logo

Pisane dla Ciebie i dla siebie: esej 3. Mieczysław Karłowicz - sięgnąć po złoty promień


Czy można się zatracić w swojej pasji? Czy można kochać Góry miłością niezmierzoną, tak wielką, że przesłania ona życie codzienne i zawodowe? Można. Takim wielbicielem naszych najwyższych szczytów był Mieczysław Karłowicz. Osoba obdarzona wielką górską pasją, nie mniejszą wrażliwością, estetyzmem, taternik, narciarz, fotograf i człowiek gór. Góry stworzyły Karłowicza i Góry go zabiły. Zanim to się jednak stało, sięgnął on po złoty promień... Co to oznacza w konkretnym jego przypadku? Sięgnął do istoty swojej pasji górskiej, dotknął najpiękniejszych pokładów swojej duszy, człowieczeństwa i osobowości. I chociaż cena tej fascynacji Tatrami była wysoka – można powiedzieć: najwyższa – to jest ona dowodem na to, że życie z pasją i dla pasji jest niezwykłym darem. Darem, który otrzymuje się od Tych z Góry nieprzypadkowo zupełnie i na całe życie. Ale jest i druga strona medalu: na taki dar zasługują tylko nieliczni, prawdziwi wybrańcy bogów. On takim był.



Dzielił życie między dwie pasje: muzykę i Tatry, fot. ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego

 
W stronę muzyki i Tatr...
Mieczysław Karłowicz, znany polski kompozytor, urodził się 11 grudnia 1876 r. w Wiszniewie, na terenie Litwy, jako syn Ireny z Sulistrowskich i Jana Aleksandra Karłowicza. Jego życie można scharakteryzować w prosty sposób: toczyło się między dwoma wielkimi pasjami: muzyką i Tatrami. Karłowicz przyjechał po raz pierwszy do Zakopanego w lipcu 1889 roku, jako 13-letni chłopiec. Zakopane i Tatry zafascynowały go do tego stopnia, że w końcu zamieszkał pod Giewontem, angażując się w sprawy górskie z wielką aktywnością. Główną formą działalności górskiej Karłowicza było taternictwo letnie. Karłowicz był zafascynowany górami, co w połączeniu z jego niezwykle wrażliwym charakterem wpłynęło na to, że z czasem góry, oprócz muzyki, stały się jedną z jego największych pasji życiowych, a bez specjalnej przesady można zaryzykować stwierdzenie, że nie potrafił bez nich żyć. W celu intensyfikacji swoich wrażeń i przeżyć chodził w Tatry wielokrotnie samotnie, ale większość trudnych wycieczek odbył z przyjaciółmi. Zdarzyło mu się też poprowadzić wycieczkę panien na szczyt Giewontu. W górach, jak sam twierdził w rozmowie z Mariuszem Zaruskim, nigdy zbytnio nie ryzykował ze względu na swoją matkę. Lubił też wycieczki w towarzystwie górali, a swoją przygodę z Tatrami rozpoczął w 1889 r. od wycieczek z matką i rodzeństwem w towarzystwie przewodnika Jana Stopki na Czerwone Wierchy, Zawrat i Polski Grzebień, przez który dostał się do Szmeksu. Dużo chodził też z Jędrzejem Walą i Janem Kubinem.

 

Karłowicz na szczycie Szatana, fot. z książki "Mieczysław Karłowicz w Tatrach"

 
W 1893 r. wszedł z przewodnikami na najwyższy szczyt Tatr – Gierlach, trawersując go z Doliny Wielickiej do Doliny Batyżowieckiej, zdobył też Mięguszowiecki Szczyt Wielki, który był powszechnie uważany za najtrudniejszy w Tatrach w tym okresie oraz wiele innych wybitnych szczytów tatrzańskich. Szczególnie spośród przewodników góralskich upodobał sobie Karłowicz wspólne wycieczki z Klemensem Bachledą. Udana była zwłaszcza wyprawa z sierpnia 1906 r. Mimo spadłego świeżego śniegu, razem z Klimkiem odbył długą wycieczkę w węgierskie Tatry Wysokie. Wyprawa ta trwała dziewięć dni, a jej bogatym plonem było zwiedzenie następujących olbrzymów tatrzańskich: Jastrzębiej Turni, Małego Kołowego Szczytu, Durnego i Małego Durnego Szczytu, Pośredniej Grani, Staroleśnej, Batyżowieckiego Szczytu, Żłobistego, Rumanowego i Ganku. Karłowicz podziwiał podczas wspinaczki umiejętności taternickie i kunszt Klimka Bachledy w skale, szczególnie podczas wejścia na Pośrednią Grań, kiedy to Bachleda wspinał się boso; był także zauroczony osobowością tego prostego przecież górala. Towarzyszami jego wypraw taternickich byli – oprócz wspomnianego wyżej Bachledy - między innymi: Włodzimierz Boldireff, Mariusz Zaruski, Janusz Chmielowski, Roman Kordys i inni, a spośród kobiet szczególnie upodobał sobie wyprawy z Elżbietą i Jadwigą Trenklerównymi, dokonywał też krótszych wycieczek w towarzystwie matki. Warto dodać, że w ramach działalności letniej i z ramienia Towarzystwa Tatrzańskiego Karłowicz oznaczał szlaki górskie w Tatrach; znakował je między innymi znakiem „krzyżyka niespodzianego”.

