Partner serwisu
Polecamy
Tatrzańska gratka dla dzieci
Potęga dziecięcej wyobraźni, spotkanie oko w oko z dziką przyrodą i Tatry, jakich nie znacie w nowej, przezabawnie zilustrowanej przez Piotra Sochę książce Grzegorza Kasdepke. Źródło: www.tpn.pl
 
Będzie
XV Memoriał Piotra Malinowskiego w skialpinizmie
Trwają zapisy na XV Memoriał Piotr Malinowskiego w skialpinizmie. Zawody odbędą się 21 kwietnia w otoczeniu Hali Gąsienicowej. Będzie to finał Pucharu Polski oraz Mistrzostwa Polski PZA.
 
Tatry narciarsko
Potrzebna samodzielność narciarska i taternicka
Zapraszamy do przeczytania drugiego odcinka cyklu poświęconego turystyce narciarskiej, w którym nasi rozmówcy - eksperci w dziedzinie gór i skialpinizmu - podpowiadają amatorom turystyki narciarskiej, jak bezpiecznie i fachowo cieszyć się tą formą aktywności. Rozmawiamy z Piotrem Konopką, przewodnikiem IVBV (www.k2.zakopane.pl), instruktorem PZA, ratownikiem TOPR. Jako pierwszy na nartach zjechał m.in. z Hińczowej Przełęczy „Wprost”, Zachodem Grońskiego, z Długiego Giewontu płn.-zach. depresją do Dol. Strążyskiej, z Czarnego Szczytu Mięguszowieckiego jego wsch. ścianą, ze Świnicy Drogą Stanisławskiego. Z Piotrem Malinowskim byli pierwszymi Polakami startującymi w zawodach Pierra Menta.
 
- Jakie przygotowanie powinna mieć osoba, która ma zamiar zacząć uprawiać turystykę narciarską?
 
- To rodzaj narciarstwa skierowany do tych, którzy są dobrymi narciarzami trasowymi oraz dobrymi, tzn. samodzielnymi taternikami zimowymi.
 
- Wielu narciarzy wybierając się na pierwsze wycieczki za główne kryterium wyboru trasy przyjmuje nastromienie terenu, z którego chce zjechać. Czy prawidłowo? Jakimi kryteriami powinien kierować się narciarz wybierając trasę?
 
 - Tutaj właśnie zazębia się taternictwo i narciarstwo. Taternik planuje drogę pod kątem trudności, które chce pokonać, ale musi wziąć po uwagę, jak pod tę drogę dojść, jak ją przebyć, i jak potem z góry zejść. Podobnie narciarz, który musi wziąć pod uwagę znacznie więcej aspektów niż samą stromiznę, przede wszystkim gatunek śniegu, który – jak sądzi – będzie w danym terenie zalegał, oraz domniemane zagrożenie lawinowe, czyli to oficjalnie ogłoszone, które jednak miejscowo może być większe lub mniejsze. Z moich obserwacji wynika, że spora cześć ludzi w ogóle sprawy zagrożenia lawinowego nie bierze pod uwagę, albo ją lekceważy. Istnieje tylko ten wymyślony, wymarzony zjazd. W przeważającej większości wypadków na szczęście to się dobrze kończy. Podobnie jak na drogach - kierowców, którzy wyprzedzają na trzeciego, przekraczają przewidziane prędkości i robią inne niemądre rzeczy, procentowo ginie niewielu. Jeden z naszych kolegów napisał dowcipnie, że życie jest tak piękne i ciekawe, że aż szkoda byłoby być nieżywym. Ten cytat bardzo mi się spodobał, uważam, że trafia w sedno zagadnienia.
 
- A gatunek śniegu?
 
