logo

Pisane dla Ciebie i dla siebie: esej 4. Stanisław Zdyb - wolny duch


Legenda południowej ściany Zamarłej Turni. Narciarz i wspinacz. Taternik i fotograf. Człowiek gór. Zakopiańczyk z wyboru, nie z urodzenia. Ale jedno określenie jest od tych wszystkich ważniejsze. Kiedyś mój przyjaciel Egon (Piotrek Drzewiecki), zapytany o jego stosunek do Gór, z szerokim uśmiechem, jak to on, odpowiedział: - W Górach mogę wszystko. Prawdziwa wolność jest w tej wypowiedzi, jakże wspaniałej, i w wyjątkowo celny sposób odnoszącej się do poniższego tekstu i postaci. Stanisław Zdyb był bowiem takim Wolnym Duchem. Wspinaczem, który w górach mógł dosłownie wszystko. Zarówno latem, jak i zimą. Na nartach i z czekanem w dłoni. Związany liną i bez niej. A dodatkowo był bardzo barwną postacią. Co to znaczy? Poczytajcie Państwo, a odpowiedź, tę właściwą i jedyną, znajdziecie między wierszami. Zdyb nie jest jednak znaną postacią i należy do tych, o których rzadziej donoszą tzw. poważne tytuły. Tym bardziej jest wart przypomnienia. Jego wnuczce, Kasi Zdyb, dziękuję za możliwość wykorzystania zdjęć archiwalnych. Zapraszam do lektury.



 
 Zaruski pisał o Zdybie: - Pamiętasz, Zdybie, stary towarzyszu wszystkich niemal moich wypraw tatrzańskich i wielu letnich, nocleg w pustym szałasie na Polanie Chochołowskiej, kiedyśmy szli „ w nieznane”, kierując się na Rohacze? Gdy luty mróz wdzierał się do szałasu przez wszystkie szczeliny między zrębami wraz z promieniami gwiazd czarnego nieba, które tajemniczo do nas mrugały? Na środku szałasu płonęły sajty i snuła się nić wiecznie żywych opowieści tatrzańskich? Czyś Ty przypuszczał, że po latach ślady naszych nart wytyczą trasę kolejki na Kasprowy (Mariusz Zaruski, Na bezdrożach tatrzańskich).
W „Zielonej Księdze” Silva rerum ZON TT znajduje się karykatura przedstawiająca wysokiego, szczupłego dryblasa, jadącego na nartach ze smoczkiem w ustach i z aparatem fotograficznym pod pachą. To Stanisław Zdyb, bohater niniejszego tekstu, towarzysz wypraw narciarskich Zaruskiego i innych pionierów narciarstwa, ratownik TOPR, doskonały fotograf i wreszcie jeden z pierwszych producentów nart w Zakopanem. 
 
 
Jednocześnie ceniony nauczyciel w zakopiańskiej Szkole Przemysłu Drzewnego. Zdyb to przede wszystkim jednak człowiek gór, zafascynowany Tatrami i obracający się w kręgu ludzi, którym śniły się po nocach wspinaczki w granitowej ścianie i szusy oraz eleganckie telemarki na grani Czerwonych Wierchów. Należał do tego pokolenia ludzi gór, kiedy prawie każde wyjście w Tatry, a już zwłaszcza zimowe, było pierwsze. Kiedy nie było kolejki na Kasprowy Wierch i szło się nań pełne trzy godziny z Kuźnic, na drewnianych nartach z fokami. Należał także do założycieli TOPR i pierwszych ratowników Pogotowia, pamiętał pierwsze wyprawy, takie jak po Aldonę Szystowską na Czerwone Wierchy, tragiczną, ale zarazem piękną śmierć króla przewodników tatrzańskich, Klemensa Bachledy w czasie wyprawy po Stanisława Szulakiewicza (1910) i zwózki połamańców do Kotła Goryczkowego. Można stwierdzić, że żył w ciekawych czasach, a historia jego związku z Tatrami i nartami, też jest bardzo zajmująca.
 
