logo

Tadeusz Orłowski



Wraz ze śmiercią prof. Tadeusza Orłowskiego odchodzi cała epoka polskiego taternictwa. Tego sięgającymi jeszcze do lat przedwojennych. Taterników nie było wówczas wielu, przeżywali pełną harmonię z górami.
 
Dawne czasy poszły w dal...

Tadeusz Orłowski był dla mnie legendą tych czasów, miałam go zaszczyt poznać osobiście sześć lat temu. Zgodził się wówczas napisać o swym taternictwie do „Pamiętnika PTT”, artykuł ukazał się w tomie 12 (2003) ss. 115–132.
W tych swoich fragmentach tatrzańskich wspomnień zawarł swoją filozofię uprawiania taternictwa. Gdy Orłowski rozpoczynał swą działalność taternicką, panowało już przekonanie, „że w Tatrach nie ma już możliwości zdobywania nowych „sensownych” dróg”.
Sam jednak stał się wkrótce autorem kilku wspaniałych pierwszych przejść – m.in. na Galerii Gankowej czy zachodniej ścianie Łomnicy.
W latach wojny Orłowski nadal uprawiał taternictwo, także bezpośrednio po wojnie, aż po rok 1957. Był zarazem we władzach konspiracyjnego Klubu Wysokogórskiego PTT i redaktorem naczelnym „Taternika”. Brał udział w powstaniu warszawskim, a po jego upadku wraz z Wawrzyńcem Żuławskim znaleźli się w Zakopanem. Stanisław Siedlecki zaproponował im schronienie się w Morskim Oku i tam doczekali się wyzwolenia.
W 1947 roku był uczestnikiem pierwszej powojennej wyprawy w Alpy. „Nowe czasy” nie napawały entuzjazmem. indywidualisty Orłowskiego: „po wojnie sytuacja polityczna wymusiła na nas „usportowienie” działalności górskiej. W praktyce oznaczało to uprawianie taternictwa „stadnego” na odpowiednio zorganizowanych obozach i kursach i oczywiście całkowitą likwidację bezpośredniego osobistego obcowania z górami. Nie wspominam tych czasów z sentymentem”.
Gdy w 1957 roku ginie tragicznie pod Mont Blanc w akcji ratunkowej po Grońskiego i Jugosławian jego partner i najlepszy przyjaciel, Wawrzyniec Żuławski, ówczesny Prezes reaktywowanego Klubu Wysokogórskiego, Orłowski na krótko przejmuje ster klubowy w swoje ręce.
Coraz bardziej oddaje się jednak całkowicie swojej drugiej życiowej pasji – medycynie. Syn znanego profesora medycyny, Witolda Orłowskiego, na którego podręcznikach interny wychowały się całe pokolenia lekarzy tworzy wraz z prof. Janem Nielubowiczem podwaliny polskiej transplantologii. Problemów do rozwiązania było wiele, jak nowych dróg w Tatrach, bo to nie tylko kwestia przyszycia nowego narządu w miejsce schorowanego, nie mogącego dalej funkcjonować, lecz pokonanie bariery immunologicznej organizmu, któremu aplikuje się obce ciało w zamian za własne. Pracy naukowej w dziedzinie medycyny doświadczalnej i klinicznej oddawał się do ostatnich dni życia.
„Ulice Warszawy okazały się o wiele groźniejsze od najtrudniejszych ścian tatrzańskich; niestety cała seria wypadków na nich w praktyce mnie unieruchomiła”. W ostatnich latach miał kłopoty z poruszaniem się, ale codziennie instytutowy kierowca zabierał go do Instytutu i odwoził z powrotem.
Stronił od środowisk klubowych i wydawał się być przez to zapomniany. Wydawało mi się jednak, że z zadowoleniem przyjął moją propozycję napisania o sobie. Wiem, że kontakt z nim nawiązało także pismo „Góry”, na łamach których ukazał się wywiad z nim.
Nie zapominałam o nim, jako o seniorze, chociaż nie bywał na zlotach w Morskim Oku. Ale przed ostatnim odebrała córka jego telefon: prosił aby podziękować za zaproszenie i usprawiedliwić jego nieobecność złym stanem zdrowia.
Orłowski dużą wagę przywiązywał do przestrzegania zasad bezpieczeństwa w górach, był także w szeregach Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Udziela nam porad w swoim artykule: „Żelazną zasadą jest nieustanne pamiętanie, że w praktyce czym teren łatwiejszy, tym jest – paradoksalnie – bardziej niebezpieczny. W nim – zwłaszcza bezpośrednio po wyjściu z trudności – bardziej należy uważać przy zmianie każdego chwytu i nie odbiegać od zasady utrzymywania 3 mocnych punktów podparcia. Jeśli bowiem jeden z nich niespodziewanie się wykruszy, dwa pozostałe uratują życie na ogół nie asekurującemu się w takim terenie wspinaczowi. Nieprzestrzeganie tej zasady było przyczyną śmierci niejednego wybitnego taternika. W czasie mojej działalności górskiej przebyłem ponad 1000 dróg wysokogórskich. Ale dzisiaj brak mi przede wszystkim nie wspinaczki lecz możliwości bezpośredniego przebywania we wnętrzu gór, biwakowania w ich kolebach oraz możliwości swobodnego poruszania się po ich pięknych graniach i ścianach. To wszystko jest już niestety całkowicie na zawsze stracone i to nie tylko dla mnie. Tatry mojej młodości już nie istnieją”.
Czy tylko dla Niego?
Tadeusz Orłowski o sobie,
górach i wspinaniu…
 