- Każdy narciarz, który spróbował jazdy poza trasami, wie, który gatunek śniegu jest korzystny do zjazdu, a który nie. Niestety nie każdy odróżnia, który gatunek śniegu może być groźny, a który jest bezpieczny. Wiadomo, że wiosną, szczególnie w godzinach porannych lub dopołudniowych, śniegi są bezpieczne lub prawie zupełnie bezpieczne; jednak w ciągu dnia, przy gwałtownym ociepleniu, zagrożenie lawinowe może wzrosnąć nawet o 2 lub 3 stopnie. Wczesną zimą i w pełni zimy to zagrożenie może nie waha się aż tak bardzo w ciągu dnia, ale z kolei nigdy nie jest zerowe. W najlepszym przypadku jest „jedynkowe”, co nie znaczy, że przy „jedynce” nie można się zabić w lawinie, zgodnie ze wszystkimi definicjami. Ci, którzy się wspinają, i wchodzą w taternictwo ucząc się od bardziej doświadczonych kolegów, tematykę znają i czują. Ale brak doświadczenia jest bardzo często śmiertelny w skutkach. Przed tym chciałbym przestrzec tych, którzy są wyłącznie narciarzami i chcą to narciarstwo pozatrasowe uprawiać bez przygotowania taternickiego. Według mnie jest to dla nich potężna pułapka. Mam znajomego, który jestdobrym narciarzem trasowym. Przez kilka sezonów jeździliśmy razem, później już nie było potrzeby, gdyż on stał się naprawdę ponadprzeciętnym narciarzem. Później pomyślał, że czas na jazdę poza trasami. I tu popełnił błąd, który o mały włos, a byłby go kosztował życie. Postanowił sprawdzić samodzielnie, jak to jest. Dokonał złej oceny śniegu. Zjechał z lawiną, która na jego szczęście wypluła go żywego na bok. Na to jednak liczyć nie należy.
 
- No ale taternictwo to jest robienie dróg wspinaczkowych, powiedzmy od „trójek” w górę. A narciarstwo pozatrasowe to może być wycieczka na Grzesia…
 
- W okolicach Grzesia, ponad górną granicą lasu, jest sporo miejsc, gdzie można sprowokować lawinę, może nie przy pierwszym czy drugim, ale przy trzecim i wyższym stopniu zagrożenia lawinowego. Taternik zmuszony do podejmowania decyzji: iść – nie iść, wyjść - nie wyjść, powinien tę tematykę rozumieć. A ktoś, kto wyszedł 10 razy na nartach na Kasprowy, jest w stanie osiągnąć ten szczyt w ciągu godziny, a jeszcze zastartował sobie w zawodach, gdzie często idzie się wzdłuż wyznaczonej trasy, i odniósł jakiś sukces, myśli, że jest dobrym narciarzem pozatrasowymn. Nie, nie, nie. On ciągle jest jeszcze narciarzem trasowym, tylko że chodzi na nartach. Jeden z moich kolegów ratowników trafnie moim zdaniem ocenił, że jeśli ci wszyscy ludzie, którzy dziś chodzą na Kasprowy na fokach pomyślą, by się usamodzielnić i ruszą poza trasy, odbije się to natychmiast bardzo szybkim wzrostem wypadków. Rozwój turystki narciarskiej jest u nas ciągle na etapie początkowym. Dlatego moim zdaniem bardzo ważna jest edukacja i informacja. Niestety przemówią one tylko do ludzi myślących i rozsądnych. Jeśli przy trzecim stopniu zagrożenia lawinowego, fatalnej widoczności, mocnym wietrze i opadzie śniegu spotyka się na Kondratowej ludzi, którzy mimo już ogłoszonego trzeciego stopnia i gwałtownie pogarszających się warunków mówią, że oni sobie idą na Czerwone Wierchy, bo przecież jest dopiero trzeci stopień zagrożenia, to im żadna edukacja nie pomoże. Ale do tych, którzy myślą, rzetelna informacja w postaci fachowych publikacji trafi. Ci, których stać, szybciej i bezpieczniej przeszkolą się u licencjonowanego przewodnika IVBV. Możemy chodzić do dobrej szkoły, albo uczyć się sami - skutek może być różny. Z kolei za dobrą szkołę trzeba zapłacić czesne. Niestety w górach nauka na własnych błędach może sporo kosztować, więc warto chyba – przynajmniej na początku – zainwestować w wiedzę. Oczywiście czynnik ekonomiczny jest bardzo istotny. Ale jeśli ktoś może sobie pozwolić, to powinien skorzystać. A jeśli nie, to powinien przynajmniej czytać, dowiadywać się, i pokornie, pomału uczyć się, by się nie sparzyć. Mierzi mnie, jeśli mniej doświadczeni ciągną w góry zupełnie niedoświadczonych, a ci mniej doświadczeni myślą, że mają do czynienia z górskimi bogami. Skrajny przypadek mieliśmy parę lat temu na Rysach.
 
- A jakich rad stricte narciarskich udzieliłby pan ludziom posiadającym zimowe górskie doświadczenie, którzy planują pierwsze tury narciarskie?
 
