logo

Rekord na Grani




Było już całkowicie ciemno, tylko skała bielejąca pomiędzy mchami i krzakami wskazywała drogę. Z wściekłością robiłem te ostatnie kilkanaście metrów. Na wierzchołku usiadłem i nie miałem ochoty schodzić – a niech teraz tam czeka, jak taka przemądrzała.
Zepsuła mi cały humor – po takiej wyrypie, po tym wiekopomnym, gigantycznym sukcesie – zamiast pieścić i utulić biednego Krzysia do snu, ona goni go na jakąś bezsensowną skałkę w lesie. Co za znieczulica.
A jeszcze przed chwilą byłem pełen wdzięczności do niej, że przyszła – co ja bym tu zrobił sam, bez wody, jedzenia i śpiwora, w nocy w lesie?
Przyszła pomimo trudności ze znalezieniem drogi z Hut, a potem szukając właściwej Białej Skały pomiędzy wieloma białymi skalami sterczącymi w okolicy. Doszła, w obcym kraju, sama w nieznanym terenie. Przyniosła jedzenie i dużo, dużo picia. Poza tym płachtę namiotową, śpiwory, bluet i lampę gazowa, którą to wymachiwała na moje powitanie. Ale dwa dni wcześniej, jak Antek Adamowski podszedł z jedzeniem, śpiworami i juwlem do Nyży w Batyżowieckim, to on mną tak nie pomiatał.

* * *

Godzinę wcześniej, kiedy słońce dotykało juz horyzontu, schodziłem z Siwego Wierchu. Potem biegłem wąską, krętą ścieżką pomiędzy kosówkami, w szybko zapadającym zmroku. Raz zabłądziłem. Szamotałem się tu i tam w panice, że nie wyjdę z tych krzaków do rana, ale znalazłem szlak. Przy czołówce – już wolniej – schodziłem coraz niżej i niżej, od czasu do czasu wlepiając oczy w ciemną linię dalekiego lasu i nerwowo zastanawiając się, czy ona tam będzie – czy trafiła, czy nie stanęło jej coś na przeszkodzie. Bałem się, że mogę się z nią minąć. Zacząłem nawoływać, usłyszałem odpowiedź i zaraz potem zobaczyłem nikłe światełko. Ogarnęła mnie euforia i w tym stanie przeszedłem ostatnie kilkaset metrów.

„Tu masz piwo” – powiedziała.
Ja: „A masz wodę?”

Gdy już opity i dokarmiony, leżąc wygodnie na miękkiej trawie i masując zbolałe nogi, usłyszałem: „A teraz zasuwaj na tamtą skałę”, myślałem, że się przesłyszałem. Ale ona uparcie – z ręką wskazującą w ciemności: „Przecież nie skończyłeś grani, jeszcze Biała Skała; leć, to niedaleko, byłam na niej, nieduża”. Zamurowało mnie. Ogarnęła mnie niechęć i oburzenie – ja przecież już skończyłem; 24000 metrów w górę i w dół, 72 kilometry w poziomie, 98 szczytów, 3 dni w upale – tylko tego dnia, od Kasprowego, zrobiłem 42 km i prawie 10 km w pionie – czego ona jeszcze ode mnie chce? Ja już się uwaliłem do spania! Poza tym, co ją to obchodzi, wspinanie to moja prywatna sprawa. Na Grań poszedłem, bo... miałem ochotę: po pierwsze – wspinać się, po drugie – wspinać się i po trzecie – wspinać się. („He, he... ponieważ była taka konkurencja i chciałeś się przymierzyć; ponieważ – z powodu braku wyobraźni – skończyły ci się pionowe problemy w Tatrach, a przede wszystkim dla sławy” – podpowiada ktoś trzeci).
Powoli obróciłem się na brzuch, podniosłem na kolana i podpierając się rękami, wstałem. Potykając się, poczłapałem wolno w ciemność z ogromnym poczuciem krzywdy. Skała rzeczywiście była niedaleko. Jeszcze raz ogarnął mnie bunt przeciwko dźwignięciu nogi w górę, ale zmusiłem się. Na szczycie długo siedziałem, odzyskując równowagę (psychiczną). Przez moment starałem się wzniecić w sobie nastrój pompatyczny: „Oto dokonałeś wielkiego czynu, uwieńczenie, spełnienie ...”, ale mi to nie szło. W głowie miałem tylko pustkę, a poza tym chciało mi się spać. Dopiero następnego dnia ogarnęła mnie głęboka satysfakcja, że DOKONAŁEM, że zrealizowałem ambitny cel i że logistyka była dobrze zaplanowana, a wykonanie perfekt. („Plus niezawodna Grupa Wspomagającą i pogoda” – dodał słusznie ten trzeci).

* * *

A zaczęło się tak: pewnego popołudnia Włodek (Cywiński) przychodzi do Klubu.

– Gdzie byłeś?
– Próbowałem Grań Tatr, ale pogoda się s....... i musiałem schodzić.
– Dokąd doszedłeś?
– Ze Żdziarskiej na Żelazne Wrota.
– O kurwa!

