logo

Szalona szarża jeźdźców Rohanu


Sezon ski-turowy zakończył się w Tatrach ponad miesiąc temu. Ale dlaczego by nie powspominać, jaki był? Przynajmniej dla ochłody:) w te upalne dni. Na portalu nieznane tatry relacja z wycieczki ski-turowej w rejonie Czerwonych Wierchów. Kwiecień. Tego dnia mieliśmy z Maćkiem zrobić na nartach Lodową Przełęcz i zjechać z niej do Doliny Jaworowej i Jaworzyny Spiskiej. Jednak start w zawodach im. Piotra Malinowskiego (dzień wcześniej), wcześniejsze długie „wyrypy”, wiosenne zmęczenie dały znać o sobie. I nie poszliśmy. Spotkaliśmy się w Kuźnicach. Wieje, kolejka nie chodzi. Pogoda jednak dobra. Żal, że nie jesteśmy na Lodowej miesza się z postanowieniem: - zróbmy coś tego dnia. Stąd krótka decyzja: - idziemy na Kondratową.  Tam może się coś „urodzi” z naszych narciarskich planów. Wyprawa na Lodową po raz kolejny legła w gruzach. Czy jednak ostatecznie i nieodwracalnie?

Dlaczego się nie udało? krótka opowieść o kompromisach
Kompromisy – tak, to one zabiły tę wyprawę. Mówię o Lodowej. I może brak naszego zdecydowania. Ileż razy musimy się w nie „bawić” w swoim życiu? Zrezygnować - chociaż wybitnie niechętnie i to bardzo boli - z tego, o czym marzymy. Co się nam śni po nocach. Pójść na kolejny kompromis. Bo prawie zawsze znajdzie się w naszym życiu coś ważnego i jeszcze ważniejszego, co musimy zrobić, by być tzw. odpowiedzialnymi ludźmi. By zbytnio nie odbiegać od pewnego, utartego stereotypu dorosłego człowieka. A nieraz chciałoby się „prasnąć” tym wszystkim na kilka dni i ulec dzikości serca. Ale kompromisy skutecznie blokują drogę do raju. Bo rodzina i w ogóle. Bo czasami brakuje kasy, by zrealizować marzenia. Bo bolą mięśnie i ledwo po zawodach powłóczę nogami. Bo czasami trzeba być w domu wcześniej, niż by się chciało. Bo trzeba iść do pracy, chociaż myślami jesteśmy, jakże często, tam w Górze, na firnach. Ileż ich jest? tych cholernych, bezwyrazowych, nijakich kompromisów, zabójców marzeń?. One tłumią oczu blask. Często trzeba stanąć z nimi twarzą w twarz. Twardo jednak myślę, że wygramy z nimi.
 
Ile razy jednak stanęły nam na drodze do lepszych dni? Zakos za zakosem podchodzimy pod Suchy Kondracki Wierch, a potem na Kopę Kondracką. Wieje tu jak diabli. Spotykamy za to dwójkę znajomych z Memoriału Malinowskiego. A ja dalej myślę o Lodowej, jak o dziewczynie ze snów. Kiedyś taką poznałem;) Eh, bestyjo - zalazłaś mi za skórę:). Dusza mi dosłownie się darła w kawałki, gdy z Góry, z Kopy Kondrackiej, spojrzałem w stronę Tatr Wysokich. Tam, ku Lodowej, szły moje myśli, wspomnienia o wszystkich zjazdach z tej przełęczy – pięknych i długich. W gronie przyjaciół, o szybkich, rytmicznych skrętach w żlebie, długich szusach w stronę Jaworowego Muru, o pięknym zjeździe Jaworową i znoszeniu nart, mimo bólu kręgosłupa, z Gałajdówki do Jaworzyny. O uśmiechach, chwilach, które pielęgnuję we wspomnieniach. Myślami powróciłem także do dużej ilości piwa i borowiczki wypitych w niestety nieistniejącym dzisiaj bufecie „Pod Rogovą” (jest tam teraz sklep spożywczy, ale to już, wiadomo, nie to samo), u dość dupiatej (w sensie rozmiarów), ale bardzo sympatycznej Słowaczki. Wróciłem do myśli o rozmowach z przyjaciółmi, o zakończeniach sezonu w tym rejonie Tatr, o powrocie do domu w nastroju, kiedy czujesz, że możesz wszystko:). I pytania: może jednak trzeba było tam iść, mimo bólu stawów, mimo zmęczenia? Myślę i myślę o tej Lodowej i myśleć nie mogę przestać. Nie, to za bardzo boli, wyłączyłem szybko wspomnienia. Ale na krótko. Znowu psiekrwie wracają.
 
