logo

Nie wiadomo co


Drobinki śniegu sypią się na moją głową. Jakieś mikro pyłówki - zwiewane z góry, z pola śnieżnego nad kominkiem, kryształki zamrożonego śniegu (nazywanego przez Agnieszkę – cukrem), a może lodu (albo nie wiem czego), staczają się do moich stóp. To właściwie one świadczą o pionowości terenu nade mną, bo moja subiektywna ocena nachylenia kominka, okaże się wkrótce błędna (na korzyść kominka, a na moje zdziwienie).


 

Fot. Adam Śmiałkowski
 
Jeszcze się delektuję natężeniem zimy i dzikością ściany, w tych dźwiękach cukru szeleszczących na moim kasku, w porywach wiatru, w soplach obrastających kępy traw; jeszcze sobie wtłaczam w serce i w umysł surowość zerwy w której tkwię, zimową nieprzystępność Tatr, ale to wszystko do momentu, kiedy jeszcze tkwię w przeświadczeniu o łatwości dalszej drogi, dopóki nie przekonam się o swoim nie docenieniu tej części ściany.
 
Tymczasem jedynym moim przeciwnikiem jest na razie złość Agnieszki na odpinający się jej rak i na cukier pod nogami. Prawie jest zażenowana:
 
- Co to ma być? To ma być wspinanie? Jakieś brodzenie w cukrze!?
 
Prawie się z nią zgadzam, gdybym nie uważał że śnieg naprawdę trzyma, że cukier potrafi być parszywy, kiedy już nic pod nim nie ma tylko płytowa skała. Ale złość Agi zaczyna być coraz bardziej destrukcyjna dla niej samej.
 
Jest jakieś pięć metrów ode mnie i musi przetrawersować metr w prawo, żeby wejść na wygodniejszy śnieg i ominąć jakąś rynienkę której się nic nie trzyma. Miejsce jest najwyżej jedynkowe, nad jej głową kłębią się kępy traw, które proszą o ukłucia jej dziab, ale Aga twierdzi że tego nie przejdzie, że dalej nie idzie. Mówię ze spokojem:
 
- Nie masz innego wyjścia, tylko to przejść.
 
W ogóle nie mamy innego wyjścia tylko iść do góry, bo niby po co innego tu przyszliśmy(?) Ewentualnie możnaby zadzwonić po TOPR, co wydaje mi się okropnym obciachem, ale na co ostatecznie gotów jestem przystać dla świętego spokoju i komfortu psychicznego Agnieszki. Tym razem to ja jestem zażenowany i mówię że ludzie tędy zjeżdżają na nartach. Aga pyta czy ją trzymam. No niby tak, ale to na czym wiszę nie jest wzorcowym stanowiskiem, a raczej jego imitacją, toteż ja sam zaczynam się irytować tą bojaźliwością jej trawersu nie współmierną do rzeczywistych walorów naszego bezpieczeństwa. Mówię z jeszcze większym spokojem:
 
- Jedyne co możesz zrobić to tylko to przejść.
 
Aga przechodzi śmieszny ‘trawers’ już bez zbędnych słów, jest metr ode mnie. Niemal rozkazująco, nakazuję Agnieszce zatrzymać się na półce pode mną, wbić tam przyrządy i przypiąć się do nich, a następnie czekać na mnie, aż założę wyżej stanowisko.
 
Przestaję asekurować, wysuwam półwyblinkę z karabinka, lina spokojnie stacza się w dół wzdłuż komina w który wszedłem, a który na dole jest szerszy i zaśnieżony. Czerwona linia liny ubarwia biel ... Będę szedł teraz na żywca. Właściwie Aga mogłaby się rozwiązać, na wszelki wypadek, gdybym ... Nie mówię jej tego żeby jej przez chwilę nie zaświtała taka myśl, ale ona już to wie i pyta czy mam tego świadomość. Mam, jasne że mam, ale nie będę odpadał. Jakby to związanie się i nie poddawanie pomysłu rozwiązania się, miały być dodatkowym ‘zabezpieczeniem’ przed upadkiem; bo gdyby nie ta lina, to ewentualność lotu w dół byłaby możliwa, byłaby do zaakceptowania, ale dopóki jesteśmy we dwoje nią połączeni, to już nie tylko siebie wydobywam wzwyż i od zguby, ale nas dwoje.

Cd na www.tatry.przejscia.pl


Copyright nieznanetatry.pl &GÓRY