logo

Takich rzeczy dwa razy się nie robi - rozmowa z Władysławem Cywińskim



Którą z grani tatrzańskich najbardziej lubisz lub też darzysz największym sentymentem?

Oczywiście Główną! Trudno nie wycenić najwyżej tej najdłuższej i w sumie – mimo że nie jest trudna technicznie, to z powodów czysto kondycyjnych – najtrudniejszej grani. Pewnie że są trudniejsze technicznie i może piękniejsze, choćby Grań Wideł. Jest ona jednak króciutka. Z pojedynczych kawałków grani poza konkurencją jest Żabi Koń. Jest niezwykły. To prawdziwa żyleta. Ze średnio długich – Grań Hrubego, a z najdłuższych – Główna Grań.


Czy kiedyś powtórzysz Główną Grań?

Miałem kiedyś taki zamiar. Gdy ją robiłem, miałem 36 lat. To jest według mnie najlepszy męski wiek na uprawianie konkurencji wytrzymałościowych. Kiedyś miałem zamiar powtórzyć ją jako starzec, ale jednak nie zrobię tego. Jeśli porzednio zrobiłem ją w ciągu 3,5 dnia, to teraz musiałbym ją robić
w 7 albo 8 dni i wyczerpać się kompletnie. Poszedłbym na taki numer pod jednym jedynym warunkiem: że byłoby to w stylu Krzysia Żurka, który miał ekipę wspierającą. Przychodziła na umówione miejsca ze wszystkim, a on miał 4 kg w plecaku.


To może w ten sposób?

Tylko trzeba by mieć niewolników do przynoszenia rzeczy. To są mrzonki. Poza tym – takich rzeczy dwa razy się nie robi.


W książce „Góral z Wilna. Tatry, seks, polityka” we fragmencie, w którym opisujesz szczegółowo twoje przejście Wielkiej Grani, jest dygresja na temat istoty taternictwa. Przytaczasz tam słowa Bonattiego: „walka, przygoda, romantyzm, ucieczka, sport. W różnych okresach życia, u różnych ludzi, dominują różne elementy”. Jak to jest u ciebie, i czy to się zmieniało na różnych etapach życia? Jak jest teraz?

Teraz z całą pewnością, w związku z tym, że piszę przewodniki po Tatrach, poznaję Tatry przy pomocy taternictwa. Nie może prawdziwie znać Tatr ktoś, kto się nie wspina i to intensywnie. Szlaki to nie jest żadna znajomość. Więc całe taternictwo jest dla mnie w tej chwili tym, czy dla jakiegoś majstra śrubokręt. Majstrowi śrubokręt jest potrzebny, żeby wkręcić śrubę, a Cywińskiemu taternictwo jest potrzebne, żeby dawać sobie radę przy badaniu szczegółowym Tatr.


A jak było dawniej? Jakie były twoje motywy?

Teraz aż się prosi o zacytowanie przytoczonej przeze mnie w tym samym akapicie definicji Heinricha Harrera: „tłumaczenie niewytłumaczalnego!” Na pewno na początku było zauroczenie pięknem i dzikością Tatr. Grało podstawową rolę w samym zbliżeniu się do nich. Ale można się zbliżyć i być tylko turystą. A ja pierwszy raz byłem w Tatrach jako taternik, zupełnie nietypowo i w sposób niezalecany przez dawniejszych ekspertów, którzy twierdzili, że koniecznie należy przechodzić taką „drabinkę” – najpierw pójść na Kopieniec, potem na Halę Gąsienicową, potem 2 sezony spędzać na szlakach turystycznych coraz trudniejszych, a dopiero potem można się wspinać. Ja wszystko przewróciłem do góry nogami. Zacząłem się wspinać, a potem dopiero chodziłem turystycznie. Ucieczka? Wśród moich motywów jest i ucieczka! Bo ja nienawidzę Zakopanego w sezonie. I w tym sensie na pewno była i jest to ucieczka od tłumów. A teraz przecież nawet od Morskiego Oka trzeba uciekać. Dla mnie działanie w Grani Hrubego czy masywie Ganku, który teraz opisuję, to ucieczka od cywilizacji, od tłuszczy, której wprost nie znoszę! W Białej Wodzie, czy Hlińskiej – jeśli już kogoś spotykam – to są to bliscy mi duchowo ludzie.


A romantyzm?

Romantyzm? To chyba coś związanego przede wszystkim z podziwem dla piękna przyrody. I to nieustannie istnieje wśród moich motywów. Nie mam żadnych wątpliwości, że ze wszystkich miejsc w Tatrach najwięcej czasu spędziłem w Morskim Oku: 3000 dni, czyli sumarycznie 4 pełne lata. Ale za każdym razem, kiedy tam docieram, gdy wychodzę z lasu powyżej Włosienicy, gdy pojawiają się widoki, otwieram gębę ze zdziwienia. To zjawisko można by nazwać romantyzmem – że nie podziwiam pubu na Krupówkach ani rajdów samochodowych, ale dzikość i piękno Tatr. Natomiast, gdy Rysiek Szafirski, ówczesny mój mistrz, „napuszczał” mnie na zrobienie Wielkiej Grani i wycenił mój czas na 10 dni, a ja starałem się mu udowodnić, że to guzik prawda, i udało mi się – to z kolei niewątpliwie jest element sportu. Wszystkiego jest więc po trochu z definicji Bonattiego.