W stronę urokliwej Dolinki Rozpadłej...
Tymczasem kontynuujemy naszą wycieczkę. Na Kopie szybka przepinka, ubieramy kaski. Zjazd w południowej ekspozycji to marzenie. Firn niesie. Zjeżdżamy na Małołącką Przełęcz, a potem w dół szerokim, średnio stromym stokiem. Następnie trawersujemy nieco w prawo – pomiędzy kosówkami – i lądujemy na dnie Dolinki Rozpadłej, zwanej też Rozpadliną. To zaciszna, rzadko odwiedzana dolinka wisząca, stanowiąca boczne odgałęzienie Doliny Tomanowej Liptowskiej. Jest tu sporo jaskiń (ok. 80), a na stokach Rozpadłej Grani widzimy kilka pięknych linii narciarskich. W stromych żlebach. Pewnie nietkniętych dotąd nartą. Odpoczywamy ponad godzinę. Urok doliny udziela się i nam.
 
Śladami Józefa Krzeptowskiego „Ujka”
Ten zjazd jest niejako trasą, którą przemierzał Tatry słynny kurier ZWZ-AK, Józef Krzeptowski.  Tak piszą o nim twórcy „wielkiej Encyklopedii Tatrzańskiej” Zofia i Witold Henryk Paryscy: Krzeptowski Józef (9 VI 1904 Zakopane - 13 IV 1971 tamże, poch. na starym cmentarzu), brat » Andrzeja Krzeptowskiego II. Przewodnik i ratownik tatrzański, narciarz, w czasie II wojny świat. uczestnik ruchu oporu, kurier tatrzański ZWZ-AK. Przewodnikiem tatrzańskim był od 1923 r. (1931 kl. II, 1948 kl. I). Od 1925 aż do swej śmierci należał do najbardziej aktywnych przewodników tatrz. i jeszcze przed II wojną świat. Również do najlepszych, zarówno w lecie jak i w zimie (był świetnym narciarzem wysokogórskim i instruktorem narciarskim). Po ostatniej wojnie uczestniczył też w szkoleniu młodych przewodników. W 1957 i 1965 był członkiem zarządu Koła Przewodników Tatrzańskich w Zakopanem. Członkiem TOPR został dopiero w 1934 r., ale już wcześniej brał udział w wyprawach ratunkowych, np. tak ciężkich jak w zimie 1933 na Galerię Gankową. Od 1949 był też członkiem Klubu Wysokogórskiego. Ponadto był wspaniałym gawędziarzem, a dowcip miał wyjątkowo bystry i celny, jak przystało na stryjecznego wnuka legendarnego Sabały. Tajnym kurierem był już przed wojną, gdyż w 1934-38 dla Stronnictwa Ludowego utrzymywał nielegalne kontakty z Wincentym Witosem, który wtedy przebywał w Czechosłowacji, i przeprowadzał potajemnie przez granicę działaczy tegoż stronnictwa na trasach Zakopane-Kieżmarki poprzez Tatry. W czasie II wojny światowej 1939-44 Krzeptowski był tajnym kurierem i ponad 50 razy przeszedł w lecie i w zimie trasę przez Tatry, przeprowadzając ludzi i przenosząc pocztę, pieniądze i broń dla pol. ruchu oporu. Uzyskał miano "króla kurierów tatrzańskich". Okupant hitlerowski ogłosił wysoką nagrodę za jego schwytanie. Własna relacja Krzeptowskiego o jego działalności kurierskiej znajduje się w książce Alfonsa Filara Opowieści tatrzańskich kurierów (1969 i wydania nast.). Za swój udział w ruchu oporu był po wojnie aresztowany przez NKWD i wywieziony do ZSRR, ale po uwolnieniu w 1947 r. (wg moich danych w 1948 – W.S) został dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, a za całokształt swej działalności tatrzańskiej - Orderem Odrodzenia Polski (1966).
Tyle Paryscy. W czasie II wojny światowej Krzeptowski chodził z Zakopanego do Budapesztu przez Tatry. Ponoć właśnie tędy, przez Dolinkę Rozpadłą do Doliny Cichej, i dalej do Szczyrbskiego Jeziora. Po wojnie Krzeptowski trafił, jak wielu polskich patriotów, na Sybir. Konkretnie do łagru sowieckiego we wsi Bajdejowka w górach Ałtaj. Krzeptowski - twardy góral - nie dał się złamać enkawudzistom i powrócił na rodzinne Krzeptówki. Po trzyletniej katordze. Opowiadał mi o niej mieszkaniec wsi Ząb, Wojciech Bobak. Był znakomitym przewodnikiem i człowiekiem. Wspomnienie o „Ujku”, wesołym człowieku i prawdziwym góralu wywołuje szeroki uśmiech. A my z Maćkiem odpoczywamy. Przy wancie w Rozpadłej. Wokół spokój, tylko wiatr zaszumi w jarzębinach i kosówkach. Ciepło. Po odpoczynku wracamy z powrotem do kraju, zakosami osiągamy Kopę Kondracką, z której zjeżdżamy na północ.
 
