mistrz ze Lwowa,
Mistrz ze stajni wyścigowej,
Stawię rekord wszechświatowy.
 
 
                      
Stanisław Hirschel.  Ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego

             
Kolejny wiersz to Krakowiak narciarski
 
Krakowiak Narciarski
 
Narciarze to tylko, w nartach zadurzeni,
Karnawał na schyłku, Żaden się nie żeni,
Oj, warto by, warto, Uwinąć się szparko,
Ożenić „Tatego”, byle nie z narciarką..
 
Jedna narta prosta, druga się spaczyła,
Cóżeś się dziewczyno, w narciarza wpatrzyła,
Narciarz nie dla ciebie, ma on swoje narty,
Ożenić się nie chce bestyja uparty !
 
Hej narciarz nie głupi, ma on głowę zdrową,
Woli nartę z więźbą, niż żonę z teściową,
Cały dzień na „Lipkach” zjeżdża wprost bez kija,
Pewnie do juniorów wpisał się bestyja – oj dana !
 
Stanąłby, oj stanął do głównego biegu,
Jeno, że chce jechać, nie zaś leżeć w śniegu – oj dana !
Zjeżdżała, zjeżdżała na karku złamanie,
Pewnie do „damskiego”, w Goryczkowej stanie – oj dana !
 

Autor karykatury: Stanisław Hirschel.  Ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego

Nocleg w Zuberskiej
 
   Nocleg w górach też bywa różny, zwłaszcza na wyrypie narciarskiej. Opuś poszedł kiedyś do Zuberskiej, ciągnęło go do Doliny Rohackiej, do długich zjazdów po tamtej stronie. Zanocował z przyjaciółmi w starym schronisku na Zwierówce. Oto, co z tego wynikło..
 Trójka przyjaciół wyruszyła z Doliny Chochołowskiej przez Rakoń i Szyndlowiec do szałasów w Dolinie Łatanej. Spotkano tam sympatycznych narciarzy słowackich, więc pod wieczór całą kompanią zjechano do schroniska na Polanie Zwioerówka. Nadciągała wiosna, wino i niepokój wojenny sprzyjały brataniu się i zapewnieniom o przyjaźni. Do późna śpiewano polskie i słowackie pieśni. W wojnę nikt z nich wtedy chyba nie wierzył. Powracała jednak w rozmowach, psuła nastrój jak zły sen, jak złe przeczucia. Ranek przyniósł rozczarowanie. Śnieg znikł z gór. Wiatr halny wisiał w powietrzu. Gwałtowny skok temperatury rozwiał marzenia o wycieczce w masyw Salatyński. Postanowiono wracać przez Dolinę Zuberską. Tam śnieg jeszcze się trzymał i zapowiadały się znośne warunki narciarskie.
– Zanocujmy pod Rohaczem. Rano coś się wymyśli. Może halny rozlezie się po kościach ? O tej porze roku wszystkiego przecież można się spodziewać.
   W małym schronisku pełno. Przed budynkiem pali się watra. Dwie jędrne narciarki doglądają barana na rożnie. Atmosfera i zapachy zdecydowanie świąteczne.
Rypcium pypcium – odzywa się po swojemu Oppenheim – trafiliśmy na poważne przygotowania do zakończenia sezonu. Nach dem Essen sollst du rauchen oder eine Frau gebrauchen.
– Co Ty wygadujesz Józiu? Nie znamy niemieckiego!
Ja też nie znam. Chyba nic nie mówiłem.
    Dziewczyny chichoczą i ze zdwojoną energią zajmują się baranem. W izbie zajęte prawie wszystkie prycze. Króluje pani w średnim wieku w towarzystwie dwóch panów i młodziutkiej siostrzenicy. Są też dwaj Polacy. Zjechali przed chwilą z Rakonia i głośno dzielą się wrażeniami. Jest Słowak ze złamaną nogą. Leży na noszach i ze wściekłym uporem broni się przed zniesieniem w dolinę do lekarza. Ostatni dzień zimy chce spędzić w górach. Przed jutrem nie da się ruszyć ze schroniska. Pełny również stryszek. Kwaterują tam młodzi Słowacy, towarzysze dziewczyn obracających rożen nad watrą.
   Wspólna kolacja mija wesoło i spokojnie. Sypią się komplementy pod adresem dziewczyn i pieczeni. Dziewczyny chichoczą coraz sympatyczniej. O dziesiątej, bo to pora schroniskowej ciszy, gaśnie lampa. Ale młodych na stryszku sen się w ogóle nie ima. Trzeszczą szczeble drabiny. Służący niesie na górę jeszcze jeden, z pewnością nie ostatni dzban wina. A tam coraz huczniej, wiosenniej. Harmonia dostaje zadyszki, ugina się powała, na prycze sypie się kurz i paprochy. Zabawa staje się w końcu tak hałaśliwa, że rozdrażniona cioci prosi panów o taktowną, ale zdecydowaną interwencję. Jeden z mężczyzn wspina się po drabinie, unosi klapę, zagląda i z pośpiechem wraca pod koce.
Za późno, już nic nie da się zrobić – wyjaśnia szeptem i znacząco chrząka.
Ach tak!..– Ciocia wzdycha i całą pretensję wyładowuje na siostrzenicy. – Przynajmniej ty mogłabyś już spać!
Tak, tak. Będziesz miała jutro nogi z waty! – wtóruje cioci mężczyzna, który zaglądał na stryszek. Siostrzenica płaczliwie pociąga nosem. Przyjaciele klną Oppenheima. Noc taka, że nie zmrużysz oka. Józio nie reaguje, zaciska oczy, śmieje się przez sen. A drabina znowu trzeszczy. Ktoś siada na posłaniu i energicznie pstryka latarką. Ze strychu schodzi dziewczyna ubrana w narciarskie buty i kurtkę od piżamy. Światło gaśnie, nie pada ani jedno słowo. Osoby w takich stroju nie można besztać za hałasy. Wszelkie wymówki mijają się z celem.
 Zielona noc wyhuczała się i ścichła. Wypaliła się energia młodych, zdrzemnęli się więc i starsi na dole.... – Co do mnie, miałem bardzo przyjemne sny – Oppenheim odruchowo spojrzał na drabinę. {S. Zieliński, W. Gentil – Tippenhauer, W stronę Pysznej, Warszawa 1987}.