 

Na Kościelcu. Fot. Stanisław Zdyb

 
           Stanisław Zdyb urodził się daleko od Tatr, 20 września 1884 r., we wsi Zadole, gmina Opole Lubelskie, powiat Puławy, ale w1898 r. trafił do Zakopanego i uległ, jak niejeden, magii tego miejsca. Narty, pierwsze wspinaczki, karkołomne zjazdy, telemarki i chrystianie, haki zaprzątają odtąd jego niepokorną duszę. I wycieczki górskie, robione w Tatrach w towarzystwie przyjaciół, takich jak: Józef Lesiecki, „Lesik” i chociażby Henryk Bednarski „Bednarz”. Bednarski podczas noclegów w szałasach sypał jak z rękawa pikantnymi dowcipami, a Lesiecki marzył o tym, by pobić Węgrów w ilości pierwszych wejść w Tatry. Zdyb pobierał naukę w zakopiańskiej Szkole Przemysłu Drzewnego Tam też poznał drzewo, a przecież dawne narty były drewniane i ta znajomość obróbki tego typowo „narciarskiego” materiału bardzo mu się przydała. Dzięki szkole, której dyrektorem był pionier narciarstwa pod Giewontem, Stanisław Barabasz, zaraził się miłością do nart. Jest zdumiewające, jak wielu uczniów swojej szkoły zaraził Barabasz miłością do narciarstwa – jednym z nich był Zdyb.

Już w 1906 r. razem z Barabaszem był na Kasprowym Wierchu, a opowieść o zjeździe ze szczytu została zamieszczona potem w Pamiętniku 30 – lecia SN PTT jest pochwałą narciarstwa: Pierwszy zaczyna zjeżdżać p. K. młody i bardzo odważny, wkłada kij między nogi i zaczyna powoli zsuwać się po szreni. W pewnym momencie podskakuje do góry, opada, a jego kijek pięć cm gruby łamie się jak słomka i p. K. sunie to na boku, to na plecach w dół i zatrzymuje się dopiero w kopnym śniegu w połowie przełęczy. Po tym, co zobaczyłem robi mi się na przemian to zimno to gorąco i równocześnie czuję, że mam owłosienie na głowie, ale patrzę, co będzie dalej. Z kolei zaczyna zjeżdżać następny, podpatruję, co on robi a ten żegna się i zaczyna zjazd. Myślę sobie, że i to pomaga, ale gdzie tam – z początku poszło dobrze, kija nie złamał, ale tak nim kręciło, a gdy dojechał do kopnego śniegu, straszliwie się skurzyło i nieszczęśliwiec znikł pod śniegiem. Dopiero po pewnej chwili ujrzałem, że coś się rusza na białym tle śniegu, co przypominało muchę w śmietanie. Miałem tego dość, nie patrząc jak reszta będzie zjeżdżać, zdejmuję narty i ostrożnie trawersuję po szreni zbocza Pośredniego Goryczkowego gdzie dostaję się do kopnego śniegu, zakładam narty, siadam na kij i powoli zjeżdżam do kotła. W tym czasie moi towarzysze juz pozjeżdżali, ale jako wprawniejsi szybko przejechali kocioł, ja się pozostałem w tyle. Gdy dojechałem do buli oddzielającej kocioł od Hali Goryczkowej, już nikogo nie widziałem...Dopiero teraz przypomniałem sobie dysputę na temat, jak lepiej zatrzymywać się przed przeszkodą. Ile padnięć zrobiłem z przysiadu lub stojąco, to trudno mi było zliczyć nim dojechałem do szałasów, dość, że wspomnę gdy wszedłem do szałasu i zobaczono moja postać wszyscy ryknęli ze śmiechu, gdyż byłem tak utytłany, że trudno było rozeznać, czy to człowiek, czy to kupa śniegu ... {Stanisław Zdyb, Moja pierwsza wyprawa narciarska w Tatry, W 30 – lecie SN PTT}.

     O Zdybie pisali niesłychanie ciepło w książce W stronę Pysznej, Wanda Gentil-Tippenhauer i Stanisław Zieliński: był to chłop niezwykły, swoistego zaiste autoramentu. Łagodny dryblas z podnóża gór nie uznawał przymusu i nie ulegał czarowi grosiwa. Żył, aby przeżyć życie według swego widzimisię, trzymał się narciarskiej cyganerii, fotografował Tatry, wspinaczy i pierwszych narciarzy.