- Takie osoby same zorientują się, gdzie zasięgnąć języka, znaleźć informacje, odpowiednio dobiorą trasę. Ogólna rada to: wybierać od trasy łatwiejszej do trudniejszej, szczególnie na początku sezonu, i małymi krokami dawkować sobie trudności. Zwłaszcza początki zimy bywają bardzo zdradliwe, jeśli chodzi o zagrożenia, ale zimowi taternicy będą to wiedzieć.
Jeśli chodzi o rady narciarskie – początkujący powinni rozpocząć pozatrasowe narciarstwo w warunkach dogodniejszych, czyli wiosną lub późną zimą. Co prawda wtedy właśnie, ze względów przyrodniczych, może to być problematyczne. Znajomość tematu przyrodniczego jest bardzo istotna. Jeśli idziemy na narty w okresie wychodzenia świstaków z nor, czy kocenia się kozic, należałoby sobie zadać pytanie, czy w ogóle iść, a jeśli tak, to którędy. Z drugiej strony TPN z cerbera, który tylko krzyczy i karze narciarzy jeżdżących półtora metra za trasą na Kasprowym, powinien położyć większy nacisk na edukację. Ja w tym okresie staram się trzymać bardziej uczęszczanych szlaków, by kolizja z przyrodą była minimalna. Jednak jeśli widzę, że do Chaty Pod Rysami walą tłumy, a jest np. 15 kwietnia, to jeśli ja przejdę tam sobie z kilkoma narciarzami obok stu piechurów, to chyba będzie to bez znaczenia dla przyrody. Uważam też, że piętnowanie narciarzy tylko dlatego, że używają nart zamiast butów, ośmiesza TPN. Droga nie w zakazach i karaniu, ale w edukacji. Niewątpliwie trzeba się tak zachowywać, by jak najmniej szkodzić przyrodzie. Spotkałem się kiedyś z mądrą maksymą, że w górach należy zostawiać jedynie ślady własnych stóp.
Celowo oddalam się od tematu dotyczącego techniki narciarskiej. Nie podjąłbym się napisania książeczki „Nauka skialpinizmu w weekend”, bo to niemożliwe. Nie wdaję się w detale dotyczące techniki narciarskiej, ponieważ zalecam samodzielność narciarską i samodzielność taternicką. Jak te dwie samodzielności się przenikną, to problemy znikną.
:-)
 
- Czy Tatry są dobrym wyborem dla narciarza dobrze radzącego sobie na stoku i potrafiącego ocenić sytuacje w terenie?
 
 
- Pojęcie „narciarz dobrze radzący sobie na stoku” jest bardzo względne. Jedna z moich klientek powiedziała, że nie chce lekcji narciarskich, mimo iż były one już opłacone w ramach pakietu. Powiedziała, że jest ekspertem narciarskim i poszła sama na Nosal, podczas gdy ja z resztą ćwiczyłem na pólku pod Nosalem. Nie minęło zbyt wiele czasu, gdy miałem okazję obserwować moją klientkę schodzącą na piechotę z połowy Nosala z nartami w rękach, bo już pierwsza połowa stoku, ta łatwiejsza, okazała się dla niej o wiele za trudna. Dobry narciarz to taki, który swobodnie poczyna sobie na każdym stoku i w każdych warunkach. Nie ma dla niego trasy, z której by swobodnie, bez stresu, nie zjechał - czy to Nosal, czy Kasprowy, czy jakiekolwiek trasy zjazdowe w Alpach. Taki narciarz spokojnie poradzi sobie w Tatrach poza trasą. Jego umiejętności narciarskie jak najbardziej pozwalają mu na to, by na początek pokonać
najłatwiejsze zjazdy – jeśli oczywiście potrafi dokonać właściwego wyboru pod kątem bezpieczeństwa.
 
- Co trzeba wiedzieć wybierając się na narty skiturowe w Alpy bądź inne góry z lodowcami?
 
-Turystyka narciarska w Alpach różni się od tatrzańskiej tym, czym alpinizm od taternictwa. Dochodzą problemy związane ze specyfiką lodowców. Niedoświadczeni tej tematyki zupełnie nie widzą. Chodzą niezwiązani po lodowcu. To tak jak mieszkaniec dużego miasta lub nizin idzie w Tatry w trampkach i z reklamówką. On nie wie, że można inaczej. Podobnie, ktoś, kto nie działał w górach lodowcowych i znajdzie się w ich sercu bez przygotowania, wówczas popełnia kardynalne błędy, czasami zupełnie nie wiedząc, że je popełnia. Umiejętność radzenia sobie na lodowcu to kolejny stopień wtajemniczenia, który warto sobie przyswoić, zanim się tam pojedzie. I warto to robić z kimś kto się zna, a nie tylko pisze, że się zna. To bardzo ważne zagadnienie. Problem dezinformacji jest wszechobecny, szczególnie w Internecie.
 