Moje taternictwo nigdy nie miało charakteru sportowego, lecz raczej kwalifikowanej turystyki wysokogórskiej. W istocie stanowiło realizację potrzeby bezpośredniego obcowania z Tatrami. Są to bowiem góry unikalne, w tym sensie że łączą w sobie skały, jeziora, potoki i wieczne śniegi oraz obfitą, zawsze żywą florę. Dlatego stroniłem od schronisk – z wyjątkiem Roztoki, a po wojnie Morskiego Oka czy Kieżmarskiej Chaty, które traktowałem jako swoisty „obóz główny”.
 
Pierwsze lata powojenne nie sprzyjały uprawianiu nawet niekwalifikowanej turystyki na terenie Tatr. Początkowo przy schodkach zejściowych do Morskiego Oka znajdował się posterunek wojskowy, który zatrzymywał do chwili powrotu znad jeziora dowody osobiste turystów. Granica była zamknięta i dla jej przekroczenia należało dysponować paszportem, którego w praktyce nie można było uzyskać. Pozostawało zatem jedynie ryzykowne i grożące w owej sytuacji politycznej poważnymi polityczno-karnymi sankcjami nielegalne jej przekraczanie. Wskutek tego schronisko w Roztoce straciło swoje zasadnicze walory. Głównym ośrodkiem taternickim stało się schronisko w Morskim Oku, sprawnie i niesłychanie życzliwie zarządzane przez Wandę i Czesława Łapińskich. Dziunia Łapińska z powodzeniem zastąpiła „Mamę Grabowską” i stała się najpopularniejszą osobistością w ówczesnym polskim światku taternickim. Każdy czuł się w M. Oku jak we własnym domu.
 
Już sama konieczność przebywania na bazie w schronisku była dla mnie trudna do zniesienia. Na obozach spotkałem się po raz pierwszy z trzema próbami współzawodnictwa sportowego; z dwóch wyszedłem obronną ręką. Z trzeciej nie – nawet nie wiedziałem, o jej zaistnieniu. W żadnej z nich nie miało ono wpływu na moje plany.
 
Chciałem być w górach sam, a nie w towarzystwie dwustu osób. Zresztą miałem za złe Żuławskiemu i Wojsznisowi upowszechnianie taternictwa. Uprzedzałem ich: podcinacie gałąź, na której sami siedzicie. Tatry mogą pomieścić tylko około czterdziestu taterników, tak żeby nikt sobie nie deptał po nogach.
Obowiązki służbowe sprawiły, że na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych miałem szereg zobowiązań międzynarodowych i nie mogłem odwiedzać Tatr. Potem wpadałem w nie czasem tylko na parę dni, zazwyczaj deszczowych i błąkałem się samotnie po okolicach Doliny za Mnichem, Pięciu Stawów Polskich, Pańszczycy czy Piarżystej. Czasami wyskakiwaliśmy z Wandą Henisz-Kamińską na nietrudne wspinaczki w okolicy Hali Gąsienicowej i Morskiego Oka. Próbowałem włóczyć się samotnie po południowej stronie Tatr Słowackich. Niestety próby dostania się w głąb niezagospodarowanych dolin nie powiodły się,Tatry stały się po obu stronach granicy całkowicie niedostępne dla bliskiego bezpośredniego kontaktu. Tak więc moje prawdziwe przygody tatrzańskie, rozpoczęte w 1936 roku biwakiem w białczańskiej kolebie zakończyły się po 18 latach pod namiotem rozbitym u stóp mojego ulubionego Żabiego Szczytu Wyżniego.           
 