Fot. Z archiwum Muzeum Tatrzańskiego
 

Kanarek przeciw lawinom...
Jednym z najbardziej znanych narciarzy SN TT był Gustaw Kaleński, zwłaszcza w latach 1909 – 1914 działał w klubie bardzo prężnie i stąd w naszych wspomnieniach o nartach nie mogło go zabraknąć. Od 1910 r pracował w zarządzie klubu SN TT, zajmował się wtedy klubową biblioteką, a także w terenie, znakowaniem zimowych szlaków narciarskich. Uprawiał zimową turystykę narciarską w towarzystwie Mariusza Zaruskiego, Henryka Bednarskiego, Józefa Lesieckiego, Stanisława Zdyba i innych. Dokonał wielu znakomitych, pierwszych wejść narciarskich na: Beskid (1909), Starorobociański, Kończysty Wierch nad Jarząbczą, Jarząbczy Wierch, Raczkową Czubę i Trzydniowiański. Był też zimą na Bystrej, Czerwonych Wierchach, Koszystej i Wołoszynie.
 Działał także w Sekcji Ochrony Tatr TT. Najwięcej czasu poświęcił pracy w klubie, dbał o narciarzy i zabiegał o sprzęt, myślał jak zabezpieczyć się przed lawinami... Pomysłów, co do tego jak się zabezpieczyć przed lawinami było bez liku. Oto jeden z nich. Gustawa Kaleńskiego nazywano „Tate”. Znał go każdy z ówczesnych narciarzy, bo był to prawdziwy „tata” dla wyrypiarzy i włóczykijów, którym pęd do nart odebrał równowagę ducha. Tate za wszystkich myślał i wszystkimi się opiekował. W kącie kawiarni Przanowskiego, czyli – jak się mówiło – u „Przana, siedział za stołem z Zaruskim i Lorią, debatując nad sprawami narciarskimi jak by to były najważniejsze sprawy na świecie. Obmyślano tam konstrukcję „składanego bambusa”, który można by chować do plecaka, gdy w trakcie wycieczki przyjdzie ochota na wspinaczkę, szukano sposobów ułatwiających ratowanie spod lawiny. Loria i Kaleński, pogrążeni w lawinofobii, godzinami dyskutowali nad sposobem, który pozwoliłby od razu odszukać porwanego lawiną narciarza. Pewnego dnia ktoś puścił pogłoskę, że Tate wreszcie wpadł na pomysł. Narciarz, udający się w teren lawiniasty, powinien mieć pod czapką kanarka, uwiązanego na mocnej, czerwonej nitce. W razie nieszczęścia, czapka spadnie z głowy (bez tego cały pomysł zdałby się psu na budę), kanarek wzbije się w powietrze, a ratownicy zaczną kopać we właściwym miejscu. Pytano Kaleńskiego, dlaczego kanarek? Dlaczego nie wróbel? Tate miał odpowiedzieć, że kanarek bardziej się rzuca w oczy...
{W. Gentil – Tippenhauer, S. Zieliński, W stronę Pysznej...}