Może nie całkiem rozmowa i inne szczegóły tak wyglądały, ale dowiedziałem się, że trudności na całej Grani są nieduże – poza kilkoma miejscami poniżej IV. Zjazdy na linie – Wielka Papirusowa Turnia i Żabi Koń – nie przekraczają 10 metrów.
Ziarno zostało zasiane. Myślałem o Grani coraz częściej. Zacząłem kalkulować ile dni może trwać całe przejście i ile bagażu trzeba wziąć. Wyszło mi 7 dni. Był to czas znacznie krótszy niż osiągnięty podczas dotychczasowego najszybszego przejścia, ale nie miałem najmniejszej ochoty ryzykować, wspinając się po trójkowych drogach z ciężkim plecakiem.

Potem, nagle, Bogdan Probulski – mój partner wspinaczkowy – włączył się do „konkurencji”. Zaoferowałem się z pomocą. Czekałem całą noc i ranek z jedzeniem i śpiworem na Walentkowej Przełęczy. Bogdan nie przyszedł – pokonany przez nowe, niedopasowane samolezki zszedł z Polskiego Grzebienia, po pierwszym dniu  wspinaczki.
Ponowna kalkulacja, uwzględniając taktykę Bogdana – bez sprzętu biwakowego – wykazała, że da się Grań przejść w 4-5 dni. „A jeżeli tylko 4 dni” – myślę sobie – „to mogę dziennie iść/wspinać się więcej godzin”.
Ponowna kalkulacja wykazuje trzy i pół dnia. Ten proces iteracji (mniej bagażu = szybciej = większy dystans dziennie = krótszy czas przejścia, więc znowu mniej bagażu) doprowadza mnie w końcu do 3 kg bagażu i 3 dni. To szaleństwo. Bardzo mi się podoba.
W maju 1975 zaczynam przygotowania. Czytam opisy w WHP, notuję czasy i przewyższenia szczyt – przełęcz. Robię wypady na odcinki Grani, których jeszcze nie znam. Robię próbę szybkości na Gubałówce – miałem zamiar wejść jednego dnia 10 razy, ale już po drugim zejściu na dół kretynizm tego przedsięwzięcia wyparował mi z nóg. Zrobiłem natomiast jednodniową próbę generalną na odcinku Żdziarska Przełęcz – Polski Grzebień. Założyłem składy z jedzeniem: Baranie Rogi, Mały Lodowy, Krzesany Róg, Batyżowiecka Przełęcz, Żabi Koń, Kasprowy Wierch, Tomanowa Przełęcz, Wołowiec. W składach: soki, suchary, rodzynki, czekolada, cukier, herbata, konserwy, zupy, paliwo turystyczne. Na atak wybieram trzy najdłuższe w roku dni. W ostatnim momencie dokoptowuję do projektu Joannę Piątkowską i Antka Adamowskiego. Joanna jedzie ze mną wieczorem 21 czerwca na Zdziarską Przełęcz, gdzie nocujemy w lesie. Rano zabiera mój śpiwór, żeby za dwa dni przynieść go na Huciańską Przełęcz. Antek ofiarował się dojść z jedzeniem i innym śpiworem na Batyżowiecką Przełęcz, a właściwie do Nyży w Batyżowieckim, gdzie miałem zaplanowany pierwszy biwak. W ten sposób mój zamiar przejścia w czystym stylu – tak jak to zaraz po mnie zrobił Włodek Cywiński – zamienił się w przejście z grupą wspomagającą.

* * *



Krzysztof Żurek AD 2006 / fot. arch. Krzysztof Żurek


PRZEJŚCIE

Wyszedłem o godzinie 0:30. Pierwsze wzniesienie na Grani, w masywie Hawrania, które nazywa się Biała Skala – dokładnie tak samo jak ostatnie wzniesienie – pominąłem w nocy. Gdy się zorientowałem – byłem już ponad lasem i widoczność była lepsza – kontynuowałem w górę jeszcze przez moment, ale sumienie (chyba to się tak nazywa) nie dawało mi spokoju. Zszedłem na szerokie siodło z powrotem w las i szukałem, gdzie tu jest najwyższy punkt tej bałuchy. Wróciłem zdetonowany na stok i już bez przygód wszedłem na Hawrań – 1000 m przewyższenia w 2 godziny, tak jak planowałem i takie też będzie średnie tempo wchodzenia w trakcie pokonywania pozostałej trasy. Świt zastał mnie, gdy schodziłem z Szalonego Wierchu. Widziałem juz łańcuch Tatr Wysokich rozciągający się wielkim łukiem na zachód. Był to deprymujący widok. „Ja tam chyba nigdy nie dojdę” – pomyślałem. Nisko pode mną Przełęcz pod Kopą i ogromne – takie miałem wrażenie – stoki Jagnięcego Szczytu. Wątpliwości ogarnęły mnie ponownie, ale wiedziałem, że to się tylko tak wydaje i że trzeba po prostu iść. „Patrz pod nogi, nie przyspieszaj, wyrównaj oddech – dokładny, sprawdzony harmonogram masz przy sobie i jak na razie wszystko idzie zgodnie z planem”:

Przełęcz Pod Kopą   – 3:40
Jagnięcy – 4:25
Kołowy   – 5:35
Czarny   – 6:00
Barani Zwornik – 6:50
Śnieżna Przełęcz – 7:35
Śnieżny Szczyt – 7:55
Lodowy  – 8:20
....