 
Karłowicz jako fotograf...
Podczas swoich wycieczek tatrzańskich Karłowicz sporo fotografował. Z czasem stał się w tej dziedzinie ekspertem. Rozwijał i doskonalił swój warsztat. a kamienne szczyty granitowych Tatr Wysokich pięknie prezentowały się na jego pracach. Widać na nich duszę artysty, człowieka będącego pod ogromnym wrażeniem piękna i ogromu gór. Zdjęcie przedstawiające Widły, Łomnicę i Durny w jesiennym, pierwszym śniegu, już przeszło do kanonu fotografii tatrzańskiej, jako wyznacznik pewnej epoki poznania i zdobywania Tatr. Także zdjęcie Klimka Bachledy na Pośredniej Grani, z Małym Lodowym Szczytem w tle, jest wyjątkowo udane, jeśli chodzi o kompozycję. Jest też cennym dokumentem z okresu pionierskich wypraw tatrzańskich.
Karłowicz oprócz swojej wybitnej działalności górskiej, głównie w taternictwie i narciarstwie, a także publicystyce, zajmuje wybitną pozycję w historii fotografii tatrzańskiej. Jego fotografie były publikowane między innymi w „Pamiętnikach Towarzystwa Tatrzańskiego” (w rocznikach 1907-14), także w „Taterniku”, i w wydanych po śmierci zbiorach jego pism (wyd. w 1910 r., 1957 r. i następnych), a także, jak podawał Witold H. Paryski, w kalendarzu ściennym wydanym w roku 1984. Karłowicz był dobrym fotografem; jego zdjęcie przedstawiające Klimka Bachledę na tle Lodowego, czy widoki na Widły, Łomnicę i inne szczyty Tatr Wysokich zachowały nadal, mimo upływu czasu i ogromnego postępu w zakresie jakości sprzętu fotograficznego, dużą wartość artystyczną.
Pierwszy z aparatów fotograficznych, których używał podczas swoich wycieczek tatrzańskich Mieczysław Karłowicz, trafił do Muzeum Tatrzańskiego za sprawą Janusza Domaniewskiego (jako dar do zbiorów Muzeum został przekazany 30 lipca 1930 r.). Jest to aparat na klisze szklane o wymiarach 19,5 na 13 cm o długości 20 cm. Nosi sygnaturę S/304/MT. W tylnej jego części znajduje się pojemnik na 12 klisz szklanych. W przedniej części znajduje się obiektyw firmy „American” Rapid 9 x 12”. Odległości oznaczone są na obudowie obiektywu – po jednej stronie 5 i 25 metrów, pod drugiej stronie 10 i 50 metrów. Migawka w tego typu aparacie była trzystopniowa i znajduje się w lewej górnej, przedniej części. Kadr ustawiał Karłowicz za pomocą ramki umieszczanej w górnej części aparatu, nad obiektywem i blaszki z dziurką w tylnej, górnej ścianie aparatu. Na aparacie widoczne są ślady jego używania, tzn. przetarcia na kantach, trudno jest uruchomić migawkę, co jest spowodowane długim okresem nie używania tego aparatu.

 

Karłowicz podczas wspinaczki, fot. Stanisław Barabasz
 
Drugi z aparatów ma jeszcze ciekawszą historię. Jest to bowiem ten, z którym udał się Karłowicz, w jak się miało okazać, swoją ostatnią wycieczkę tatrzańską. Był więc niemym świadkiem ostatniej drogi właściciela. Nosi on numer inwentarzowy S/305/MT. W komplecie znajduje się torba na aparat i trzy klisze fotograficzne w formacie 16 na 23 cm. Aparat jest rozsuwany, po złożeniu nie zajmował on zbyt wiele miejsca, w przeciwieństwie do pierwszego. Wymiary aparatu: 23 na 21,5 cm. Aparat ten, jak i pierwszy, znajdują się w zbiorach Działu Sztuki Muzeum Tatrzańskiego im. dra Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem.