Kornel Makuszyński o narciarzach
 „Rozumiem jako tako obłąkańców męskiego rodzaju, taki musi przecie z siebie wytrząść wszystkie łajdactwa i musi pozwolić wyparować na zimowym wietrze tej całej propinacji, którą wypił. Cóż jednak białogłowa, albo zgoła panna słodka i niewinna, ma z siebie wytrząsać? A jednak patrzcie, porcięta, biedactwo przywdzieje, na nóżęta buciska wkłada tak straszliwe, że co wstydliwszy i smuklejszy słoń nie włożyłby ich, obłąkanie kolorowym szalikiem owinie szyję łabędzią, czy choćby gęsią, narty czymś bardzo paskudnym długo smaruje i wreszcie wyrusza na śnieg i wałęsa się po nim przez pół dnia, od mrozu i wiatru taka na gębie kolorowa, jak ten szalik właśnie. A czasem to się wykopyrtnie i jak śmieszny na śnieżystej bieli i jedyny, z którego dziewoja niewinna w niezmienionym podnosi się stanie.
 

Kornel Makuszyński na nartach

 
   Musi być zresztą czar jakiś i jakieś upojenie w tej jeździe, podczas której człowiek w kolorowym szaliku szaremu powiada wiatrowi: „ Goń-że mnie, jeśli potrafisz!”. A wiatr, głupi pies, z wywalonym goni ozorem nie wiadomo, po co? Piękna to musi być jazda, podczas której człowiek łamie opór wichru i śniegu, a czasem łamie nogę, albo trzy żebra. Narciarz bieży i gubi po za sobą przestrzeń i binokle, sieje za sobą brylanty śniegu, a czasem zdrowe sieje zęby. Niekiedy krąży wieść po Zakopanem, że wreszcie znaleziono w Tatrach kieł jaskiniowego niedźwiedzia. A to tylko dzielna i nabita w sobie dziewoja narciarska wykopyrtnęła się na jodłowym pniaku.



Fot. Archiwum Muzeum Tatrzańskie

 Narciarstwo jest zresztą najmoralniejszym ze sportów, w każdym innym zawsze jakaś zdarzy się awantura, a z narciarstwem to jest tak, na śniegu nijako, bo i zimno i ślad oczywisty na śniegu pozostaje, a potem człowiek przez pół dnia odmarza, a kiedy odmarznie to leży, jak kłoda. Nie należy nawet próbować. Lepiej już ulepić sobie ze śniegu bałwana i do niego stroić koperczaki.
 Mam dla tych zimowych szaleńców wiele podziwu, chociaż nie znoszą oni lata, na wiosnę wyją z wściekłości, a pod jesień zadzierają głowy, patrząc czy się na śnieg nie zbiera? Nigdy wprawdzie najlepszego przyjaciela narciarza nie mogę rozpoznać, kiedy jest w „bojowym rynsztunku”, bo taki ma od mrozu ślizgawkę na gębie, a rzęsy w śnieżystą zamienione szczotkę, cały jest okutany i wita się też zimno, bo ja idę, starym ludzkim zwyczajem – na nogach – a on ma narty!  
Kornel Makuszyński
 
 
Miłych szusów życzy Wojciech Szatkowski, Muzeum Tatrzańskie


Copyright nieznanetatry.pl &GÓRY