- Mieliśmy rozmawiać o narciarstwie, rozmawiamy o Internecie, ale to bardzo ważne, bo często czytając fora internetowe jesteśmy zalewani przeróżnymi „fachowymi”
 poradami, a osoba niedoświadczona może się na to bardzo nabrać. To ważne - umieć szukać informacji i mieć dobre źródło wiedzy.
 
- Informacja czasem okazuje się totalną nieprawdą. Mogę przytoczyć kilka anegdotek z Alp. Np., szedłem z moimi dobrze przygotowanymi klientami na Mont Blanc. Spotkałem ok. 30-letniego Polaka, który chciał samotnie wejść na górę. Twierdził, że wspinał się w górach, ale – ku mojemu zdziwieniu – już wysoko, gdzie powinien mieć raki na butach, on je dopiero zaczął dopasowywać. Niezbyt sobie z tym radził, prosił mnie o pomoc. Potem wyszło, że ta wspinaczka w górach to były raczej skałki. Zapytał, czy może iść z nami. Stanowczo odmówiłem, bo normy są jasne: maksymalnie dwóch klientów i jeden przewodnik. Wówczas zapytał, czy może iść za nami. Udzieliłem mu konkretnej odpowiedzi, że ja jestem odpowiedzialny za swój zespół i nie mogę się nim zajmować, bo byłoby to nie fair w stosunku do moich ludzi. Mimo to poszedł. Okazało się, że nie był przygotowany również aklimatyzacyjnie. Pomimo to wczołgał się jakoś na szczyt. Był mocno osłabiony, miał bladozieloną twarz, trzęsące się ręce. Moi klienci, przerażeni jego wyglądem, karmili go i poili swoimi zapasami. Gdy schodził w dół, po wydeptanej przez nas ścieżce – to było jesienią i nie było innych śladów - mimo świetnej widoczności zgubił drogę. Zszedł między szczeliny, wpadł, zatrzymał się na plecaku. Gdy wlazł do schroniska, nie był w stanie się ruszyć, a na drugi dzień nie chciał schodzić na dół. Powiedziałem mu: „zbieraj się i złaź, bo jak będzie załamanie pogody, to tu umrzesz”. Mimo to został z ludźmi, którzy właśnie nadeszli. Po kilku dniach w Chamonix spotkaliśmy tego chłopaka, ogolonego, odświeżonego, uśmiechniętego, dumnego zdobywcę Mont Blanc. Powiedział: „no i co? Ten Mont Blanc to nic takiego!” Gdybym go parę dni wcześniej nie widział prawie umierającego, pomyślałbym: „o, jaki dzielny!” To często się dzieje z informacją, która przedostaje się do Internetu, i niestety nie tylko – przenika nawet do publikacji książkowych.
 
- Jakie były pana początki przygody ze skialpinizmem?
 
- W moim przypadku było to całkiem naturalne zazębienie narciarstwa i taternictwa. Od dziecka jeździłem na nartach. We wspinanie wszedłem jako student pierwszych lat AWF-u i na tyle w tym zasmakowałem, że przez jakiś czas zajmowałem się wspinaczką niemalże wyczynowo. Rzeczą naturalną było, że bardzo chętnie w tym wspinaniu pojawiały się narty. Jeśli chodzi o skialpinizm, bardzo ważny był mój kontakt z Piotrkiem Malinowskim, który dużo wcześniej uprawiał narciarstwo górskie i miał olbrzymią wiedzę na ten temat. Miałem też szczęście do znakomitych instruktorów, którzy wprowadzali mnie w góry, poczynając od Włodka Cywińskiego poprzez Krzyska Żurka, Maćka Pawlikowskiego i wielu innych starszych kolegów. A narty zawsze gdzieś były w tle. Nawet gdy jechałem na swój pierwszy ośmiotysięcznik (Cho- Oyu), chciałem je zabrać, żeby zjechać ze szczytu. Wówczas jeszcze ta góra nie miała zjazdu narciarskiego. Jednak Maciek Pawlikowski wyperswadował mi ten pomysł, mówił „a kto ci te narty na szczyt wyniesie”? I miał rację, bo wiedział, że nawet jak wlezę na swój pierwszy ośmiotysięcznik – bez tlenu, bo takie mieliśmy założenie - to szansa wniesienia dodatkowych kilogramów pewnie dla mnie będzie niewielka.
Jeśli chodzi o trudniejsze zjazdy w Tatrach, szczególnie w pierwszych latach, to była mieszanka wspinaczkowo - narciarskich ambicji, próby sprawdzania trochę siebie a trochę terenu – czy „puści” .
 