 
Pierwszy aparat fotograficzny Mieczysława Karłowicza, ze zbiorów Działu Sztuki Muzeum Tatrzańskiego
Fot. Wojciech Szatkowski


Aparat fotograficzny, z którym Karłowicz był na swojej ostatniej wycieczce tatrzańskiej 8 lutego 1909 r.
Fot. Wojciech Szatkowski

 
Karłowicz jako narciarz...
Oprócz działalności letniej Karłowicza zafascynował, i to bardzo, świat tatrzańskiej zimy. Był on jednym z pionierów „białego szaleństwa” w Tatrach Polskich i autorem kilku pierwszych wejść zimowych. Z praktycznym użyciem nart zapoznał się na kursie prowadzonym przez Zakopiański Oddział Narciarzy Towarzystwa Tatrzańskiego, od 25 grudnia 1907 r. do 2 stycznia 1908 r., i zaopatrzył się nań w odpowiedni sprzęt, a także narciarski przewodnik... Narty w tym okresie można było w Zakopanem kupić tylko w sklepie Andrzeja Górasia, jednego z narciarzy ZON TT, przy Krupówkach, lub sprowadzić je z Wiednia. Tak jak w lecie, zimową działalność narciarską Karłowicza charakteryzowały rozmach i chęć zdobywania na nartach coraz trudniejszych szczytów. Oto przykłady kilku najpoważniejszych jego zimowych wypraw w zimie 1908 r. 23 stycznia wraz z Romanem Kordysem Karłowicz dokonał pierwszego zimowego wejścia na szczyt Kościelca (częściowo w rakach, częściowo na nartach). Następnego dnia, częściowo na nartach, pokonał trasę: Hala Gąsienicowa – Dolina Pańszczycy – Krzyżne – Wołoszyn (I wejście zimowe), gdzie obydwaj taternicy dotarli w rakach – Krzyżne – Dolina Pańszczycy – Hala Gąsienicowa. Były to jedne z pierwszych w polskim światku narciarzy i taterników poważne zimowe wyprawy, łączące użycie nart i raków w zimowej wspinaczce. 15 lutego tego roku, ponownie z Kordysem, Karłowicz stanął, po całodniowej wycieczce narciarskiej, na wierzchołku Żółtej Turni. Pod koniec lutego 1908 r. Mieczysław Karłowicz wziął udział w prawdziwej „wyrypie” narciarskiej, jak w jego czasach nazywano najpoważniejsze przejścia narciarskie, w ramach której z Kordysem i Mariuszem Zaruskim pokonał na nartach trasę: Hala Gąsienicowa – Liliowe – Dolina Wierchcicha – Zawory – Dolina Hlińska – Koprowa Przełęcz – Popradzki Staw – Szczyrbskie Jezioro. Biorąc pod uwagę trudności tej trasy i jej długość trzeba powiedzieć, że Karłowicz z pewnością był dobrym narciarzem i pojętnym uczniem kursów narciarskich, na które niedługo wcześniej uczęszczał. Szczytem tatrzańskim, na który chętnie wybierał się w tym okresie na nartach był także Kasprowy Wierch. Wspólnie z Zaruskim zdobył wiosną szczyty Kopieńców i sezon zimowy 1908 r. był dlań niesłychanie udanym. Warto dodać, że istotny był jego wkład w stworzenie struktur organizacyjnych zakopiańskiego narciarstwa. Należał do grona 21 narciarzy, którzy w lutym 1907 r. założyli w Zakopanem ZON TT (Zakopiański Oddział Narciarzy Towarzystwa Tatrzańskiego), pierwszy klub narciarski w Zakopanem. Zebranie założycielskie tej organizacji odbyło się 5 kwietnia 1907 r. i Karłowicz w nim uczestniczył. Przewodniczącym klubu został Stanisław Barabasz, sekretarzem Mariusz Zaruski, a Karłowicz wszedł w skład Komisji Kontrolującej, a z czasem był wiceprezesem tej organizacji. Przez następne lata popierał słowem i czynem rozwój zakopiańskiego narciarstwa turystycznego. Pełnił także funkcję instruktora podczas kursów narciarstwa, organizowanych przez ZON TT.
 