Fotografie Zdyba, których kilka znajduje się w Muzeum Tatrzańskim i w zbiorach rodziny. Są one cennym dokumentem chwili, pokazują pierwsze wspinaczki i zjazdy narciarskie. Widać w nich pasję i to, że Zdyb pracy się nie bał, bo wynosił aparat wysoko w góry. Piękne zdjęcie zrobił mu podczas wspinaczki na Buczynową Igłę Józef Oppenheim.
 
Stanisław Zdyb na Orlej Perci. Fot. Józef Oppenheim
 
Zdjęcia Zdyba mają także wartość dokumentalną. Fotografował on pierwsze zawody narciarskie na Kalatówkach (1911) oraz pierwsze skoki. Potem, namówiony przez przyjaciół, zajął się Zdyb, jako jeden z pierwszych w Polsce, wyrobem nart. Jeszcze w 1925 roku jeździli ludzie na odziedziczonych „po kimś” autentycznych nartach Zdyba. Historyczne te deski miały w kaczkowato rozpłaszczonym dziobie dziurkę, przez którą można było przewlec sznur, żeby ciągnąć narty „na pieska”. Praktykowało się to za legendarnych czasów białego szaleństwa w górach przy szreni lub na „parszywym” śniegu. Mógł Zdyb na nartach dorobić się fortuny. Zamówienia sypały się zewsząd. Narty stawały się modne. Czekano w kolejce na deski. Akademickie związki narciarskie reklamowały wytwórnię Zdyba. Cóż z tego, kiedy „wolny duch” nie uznawał przymusu, zobowiązań i terminów. Ledwie jako tako napełnił kabzę, zamykał „fabrykę” i szedł hulać albo wyrywał na deski w pojedynkę lub z kompanią. Mijały święta, mijały następne „murowane” terminy, do wytwórni Zdyba dobijali się klienci. Zdyb ciągle z robota nijak spotkać się nie mógł. Beztrosko włóczył się po górach – do ostatniego centa. Wszak raz się tylko żyje, a młodość nie wraca!... Nart nie porzucił nigdy i wierny górom, uczeń, a później profesor szkoły przemysłu drzewnego na zawsze pozostał w Zakopanem (W stronę Pysznej). 


Narty z wywtórni Stanisława Zdyba

 Wytwórnia nart Zdyba, w latach 1912 – 1914 produkowała rocznie około 400 par nart, co świadczyło o znacznym rozwoju „białego szaleństwa” w Zakopanem. Zakład Zdyba produkował ponadto saneczki, ciupagi i czekany. Wytwórnia ta była pierwszą w Polsce maszynową fabryką nart. Także tutaj, nie tylko na zaśnieżonych szlakach, Zdyb był pionierem. Był narciarzem i zawodnikiem ZON TT (Zakopiańskiego Oddziału Narciarzy Towarzystwa Tatrzańskiego), późniejszej SN PTT i brał udział w pierwszych zawodach narciarskich rozegranych na Hali Goryczkowej w dniu 28 III 1910 roku i w biegu głównym zajął trzecie miejsce. Potem także startował, a z czasem był sędzią narciarskim. Klub ZON TT propagował jednak przede wszystkim turystykę narciarską, a zawody narciarskie były dla zakopiańskich narciarzy czymś mniej ważnym.
 
Przestrzeń woła nas!...
Narciarstwo jest sportem przestrzennym, gdzie narty spełniają rolę środków lokomocji, dzięki którym pokonujemy dziesiątki kilometrów w terenie. Tak pojmowali istotę narciarstwa Zdyb, Lesiecki, Zaruski, Oppenheim. Ciągnęli w miejsca karkołomne, śtyrbne, jak mawiają górale, by potem, podpierając się dwumetrowym „bambusem”, zjeżdżać w dół. Ciągnęły ich długie wyprawy narciarskie nazywane w Zakopanem wyrypami, a były to wyprawy wspaniałe, bez wyciągów. Wtedy w Tatrach królowała turystyka narciarska, na ten czy ów szczyt wchodzono zimą coraz trudniejszymi drogami licząc na „pierwsze wejścia”. Chodziło się, gdzie, kto chciał i z kim chciał. To naprawdę musiały być wspaniałe czasy, a Zdyb był jednym z najlepszych zakopiańskich narciarzy. Góry otwarły się przed nimi jak księga, którą zapisali śladami swoich nart...
 