Szczęśliwe powroty...
Pomyślałem - bycie bezkompromisowym jest możliwe, ale może spowodować jakieś konflikty. Jest w sumie dość trudne. Boli jednak jak diabli, że tego dnia nie poszliśmy na Lodową. Ona była celem nr 1 całego naszego sezonu, a tu nic z tego, brakuje trochę sił po zawodach... Kolejny kompromis i pytanie. Czy więc wybieramy namiastkę życia, czy jego pełnię?. Trudno powiedzieć. Myślę, że trochę tak, to namiastka, chociaż przecież trudno powiedzieć i określić, że zjazd na południe, do przepięknej dolinki, rzadko odwiedzanej, to namiastka... Rozdarcie serca, rozdwojenie myśli. Najlepiej by było być tu i tam zarazem. Moje ja mówi: - A więc jednak, żyjesz namiastką frajerze.
Z drugiej strony warto się cieszyć z tego, co jest. A co jest? Obok mnie zasuwa do góry Przyjaciel. Tak mogę powiedzieć, bo Maciek Bielawski jest mi osobą bardzo bliską. Krok za krokiem wycina w zboczu zakosy. Przy drugim podejściu śmiać mi się chce. Maciek jak chart przyspiesza na ostatnich 200-metrach i długim krokiem wbiega na szczyt Kopy Kondrackiej. Ja gonię go jak mogę, a i tak mam około minuty – może więcej - spóźnienia na punkcie 2005:). Pytam: jak to się stało, że my, dwie prawie górskie przeciwności, chodzimy razem w góry? Maciek jest zawsze szybszy na podbiegach, ja na odwrót – na zjazdach (coraz rzadziej niestety:). Nasz zespół dwójkowy, szkoda, że nie ma Adama, byłby trójkowy - jest zgrany – to najważniejsze. Wiemy, czego chcemy i już ósmy sezon chodzimy w Góry. Z powodzeniem. Zawsze jest ciekawie.
Myśląc o nadaniu naszym zjazdom nazwy, w myśl zaleceń i praktyk niejakiego Zygmunta z Krakowa (pozdrawiam Cię Zygi gorąco) z Krakowa, sięgnąłem do pamięci, która nasunęła mi wspomnienie o wspaniałej książce „Władca Pierścieni”. I o filmie, zrealizowanym na jej podstawie. Tam, w trzeciej części tego pięknego filmu na przedpolu i równinach białego miasta Minas Tirith, rozegrała się ostateczna batalia świata ludzi i zła (wielka bitwa rycerzy Gondoru z armią Mordoru). Walka ostateczna, krwawa i bezlitosna. Ludzie już przegrywali, już zaczęli wątpić w ostateczne zwycięstwo, gdy pojawili się oni. Sześć tysięcy jeźdźców Rohanu, z królem Theodenem na czele. Niezłomni jeźdźcy, Rohirrimowie, którzy w brawurowej szarży rozbili piechotę Mordoru. Tak. Pomyślałem – tak, to właściwa nazwa dla naszej roboty – „Szalona szarża jeźdźców Rohanu”. Może nasza „szarża”, tu na Czerwonych Wierchach, w zastępstwo Lodowej (niestety), nie była tak szalona, tak wspaniała, jakbyśmy chcieli. Była bowiem swego rodzaju kompromisem, ale mimo to była piękna. Nie zabrakło w niej niczego: szybkiego, ciętego skrętu na dużej prędkości, stromizny i poczucia utraty grawitacji.
 