Ideologia górska Mieczysława Karłowicza...
Jeśli chodzi o sprawy tatrzańskie to Karłowicz wielokrotnie, w najpoważniejszych czasopismach poruszających sprawy górskie w tym okresie, zabierał głos na temat istoty taternictwa. Był zagorzałym zwolennikiem położenia nacisku na stronę estetyczną turystyki tatrzańskiej, co oddał w artykułach opublikowanych na łamach „Taternika”. W związku ze swoimi poglądami miał wielu zwolenników, choćby Mariusza Zaruskiego, jak i przeciwników. W czasach taternictwa zdobywczego był przeciwnikiem kierunku sportowego, chociaż wspinaczkę sam uprawiał, ale nie była ona jego głównym celem. Nie był ideologiem taternictwa, lecz starał się przyciągnąć w Tatry ludzi, podobnie jak on wrażliwych na piękno gór, a nie tylko takich, których celem byłoby „zaliczanie” coraz trudniejszych szczytów. Swoje tatrzańskie credo Mieczysław Karłowicz określił jasno w artykule „W jesiennym słońcu”. Pisał w nim między innymi: - Nie śpiąc przetrawiłem wrażenia dnia poprzedniego. Stanęły mi nagle żywo w pamięci rozprawy ostatniego Walnego Zgromadzenia Sekcji Turystycznej o dwóch kierunkach, jakie w turystyce tatrzańskiej się rozwinęły, a które pokrótce określić się dadzą, jako czysty estetyczny i gimnastyczno-współzawodniczy. I wydało mi się, że – tak jak to często bywa – prawda leży pośrodku i że jedynie rozumne złączenie tych kierunków dać może ideał turysty. Idealnym typem turysty byłby dla mnie ten, co by wyruszając w góry z jasno określonym pragnieniem szukania wrażeń w pierwszym rzędzie estetycznych posiadał jednocześnie tyle silnej woli, odwagi i wyrobienia, ażeby wszelkie trudności stały się dlań tylko urozmaiceniem wyprawy. Ideałów chodzi jednak po świecie niewiele. Wiem tedy doskonale, że spotka się w Tatrach jeszcze nieraz wygodnie estetyzujący filister z zakutym sportsmenem, co jak ślepy przebiegnie cały łańcuch Tatr, by wytrzeć jakiś okrzyczany za trudny komin; i na jednego, i na drugiego spoglądać będą olbrzymy tatrzańskie ze spokojem i z pobłażaniem istot wiekuiście trwałych.
 
Estetyzm, głęboka wrażliwość na piękno tatrzańskiej przyrody, połączone z odwagą, spowodowały, że można nazwać Karłowicza turystą idealnym, który ściśle nawiązywał do nakreślonego „W jesiennym słońcu” wzoru. Karłowicz nie dzielił Tatr na miejsca ładniejsze, czy brzydsze, lecz starał się poznać i odwiedzić wszystkie zakamarki tych gór, i jak pisał Świerz: - nikt też ze współczesnych Karłowiczowi nie dorównał ilością zwiedzonych wierchów i turni w Tatrach, a jego górska działalność w latach 1902 – 1909 była okresem bardzo intensywnego poznawania Tatr.
W historii polskiego taternictwa był jednym z tych, którzy wyznaczali nową epokę w jego dziejach, chodzenia w góry samodzielnie bez góralskiego przewodnika. Z czasem Karłowicz bardzo polubił Zakopane i w 1907 r. osiadł w nim na stałe; pisał: - Warunki tutejsze: spokój wiejski, potężny, żywiołowy w swoje zmienności klimat i dobra komunikacja z cywilizowanym światem odpowiadają mi w zupełności. Nie wyobrażam sobie, abym kiedy Zakopane dobrowolnie opuścił, chyba los mię do tego zmusi. Naturalnie, nie liczę tu wyjazdów parotygodniowych. W wolnych od wycieczek czasie dużo pisał i tworzył. Brał czynny udział w pracach Towarzystwa Tatrzańskiego i należał też do grona inicjatorów powołania Straży Górskiej, która zajmowałaby się ratowaniem turystów w górach. Będąc w Zakopanem także sporo komponował. Swoje górskie wrażenia spisywał i zostały one wydane drukiem w 1910 r., a jego książka „Mieczysław Karłowicz w Tatrach” należy do tatrzańskiej klasyki.
 