Rohatka
  – 16:10
Mała Wysoka  – 16:30

Gdzieś w tych okolicach – pamięć już zawodzi – idąc w stanie lekkiego zamroczenia (celowo, żeby oszczędzać siły), depnąłem nieostrożnie pół stopy za bardzo w prawo i noga nie trafiła na skałę. Złapałem się rękami grani, gdy była już na poziomie moich oczu. Otrzeźwiałem natychmiast – w tym miejscu można było daleko polecieć, kończąc przedwcześnie całą eskapadę.

Litworowy Szczyt - 17:35
Było gorąco, na zachodzie kłębiły się chmury burzowe, słyszałem dalekie grzmoty. Jakieś 50 m przed szczytem usłyszałem dziwne syczenie powtarzające się co chwilę. Zrozumiałem, że to wyładowania elektryczne. Chyłkiem wycofałem się w dół i wielkim łukiem obszedłem szczyt.

Zadni Gerlach  – 18:45
Idę na główny wierzchołek i z powrotem.

Batyżowiecka Przełęcz  – 19:20
Schodzę z grani i szukam Nyży w Batyżowieckim Szczycie – ogromnej, podobnej do jaskini dziury, gdzie mam biwakować. Szukam Antka – ma dojść z całym majdanem biwakowym z Tatrzańskiej Polanki. Robię platformę do spania w pochylonym dnie Nyży; czekam, marznę, a jego dalej nie ma. Myślę, że noc przetrwam, ale rano nie będę w stanie kontynuować Grani. Po godzinie widzę, że coś się rusza w dole pod Kościółkiem. Wołam. Odpowiada. Dzięki Antek!

Następnego dnia wystartowałem o 5:00. Na Kasprowy dotarłem o 21:45. Nikogo już tam nie było. Klucz do goprówki znalazłem w umówionym miejscu. Było zimno i samotnie. Byłem też zmęczony i nawet przemknęła mi osobliwa myśl zjechania na dół następnego dnia kolejką.

Zwlokłem się z wyra obolały przed świtem i o 5:50 w drogę. Optymizm wrócił mi dopiero na Ciemniaku, żeby zaraz przygasnąć, gdy długo nie mogłem znaleźć składu żywnościowego nad Tomanową Przełęczą. W końcu, kiedy znalazłem i „wpiłem się” łapczywie w upragniony sok śliwkowy, to stanął mi on w gardle kołkiem. Mój organizm mógł przyjąć tylko wodę. Na szczęście były tam dalej płaty śniegu i mogłem ten sok rozcieńczyć.

Błyszcz  – 11:30
Wchodzę też z rozpędu na Bystrą, jakkolwiek nie jest ona w grani głównej

Wołowiec  – 14:20
Podejście na Rohacz Ostry wygląda jak Golgota. Ostatnia szansa wycofania się – za godzinę mogę być w schronisku na Chochołowskiej. Idę jednak na Golgotę. Od Kasprowego używam kijków narciarskich i już od dłuższego czasu stosuję technikę: obie ręce do przodu, wieszam się na kijkach i cztery małe kroczki w górę. Cykl się powtarza 200-400 razy i kolejny szczyt mam pod nogami. Najlepiej przy tym nie patrzeć w górę, ile jeszcze zostało. Odpoczynek zawsze w połowie stoku (3 minuty leżąc głową w dół), nigdy na szczycie lub przełęczy – inne mięśnie pracują przy schodzeniu, więc te od podchodzenia mają i tak odpoczynek.

Banówka  – 17:25
Zaczynam się niepokoić, czy zdążę przed nocą. Sylwetka Siwego Wierchu wydaje się daleko, daleko na horyzoncie, a tu jeszcze Pachola, Salatyn, Brestowa. Nigdy przedtem nie byłem w Zachodnich Tatrach Słowackich i obawiam się, że zabłądzę gdzieś na jakiejś bocznej grani.

Brestowa  – 19:10
Stok wiodący na Palenicę Jałowiecką jest łagodny, pokryty mchami. Po raz pierwszy biegnę. Siwy Wierch nagle znajduje się blisko, nowa nadzieja. Przed szczytem szlak odchodzi w bok – to musi być grań do Białej Skały. Jest już po ósmej. Zostawiam plecak i idę na szczyt. Tarcza słońca dotyka horyzontu.


Krzysztof Żurek

 Krzysztof Żurek w latach siedemdziesiątych... / fot. arch. Władysław Cywiński
...oraz AD 2006 / fot. arch. Krzysztof Żurek
 


Copyright nieznanetatry.pl &GÓRY