Narciarska podróż w głąb siebie...
Patrząc z Niżniej Świstówki na nasze ślady w żlebie pomyślałem: to jednak z pewnością nie była namiastka życia, bo zjazd był piękny. Stromy. Jakieś 45 stopni nachylenia, w górnym fragmencie żlebu. Nie to jest jednak najważniejsze. Najważniejsze przecież wszak, by tu, na ziemi zostawić po sobie ślad – dobry ślad. Zresztą, czy rzeczywiście tylko to jest ważne? Mój narciarski ślad, niejako ukoronowanie ziemskiej obecności – przecież niedługo zniknie, rozmyty deszczowymi, wiosennymi nawałnicami. Zszarzeje i zniknie. Tak jest i z naszym życiem. Kiedyś znikniemy. Odejdziemy. Jak umarły tatrzański las w Dolinie Łatanej, który kiedyś oglądaliśmy z Maćkiem. Co po nas zostanie? Co się liczy? Jest tego trochę. A może jak żyć, by być szczęśliwym? Najważniejsze jest: tu i teraz. Uśmiech po osiągnięciu grani, widok, Lodowa, Rozpadła – miejsca, które kochamy. Uścisk ręki przyjaciela. Sakramencko silne poczucie wolności. Lodowate piwo w schronisku, koniecznie w gronie przyjaciół. Ból mięsni na podejściu. Czasami nagły, zupełnie niespodziewany zachwyt. Modlitwa w ciszy o zdrowie najbliższych. Nawet rzucone tu przekleństwo ma sens. Wesołość, bo jak mawiał Sabała „smutkiem żyć sie nie godzi”. Miał rację. Stromy kuluar lub żleb, zjechany na nartach. Parsknięcie kozicy. Zatrzymuję tę wyliczankę. Starzejesz się panie Wojtku:)) - pomyślałem. Kiedyś starczył ci tylko śnieg, mniej o tym wszystkim myślałeś, więcej jeździłeś. Mniej pisałeś. Za to więcej czasu spędzałeś w górach. Wewnętrzne rozmowy trwają jednak dalej. Może wywołuje je halny, wiejący w górach. Może? A może to moja, nieco zwichrowana osobowość szaleje? Przerywam jej. Dopiąłem wiązanie. Ruszam do zjazdu.
 