Wybraniec bogów...
Zimę 1908/ 09 r. rozpoczął Karłowicz od wycieczek z kursem narciarskim ZON do Czarnego Stawu Gąsienicowego i na Kasprowy Wierch. 10 stycznia wspólnie z Kordysem wszedł na nartach na Goryczkową Przełęcz. W lutym 1909 r. Zakupił nowy aparat fotograficzny. Ten aparat wziął Karłowicz w swoją, jak się miało okazać ostatnią, tatrzańską wycieczkę. 8 lutego 1909 r., mimo wzrastającego po dużych opadach śnieżnych zagrożenia lawinowego, wybrał się na nartach na Halę Gąsienicową. Po chwili odpoczynku w schronisku na Hali ruszył z aparatem fotograficznym dalej w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego. Fotografował. Ostatnim zdjęciem, jakie Karłowicz wykonał podczas pamiętnej wycieczki narciarskiej 8 lutego 1909 r. był widok ze stoków Skupniowego Upłazu. Lawina, która zeszła ze stoków Małego Kościelca okazała się grobem dla zdolnego kompozytora, narciarza, taternika i człowieka gór. Kilkadziesiąt godzin później na Hali Gąsienicowej był z ratownikami góralskimi Mariusz Zaruski. Szli śladami Karłowicza i dotarli pod lawinisko u podnóża Małego Kościelca. To, co zobaczyli przeraziło ich: ślady nart Karłowicza gubiły się w bruzdach śnieżnych ogromnej lawiny i nie wychodziły z jej drugiej strony! Wiadomo było, że taternik jest w lawinie. Po wielogodzinnych poszukiwaniach ciało Mieczysława Karłowicza odnaleziono i ratownicy znieśli je do Kuźnic. Aparatem wykonano na lawinisku zdjęcie przedstawiające leżącego na śniegu Karłowicza, obok którego stoją, wbite w śnieg jego narty. Fotografował Stanisław Barabasz.


 

Ratownicy z Mariuszem Zaruskim, wyprawa po ciało Mieczysława Karłowicza,
fot. Stanisław Barabasz

 

Karłowicz na lawinisku pod Małym Kościelcem, fot. Stanisław Barabasz
Pamięć o Mieczysławie Karłowiczu wciąż trwa w nas dzięki jego fotografiom, artykułom opublikowanym na łamach „Taternika” i utworom muzycznym tego wielkiego romantyka Tatr. Ku jego pamięci, na głazie granitowym przy ścieżce do Czarnego Stawu, w miejscu gdzie zginął, wyryto napis upamiętniający jego górską śmierć w dniu 8 lutego 1909 r., a jego tekst brzmi „Non omnis moriar – nie cały umarłem”. Pamięć o Mieczysławie Karłowiczu wciąż trwa w nas dzięki jego fotografiom, artykułom opublikowanym na łamach „Taternika” i utworom muzycznym tego wielkiego romantyka Tatr, którego pogrzeb odbył się 16 lutego 1909 r. w Warszawie.
Karłowicz był wybrańcem bogów. Chodzi mi tutaj o jego pasję. Pasję fotograficzną i górską, która kosztowała go życie, ale i o całokształt jego podejścia do Tatr. Nie każdemu dają, ci z Góry, taką szansę, jaką on otrzymał. Tacy, jak Karłowicz są nieliczni, to wybrańcy. Wśród takich jak on, wymieniłbym jednym tchem: Wiesława Stanisławskiego, Jana Długosza, Jerzego Kukuczkę, Wandę Rutkiewicz, Wojciecha Wróża, Zygę Andrzeja Heinricha i wielu innych polskich wybitnych wspinaczy i himalaistów. I wszyscy odeszli w pełni sił, młodo. Pan Bóg lubi mieć wybrańców blisko siebie. Wcale nie chce, by zbyt długo byli wśród nas. My mierzymy to wszystko naszą, ludzką miarą, on swoją - boską. Jesteśmy w tej rozgrywce, zwanej życiem, skazani na Tego, który rozdaje karty. W tym wypadku pasje. Ale mieć pasję to naprawdę bezcenne.
 

Złoty Promień, gdzieś w rejonie Hrubego Regla i Doliny Małej Łąki, fot. Wojciech Szatkowski

W sierpniu 1906 r. Karłowicz z Klimkiem Bachledą dokonał w Tatrach wielu pięknych przejść. I właśnie dlatego, teraz, także w sierpniu, ale 2012 r., warto przypomnieć te piękne postaci. Miłośników Tatr i ludzi Gór, którzy próbowali w swoim życiu sięgnąć po złoty promień. I sięgnęli.
 
Wojciech Szatkowski
Muzeum Tatrzańskie


Copyright nieznanetatry.pl &GÓRY