Jeśli czegokolwiek żałuję w swoim życiu, to tylko tego, że za mało przebywałem w górach. Niczego więcej! Po śmierci Żuławskiego, kiedy wróciłem z Wietnamu, namówiłem Bolka Chwaścińskiego na zorganizowanie wyprawy w Hindukusz. Przebywając za granicą nie mogłem należycie zaangażować się w jej organizację. Kiedy jednak dotarłem do Kabulu, okazało się, że zmuszony jestem już wracać do Polski, gdyż kończył mi się urlop. Musiałem wybierać: praca albo góry, czyli nie miałem praktycznie żadnego wyboru. Potem próbowałem jeździć jeszcze w Tatry, Pireneje i Dolomity – jednak za każdym razem trafiałem na niepogody. Ostatnią swoją drogę zrobiłem w 1980 roku wraz Arno Puškašem, z którym, nawiasem mówiąc, bardzo się przyjaźniłem. To był najlepszy taternik, jakiego znałem.
 
Ostatnie moje samodzielne szlaki taternickie przebyte w towarzystwie Arna [Puškaša] to pierwsze wejście od pd.-zach. na Szarą Ławkę – łatwo i bez asekuracji – a  z niej graniami na Skrajne Solisko oraz bardzo trudny wariant na pn. ścianie Popradzkiej Kopy. Planowanemu turystycznemu wyjściu na Sławkowski Szczyt zapobiegł świeży obfity opad śnieżny. Musiałem wracać. Pozostały za mną wspaniałe białe Tatry skąpane w słońcu. Jednak jeszcze w 2001 i 2002 roku udało mi się wyjechać kolejką na Łomnicę i na Łomnickie Ramię. Moi słowaccy przyjaciele już nie żyją. Jednak głęboko pragnę wyjechać jeszcze choćby raz na Łomnicę oraz złożyć kwiaty na grobie Toni i Arna.
 
Przy atakowaniu nowych trudnych dróg zawsze trzeba się liczyć z możliwością odpadnięcia od ściany. Ono jest bowiem jedynym pewnym dowodem, że w konkretnej sytuacji miejsce to jest nie do pokonania. Zanim udało się znaleźć właściwą drogę zdarzało mi się odpadać przy pierwszych przejściach np. na Galerii Gankowej, w Kominie Świerza, czy na Żabim Szczycie Niżnim. Takie „zaplanowane” i odpowiednio ubezpieczone odpadnięcia nie są groźne. Zdarzały się jednak i niezaplanowane, lub źle przygotowane. Z każdego z nich można było wyciągnąć odpowiednie wnioski. Już na samym początku nauczyłem się jednego: nigdy nie należy być biernym, lecz maksymalnie wykorzystywać każdą sekundę lotu. W praktyce zawsze dojdzie do zetknięcia się ze ścianą. Za wszelką cenę należy więc w czasie całego wypadku zachować pozycję pionową i nie dać się obrócić głową w dół. No i – oczywiście – należy mieć tą odrobinę szczęścia.
 
Nigdy nie bałem się w czasie swoich wspinaczek. Ściana wygląda strasznie z daleka, ale jak się podjedzie blisko, wszystkie stromizny się „kładą”. Ja zresztą nigdy nie bałem się rzeczy, które ode mnie nie zależą. Nie dotyczy to tylko wspinania, ale także zdarzeń z okresu okupacji czy stalinizmu. Jednak czasami miewam silne lęki, ale tylko we śnie. Śniło mi się, że wspinam się w cholernie kruchej skale, bez możliwości asekuracji, ale wie Pan, to są sny tego rodzaju jak np. zaraz mam maturę, nic nie umiem, a przecież jestem profesorem.
 
Góry nauczyły mnie tego, że nie ma rzeczy niemożliwych. Proszę sobie wyobrazić: wszyscy wokół mnie twierdzili, że Galeria jest nie do pokonania, a mnie się to udało. Czterdzieści lat temu zacząłem wprowadzać transplantologię do Polski. Byłem internistą, ale zdawałem sobie sprawę, że jest to jednak zadanie trochę o podłożu immunologicznym. Zwróciłem się, więc do immunologów o pomoc, a oni powiedzieli: Panie Profesorze, niech pan sobie tym głowy nie zawraca, naukowo udowodniono, iż jest to niemożliwe. Pomyślałem sobie wtedy – skoro Galeria była możliwa, to i z tym sobie poradzę...
Nie potrzebuję wiele, by czuć radość z gór. Dwa razy byłem w Nowej Zelandii i dopiero za drugim razem udało mi się zobaczyć Mt. Cook. Poszedłem do doliny, położyłem się i patrzyłem na tę przepiękną górę. To są tak naprawdę piękne chwile. Nic mi więcej w życiu nie potrzeba.
 
Wypowiedzi T. Orłowskiego pochodzą z Fragmentów wspomnień tatrzańskich („Pamiętnik PTT” 2003, nr 12) oraz wywiadu udzielonego W. Kurtyce Góry pod powiekami (GÓRY 2004, nr 7–8).
 
Prof. Tadeusz Orłowski ? jakiego poznałam / fot. Barbara Morawska-Nowak
 


Copyright nieznanetatry.pl &GÓRY