Zjazdy i powroty „na dół”...
Dość tego, już więcej nie myślałem o kompromisach, Lodowej, Rozpadłej Dolince i innych dyrdymałach. Spod Przechodu długim skrętem pociągnęliśmy z Maćkiem w Małą Łąkę, ulegając pięknu i magii gór. To była fajna jazda, na krawędzi, po firnie. Czy może być coś piękniejszego? I wtedy przemknęła mi przez głowę myśl olśniewająca i czysta, która natychmiast poprawiła mi humor. Wywołała szeroki uśmiech. Była szybka jak jaskółka i zrobiło mi się dobrze, jak po wypiciu dużej lampki wybornego, czerwonego wina, albo jeszcze lepiej po dwóch takich lampkach:). Treść jej była mniej więcej taka: - życie nie lubi, gdy robimy coś na siłę, wbrew sobie. Odłożyliśmy więc z Maćkiem Lodową na przyszły rok. I dobrze zrobiliśmy. Wrócimy tam. Na pewno. Będziemy wtedy w pełni sił, gotowi i w bardziej bojowym nastroju:). Bezkompromisowi, jak jeźdźcy Rohanu, niezłomni Rohirimmowie spod Minas Tirith. Zwycięzcy – wrócimy tam po to, by wykonać na Lodowej, swoją piękną, może nawet najpiękniejszą, górską szarżę... Bo żeby takie rzeczy robić na nartach trzeba być w życiowej formie.
Udało się. I rzeczywiście powróciliśmy na Lodową wiosną 2011 r. Była to wspaniała wyprawa, w gronie godnej, górskiej kompanii. A zjazd o długości ok. 14 km posmarował miodem nasze serca. Czy pokonaliśmy kompromisy tym razem:) Myślę, że trochę tak. Nie one jednak były w tej chwili najważniejsze. Góry uczą jednego. Cierpliwości. W drodze do celu. Dolina Rozpadła i piękny zjazd w tamte strony był więc jak „preludium” przed Lodową. Preludium jakże pięknym i udanym. Zaostrzył też apetyty na Lodową. Poznaliśmy przy tym urokliwe miejsce. I jeszcze jedno. Czasami, może nawet częściej niż rzadziej, dajmy szansę przygodzie. Nie wszystko musi być do końca przemyślane i zaplanowane. Takie dzień, jak ten, był także wspaniały. Planowaliśmy Lodową, a wylądowaliśmy w Rozpadłej. Ileż razy, zwłaszcza będąc sam na fokach, zmieniałem plany, bo jakiś żleb, czy też jakieś miejsce, zafascynowało mnie bez miary. A więc będąc w Górach rzuć wyzwanie losowi i przygodzie i czasami idź tam, gdzie poniesie Cię fantazja:) to upaja:) jest wyzwaniem. A co najważniejsze, z reguły takie wyprawy zapamiętuje się na całe życie.
Taka przygoda ma jeszcze jeden urok. Jest podróżą w głąb siebie. I co podczas niej znalazłem? Pasję przez duże P. I coś jeszcze ważniejszego. Przyjaźń. Góry dają nam też niepowtarzalną szansę. Wyzwolenia od psychicznego zmęczenia, Od jakiejś trudnej do określenia klamry, ściskającej nasze „ja”. Naszą osobowość. Bo życie na dole nas nie oszczędza. Jest tylko dodatkiem. Myślę, że wielu z nas, tak naprawdę „ożywa” tylko w Górach. Dlatego tylko w Górach jestem sobą. Tylko na fokach znajduję pełnię życia. Trudno mi ją określić. Na czym polega? Daje najważniejsze: Wolność. Potrzebną bardziej niż kromka chleba.
 
Wojciech Szatkowski

Zdjęcia: Wojciech Szatkowski, Maciej Bielawski.
Zdjęcie "Ujka" Krzeptowskiego - fot. Władysław Werner, ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego
Maciek Bielawski na Kopie Kondrackiej. U góry jeszcze zima, a w dole wiosna, fot. Wojciech Szatkowski
 


Copyright nieznanetatry.pl &GÓRY