Na grani Świnicy. Fot. Stanisław Zdyb

Zdyb zasłynął także, jako doskonały wspinacz skalny. Zamarła Turnia, a właściwie jej południowa ściana, strzelająca z piargów Dolinki Pustej w niebo 150 – metrowym urwiskiem, była dla wspinaczy symbolem czegoś niedostępnego, wyśnioną ścianą ówczesnego pokolenia taterników polskich i węgierskich. Ponieważ Zdyb był jej pierwszym zdobywcą, należy się jej w tej opowieści osobny rozdział. Rozpoczęła się rywalizacja, wyścig o to, czy pierwsi urwisko przejdą Węgrzy, czy też Polacy. Najpierw Zamarła „zrzuciła” z siebie braci Komarnickich, doskonałych wspinaczy węgierskich. 14 lipca 1910 r., u stóp Zamarłej rozwinęli linę Henryk Bednarski, Józef Lesiecki, Leon Loria i Stanisław Zdyb. Próbowali przejść płytami środkowej części południowej ściany, ale skała nie puściła. Drogę tą przeszli dużo później bracia Wrześniakowie i stąd jest nazywana „drogą Wrześniaków”. Ale porażka bynajmniej nie zniechęciła czwórki śmiałków. Już 23 lipca 1910 r. znowu stanęli u stóp ściany. Cała czwórka doskonale się wspinała, ale jak wspomina i opisuje w swoim przewodniku taternickim Witold H. Paryski, drogę poprowadził Bednarski. Najlepszy z nich wspinacz.  W Zakopanem nazywany kotem i dlatego droga pierwszych zdobywców zwana jest drogą Bednarskiego. On prowadził w ścianie i on poprowadził drogę. Zamarła padła! – ta wspaniała wiadomość dotarła do Zakopanego i rozsławiła imię czwórki wspinaczy, tym bardziej, że wycenili drogę na „nadzwyczaj trudną” i powszechnie była ona uznawana za najtrudniejszą w tym okresie drogę skalną w Tatrach. Znacznie tego przejścia podkreślił Zaruski: - Drogę tę, jako całość uważam za najtrudniejszą ze znanych dotychczas dróg tatrzańskich. Wymaga ona dużego zasobu siły i umiejętności technicznej, albowiem zachodzi tam potrzeba przeważnie ciężkiej taternickiej pracy. O ekspozycji, która jest niemal bez przerwy ogromna, nie mówię. Świadczyć może o niej fakt, że głaz strącony przez nas u góry ostatniego 30 – metrowego komina, odbiwszy się raz tylko parę metrów poniżej swego odwiecznego gniazda, nie dotknął już ściany i gruchnął prosto w piargi. Sukces był ogromny, o czym świadczy fakt, że ścianę w następnych kilku latach przeszło tylko kilka zespołów.
 
Na nartach, z liną i czekanem...
   Jednak Zdyb miał największe sukcesy, jeśli chodzi o zimowy podbój Tatr. Wyprawy na zaśnieżone granie odbywał w towarzystwie pionierów, Zdyb miał szczęście należeć do tych, którzy pierwsi odkryli piękno Tatr zimą, wdarli się w nie śmiało i jeździli tam, gdzie ich fantazja narciarska poniosła. Prowadził ich Mariusz Zaruski, niekwestionowany przywódca środowiska zakopiańskich wspinaczy i narciarzy. On wiódł narciarzy na jakieś Giewonty, Żółte Turnie i tym podobne Goryczkowe Wierchy, jak pisał w Na bezdrożach tatrzańskich. Dlatego z Zaruskim był prawie wszędzie. Towarzyszami Zdyba na linie byli i inni: Bednarski, który ze Zdybem i towarzyszami pokonał w 1910 r. Zamarłą Turnię, o której stało się potem głośno w czasie wypraw ratunkowych. Zdyb chodził na wspinaczki także z Lesieckim, Opusiem – Oppenheimem i Lorią. Było to środowisko ludzi, dla których Tatry były prawie wszystkim, dla których życie na nizinach było tylko dodatkiem do tego górskiego świata.
 Szczytem narciarskiej fantazji i odwagi był zjazd z Kościelca razem z Zaruskim w roku 1911, który na długo stał się rekordem zimowej turystyki narciarskiej. Zaruski ze Zdybem weszli na nartach aż pod szczyt Kościelca, rozwinęli linę i szykowali się do zjazdu.
 