Czy w trakcie swojej pracy nad przewodnikami napotykasz zagadki nierozwiązywalne – w takim sensie, że
u swoich poprzedników albo nie spotykasz odpowiedzi, albo spotykasz odpowiedzi, które są niezgodne z rzeczywistością?

Mnóstwo! Dla mnie przez długie lata Paryski był mistrzem. W pewnym sensie jest i teraz. Ale im lepiej znam osobiście Tatry, tym bardziej dostrzegam, jaka ilość błędów jest u Paryskiego. Błędów wynikających z tego, że Mistrz WHP – tak zawsze o nim mówię – koniecznie chciał te swoje 24 tomy przewodników po Tatrach Wysokich skończyć i w związku z tym w znacznym stopniu zawierzał – bez badań własnych – różnym opowieściom, opisom, mniej czy bardziej dokładnym, nie starając się sprawdzić tego osobiście. Ja takich rzeczy w ogóle nie robię. Mnie się nie spieszy! Napisałem 15 tomów, teraz produkuję 16, jak zrobię 17 – to nic nie szkodzi! Przy dzisiejszej dokładności opisywania Tatr jeden człowiek nie ma cienia szansy na opisanie całych Tatr tak precyzyjnie, jak ja to robię. Nikt nie zacznie pisać przewodników, mając 20 lat, bo wtedy nie ma pojęcia, co będzie w życiu robił. Trzeba być mocno dojrzałym człowiekiem, ukierunkowanym, żeby realizować taki pomysł. W związku z tym nie ma mowy o opisaniu całości. Ja na pewno całych Tatr nie opiszę, w związku z tym te fragmenty, które wybrałem, opisuję skrajnie pedantycznie. Znajduję błędy u poprzedników. Często są to błędy powielane. Powielanie błędów polega na tym, że najwięksi znawcy – Paryski, Puškaš czy Ivan Bohuš – często przepisywali jeden od drugiego, wierząc bezkrytycznie, że opis poprzednika jest bez „pudła”. Prawdopodobnie byli w danym miejscu jako młodzi taternicy, potem zaufali swojej pamięci, i gdy już siedli do pisania, to nie poszli sprawdzić jeszcze raz. Błędy pamięci! Gdy ja czegoś nie pamiętam – przecież chodziłem po Tatrach intensywnie, gdy ani mi było w głowie pisanie przewodników – to idę tam raz jeszcze i sprawdzam. Nie ma lipy.

Każde miejsce sprawdzasz?

Każde, nie każde, ale bardzo dużo. Mam tylko taki problem, który często poruszam w rozmowach z kolegami – Robertem Janikiem, Jasiem Krzysiem, czy nieżyjącym już Andrzejem Skłodowskim. Czy – jeśli chodzi o stosunek do poprzedników – powinienem pisać swoje, nie zwracając uwagi, że u poprzedników jest zły opis, czy też opisując dany fragment – zaznaczyć, że u Puškaša czy u Paryskiego jest to błędnie opisane. Wszyscy moi znający się na Tatrach przyjaciele mówią: trzeba – w możliwie delikatnej formie – wytykać. Żeby była jasność, iż to nie są moje wymysły albo ignoranckie oglądanie gór przez lornetkę ze schroniska, tylko że ja wiem, co tam jest, i wiem, na czym błąd poprzedników polegał. I od czasu do czasu wbijam im szpilę. Staram się to robić możliwie delikatnie, jeśli chodzi o sam styl pisania, ale jednak to robię.


Czy masz jakiś problem, którego do tej pory nie możesz rozwiązać?

Cały czas są takie! Gdy przystępuję do produkowania kolejnego tomu, to nigdy nie startuję z poziomu 0. Każdy fragment Tatr wśród tych, które zaczynam opisywać, znam jako tako, albo – mówiąc bezczelnie – znam lepiej niż ktokolwiek. Ale gdy przystępuję do działania, to zauważam, że jeszcze – pomijając nieliczne na szczęście błędy poprzedników – dostrzegam mnóstwo formacji skalnych, o których nikt nic nie wspominał albo nikt w ogóle nie przechodził. Taternicy działają w sposób skanalizowany. Tłumy na Czołówce, tłumy na Mnichu, a wystarczy pójść do sąsiedniej doliny, tam są puste ściany. Wygodniccy są bardzo taternicy. I dlatego wiele fragmentów, w porównaniu z Morskim Okiem czy Halą Gąsienicową, to są dziewicze pustki. Często czuję się, jakbym odkrywał Amerykę! Drobiazg z przedwczoraj (18.07 – przyp. red), byłem w masywie Gankowej Strażnicy i Pustych Turni. Między Gankową Strażnicą a Pustymi Turniami jest 10 zębów skalnych. Za 10 czy 50 lat ktoś te zęby skalne ponazywa i porobi nowe drogi! Przestrzeni dla nowych dróg taternickich jest od cholery i ciut, ciut.