- A który zjazd był najlepszy?
 
- Co to znaczy najlepszy: najtrudniejszy? Najbardziej niebezpieczny? Najbardziej „przyjemnościowy”?
 
- Specjalnie tego nie określiłam. Po prostu najlepszy, który z jakiegoś powodu najbardziej utkwił we wspomnieniach; niekoniecznie najtrudniejszy czy najbardziej niebezpieczny.
 
- Wszystkie te najtrudniejsze dały mi wiele radości. Olbrzymią frajdę miałem ze zjazdu Zachodem Grońskiego, dlatego że w pewnym momencie bardzo wątpiłem, że to zrobię i prawie się wycofałem; ze względu na świetny śnieg wróciłem, spróbowałem raz jeszcze. Pamiętam, że musiałem długo sam z sobą „rozmawiać” , by zdecydować się na rozpoczęcie zjazdu. Świetnie wspominam zjazd z Długiego Giewontu północno-zachodnią ścianą, który zrobiłem po poważnej żółtaczce. Lekarze powiedzieli mi wtedy, że jak zacznę od razu uprawiać sport, to umrę, a ja czułem, że umrę, jak nie będę nic robił. Wbrew temu, co mi mówili, po kilku miesiącach poszedłem na narty. Przedtem koledzy mi powiedzieli, że kluczowe miejsce w planowanej linii zjazdu - 40-metrowy próg - jest zasypane śniegiem. Lata na to czekałem, i nie mogłem przegapić okazji przez chorobę. Pół żywy zaszedłem na szczyt, dwie godziny tam leżałem ledwo dysząc, dopiero potem mogłem pomyśleć o przypięciu nart. Odpiąłem je dopiero na samym dole,przy dawnej „Romie”,na Drodze Pod Reglami. To była frajda - z tego, że się przełamałem, no i ze wspaniałego zjazdu. Pamiętam też dobrze zjazd wschodnią ścianą Czarnego Mięguszowieckiego, który kosztował mnie mnóstwo psychofizycznego zaangażowania. Najpierw na 20 - letnim, niegdyś wyścigowym rowerze marki „Huragan” wjechałem w butach narciarskich, wioząc narty na plecach, z Zakopanego do Morskiego Oka, co już jest niezłą wycieczką samą w sobie, później z Morskiego Oka na fokach doszedłem do Wyżnego Kotła Czarnostawiańskiego, a stamtąd ścianą wcześniej wypatrzoną na dyżurze toprowskim drogą zjazdu na szczyt. Później ta sama trasa w dół. O 4 rano wyjechałem na rowerze z Zakopanego, o 16 wróciłem, również na rowerze. To wszystko robiłem chyba najbardziej dla własnej przyjemności.
 
- Czy przy zjazdach o tej skali trudności samotność pomaga?
 
- Tak. Człowiek koncentruje się wówczas wyłącznie na sobie, i wyłącznie na tym, że jeśli się coś stanie, to tylko mnie. Odbyłem co prawda parę zjazdów w towarzystwie. Jeśli towarzystwo jest dobre, tzn. narciarzy równych lub lepszych, to nie ma stresu. Bardzo miło wspominam zjazd z inspiracji Piotrka Malinowskiego z Hińczowej Przełęczy do Morskiego Oka, w 5-osobowym, w tym jednej damy, znakomitym towarzystwie (Wojciech Brach, Magda Czanerle, Roman Dawidek, Krzysztof Malzacher) . Jeśli takie rzeczy miałoby się robić w towarzystwie słabszych narciarzy, to wiałoby grozą. Nie chciałbym przeżyć niczego takiego.
 
- Dziękuję za rozmowę.
 
Rozmawiała: Agnieszka Szymaszek
Źródło: "Góry" 2009
 
Partner serwisu
PARTNERZY WSPIERAJĄCY
 

Copyright 2010 nieznanetatry.pl &GÓRY
ZOBACZ ROWNIEŻ
goryonline
bouldering
jura
nieznane tatry