Kościelec - ulubiony szczyt

Oto jego opis zawarty w Na bezdrożach tatrzańskich Zaruskiego: - Twardy i stromy śnieg, rozciągający się między dwiema przepaściami, a gęsto poprzerywany lodowymi polami, nakazywał nam wielką uwagę i zupełnie usprawiedliwioną ostrożność: upadek na tych płaśniach mógł pociągnąć za sobą fatalne następstwa. Asekurowaliśmy się przeto kolejno w ten sposób, że gdy jeden z nas stał niżej o długość liny (25 m) mocno w śniegu wkopany, drugi puszczał się na dół i zatoczywszy wielkie półkole, zatrzymywał się o 50 m od miejsca, z którego wyruszył.
 Tak kolejno wielkimi łukami zjechaliśmy do progu lodowego, ale i tu nart nie odpięliśmy. Jechałem pierwszy. Narty poniosły mnie jak wściekłe, panowałem jednak nad nimi, zatoczyłem łuk i, obróciwszy się na drugą stronę, zbliżałem się do kresu swego zakosu, gdy narta mi się podwinęła na buli lodowej i upadłem. Od razu z zawrotną szybkością zacząłem spadać. Od razu też, leżąc, miałem już czekan pod pachą i z całej siły nim hamowałem. Czekan szarpał się i zgrzytał po lodzie, czułem jednak, że jestem panem sytuacji i zwalniam już biegu. Jakoż po chwili się zatrzymałem. Równocześnie prawie poczułem targnięcie liny, która się skończyła. Zdyb zjechał szczęśliwiej, gdyż bez upadku (upadek mój był jedynym w ciągu tej całej wycieczki) {Mariusz Zaruski, Na bezdrożach tatrzańskich}.
   Po przerwie spowodowanej wybuchem I wojny światowej i wyjazdem Zdyba z Zakopanego, nastąpił powrót w góry. Pracował w wytwórni nart braci Schiele na Kasprusiach, jako kierownik techniczny produkcji. W 1925 r. rozpoczął pracę w Szkole Przemysłu Drzewnego, jako instruktor rzeźby. Był wymagającym, a więc dobrym nauczycielem. Czasami jeszcze odwiedzał góry i w 1925 r. wszedł na nartach z Zaruskim i Osieckim na Zmarzłą Przełęcz od strony Dolinki Koziej. Nadal czynnie uprawiał taternictwo i narciarstwo, a ponadto brał udział w wyprawach TOPR.
 
Ratownik TOPR...
Stanisław Zdyb należał także do pierwszych ratowników Pogotowia. Przyrzeczenie złożył na ręce kierownika Pogotowia, Mariusza Zaruskiego, w dniu 11 grudnia 1909 roku, czyli był jednym z założycieli TOPR. Oto uwagi, jakie napisał obok przyrzeczenia Zdyba Mariusz Zaruski: Bardzo dobry we wspinaczce po skałach. Umie obchodzić się z liną. Zna Tatry. Zna dobrze „Tatrzański telegraf wzrokowy”. Bardzo dobrze jeździ na nartach. Zanim powstało Pogotowie Zdyb brał udział w zimowej wyprawie po ciało Karłowicza, zasypanego przez lawinę śnieżną pod Małym Kościelcem i w dniach 10 i 11 lutego 1909 r. uczestniczył w kopaniu lawiny i zniesieniu zwłok taternika do Kuźnic. Zdyb, jak wynika z jego karty wypraw, wziął udział w 27.wyprawach TOPR, w tym w wielodniowym poszukiwaniu zwłok Aldony Szystowskiej na Czerwonych Wierchach (lipiec – sierpień 1912 r.), w wyprawach na Rohacze, na Giewont.
 

Zaruski z przewodnikami. Fot. Stanisław Zdyb

Najtrudniejszą jednak akcją w tym okresie była wyprawa po Szulakiewicza, na północnej ścianie Małego Jaworowego Szczytu, gdzie Zdyb wspinał się do rannego taternika na jednej linie z Mariuszem Zaruskim i Klemensem Bachledą. Wyprawa po taternika weszła w ścianę w bardzo trudnych warunkach, a deszcz pokrył ścianę potokami wody, a z czasem zaczął padać grad ze śniegiem. Było ślisko i niebezpiecznie. Mimo to ratownicy mozolnie pięli się w górę.
 
Oto opis trudów tej akcji z książki Zaruskiego, Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe: - Ciężko, jak skazańcy posuwaliśmy się dalej do góry, gdyż byliśmy już strasznie strudzeni aż łagodniejszym nieco upłazkiem dostaliśmy się pod ścianę turni szczytowej. Tam zatrzymaliśmy się odpocząć. Dzieliło nas od Szulakiewicza w powietrznej linii jakieś 80 metrów. O posiłku nie było mowy. O tem, żeby usiąść, nikt również nie myślał. Staliśmy tedy i stojąc spali... Klimek, wypocząwszy nieco, wzniósł się parę metrów na żeberko, pod którem staliśmy i rozejrzał się wkoło. Jeszcze podźwignął się dalej i stopniowo jął się wspinać żeberkiem do góry w kierunku na prawo w skos od nas. Myśmy przez chwile jeszcze spali, poczem rzekłem do Zdyba. - Pójdziemy. Jak automat ruszył się z miejsca i poszliśmy, we dwóch liną związani. Skierowałem się na lewo wskos pozostawiwszy przeciwległy kierunek Klimkowi. Doszliśmy do płytkiej, ze 40 metrów mającej rynny, która stromo prowadziła na żebro boczne. Tu Zdyb zwrócił się do mnie: - Nie mogę dalej, sił już nie mam.
 Powiedział to Zdyb, człowiek żylasty i suchy, niezmożony dotąd na wyprawach i wycieczkach żadnemi trudami. W tej chwili Zaruski zawrócił wyprawę, Klimek Bachleda poszedł dalej i zginął chcąc ratować rannego taternika, którego przejmujące jęki słychać było w ścianie. Zaruski i Zdyb cofnęli się, bo gdyby szli dalej, sami staliby się ofiarami ściany. Tak skrajnie byli wyczerpani. Ponadto Zdyb był dowódcą oddziału Pogotowia, który razem z Henrykiem Bednarskim odnalazł ciało, zdruzgotane ciało, króla przewodników tatrzańskich, Klimka Bachledy na piargach Doliny Jaworowej. Dopiero 15 sierpnia 1910 r. udało się ratownikom znieść ciało Klimka Bachledy w doliny. Ratownicy pełni poświęcenia dali z siebie wszystko, mimo to po powrocie wyprawy do Zakopanego atakowano Zaruskiego, że wysłał Klimka na pewną śmierć. Wtedy Zaruski zażądał sądu nad sobą, który oczyścił go z wszelkich zarzutów, były to z pewnością chwile ciężkie dla wszystkich ratowników, także dla Zdyba.

W czasie kierownictwa następcy Zaruskiego – Józefa Oppenheima, w latach 1914 – 1939, Zdyb brał udział w kilku wyprawach ratunkowych. Między innymi po zwłoki Kaszniców do Doliny Jaworowej w sierpniu 1925 r. Tragedii do dzisiaj niewyjaśnionej, będącej zagadką Tatr.
 

Stanisław Zdyb - portret z lat 40

Był też kilkakrotnie kierownikiem oddziałów Pogotowia, które szły w teren. Brał udział w szkoleniu ratowników TOPR, nawet zwożono go na toboganie z Kasprowego Wierchu w czasie ćwiczeń. Ostatnia wyprawa ratownicza Stanisława Zdyba miała miejsce 4 sierpnia 1946 roku na Kalatówki, a z zapisków na przyrzeczeniu wynika, że Zdyb wystąpił z Pogotowia wcześniej, bo 2 czerwca 1945 roku. 
Stanisław Zdyb zmarł 8 grudnia 1954 r. w Zakopanem, w miejscu, które tak silnie wpłynęło na jego życie i w cieniu Tatr, gór, które tak mocno ukochał.


Wojciech Szatkowski

Zdjęcia archiwalne pochodzą ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego i Kasi Zdyb. Zdjęca współczesne: fot. Wojciech Szatkowski



 
.
 
 


Copyright nieznanetatry.pl &GÓRY