Znam kilka osób, które nie są zainteresowane górami jako takimi, ale fascynują je jedynie Tatry.
Tak, sporo jest takich tatromaniaków.


Czy ty do nich należysz i jak wytłumaczysz ten fenomen – gdy ktoś nie chce wspinać się w Dolomitach, Alpach, Andach, a tylko i wyłącznie w Tatrach?

Ja jestem klasycznym przykładem. Byłem kilka razy w innych górach, ale nie wychodziło mi to. Nie znałem wtedy siebie do końca. Są pewne tajemnicze decyzje racjonalnie trudne do wytłumaczenia, nawet co do swoich czynów. Czy mnie inne góry z jakichś tam powodów nie odpowiadały, i dlatego niczego nie tylko wartościowego, ale i ciekawego nie zrobiłem – zaledwie kilka dróg; czy było odwrotnie: nie wyszło mi czysto sportowo i w związku z tym, by usprawiedliwić przed sobą samym ten fakt, stwierdziłem: bo mi się nie podobało!? Co było pierwsze – sam nie potrafię na to odpowiedzieć. Ale to fakt – nigdzie mi się nie podobało tak, jak w Tatrach. To jest syndrom pierwszej miłości. Pierwsze góry, które zobaczyłem, to były Tatry. Wszystko inne w porównaniu z nimi niknie.


To jest twoja nie tylko pierwsza, ale i jedyna górska miłość, bo z pierwszą miłością to jest tak, że..
… zazwyczaj mija?
 
U mnie jakoś nie przeminęła. Poza tym – co tu dużo kryć – chodziło o sprawy zawodowe. Ambicje niewątpliwie też tu są niesłychanie ważne. Względnie szybko awansowałem w tytułach przewodnickich – po trzech latach zrobiłem pierwszą klasę i już wówczas uważano, że jestem niezłym znawcą. Wtedy sobie – w znacznym stopniu z powodów ambicjonalnych – postanowiłem: chcę być najlepszym znawcą Tatr. I w tym kierunku działałem. Żeby było jasne – jestem znawcą topografii Tatr, a nie taternikiem ani też znawcą całych Tatr – przyrody czy historii. To są dla mnie drugorzędne sprawy. Byłem taternikiem dobrym, ale w żadnym wypadku czołowym ani najlepszym. Niektórzy ignoranci to plączą. Jestem wyłącznie wąskim specjalistą od topografii Tatr,  nie zaś jakimś oszalałym zarozumialcem, który powie, że najlepiej zna Tatry w całym tego słowa znaczeniu.


Jakie jest twoje podejście do młodych ludzi, którzy czytają twoje przewodniki, przewodniki twoich poprzedników, chodzą samodzielnie po Tatrach, fascynują się nimi? Czy ich lubisz, czy patrzysz na nich z niechęcią?

Patrzę na nich z wielką sympatią i nadzieją, to jest absolutnie szczere! Gdy pojawiają się w moim otoczeniu ludzie, których szybko rozszyfrowuję jako bliskie mi dusze, to darzę ich wyłącznie sympatią. Klasycznym dla mnie przykładem sprzed już wielu lat – Boże Święty, ale czas płynie – jest Edi Lichota. Poznałem go i zobaczyłem, jaki był napalony, jak chciał poznawać każdy szczegół, jak łaził na żywca, tu, tu i tu. Ktoś by powiedział, że mogę czuć zazdrość. Wręcz przeciwnie – czuję wielką radość. Zostaliśmy przyjaciółmi z Edim, czy – jeśli chodzi o najmłodsze pokolenie – z Grzesiem Foltą. Grzesiu to jest młodzian jeszcze, ale jest nieprawdopodobnie zaangażowany w poznawanie Tatr. Darzę takich ludzi tylko i wyłącznie olbrzymią sympatią.


Czy pracę nad przewodnikami masz rozpisaną na jakiś konkretny czas?

Nic nie planuję. Nie jestem Matuzalemem, który – jak wiadomo z Biblii – żył sporo ponad 800 lat i był jeszcze w dobrej formie. Mam tylko jasno zaplanowane działanie w tym sensie, że nie mam zamiaru pisać „z fotela”. A Paryski może połowę swoich dzieł tak pisał, tylko i wyłącznie opierając się na dostarczanych mu materiałach, opisach i analizie zdjęć. Ja nie chcę tego robić. Nie gwarantuję, że może jutro mnie jakieś kalectwo nie ogarnie i zmienię opinię; będę siedział w fotelu i tylko „dawajcie mi tu opisy, ja będę to wklepywał w komputer”. W tej chwili mam jednak zdecydowanie założenie, że jeśli przestanę być w pełni sprawny, a na razie – tfu, tfu – jestem, to przestanę pisać. Na razie sporo łażę – w ciągu ostatnich 2 tygodni byłem 8 razy w masywie Ganku i za każdym razem to jest wyrypa. I na razie wytrzymuję fizycznie. Gdy nie będę mógł tej metody osobistego poznawania stosować, kończę imprezę.


I ostatnie pytanie: czy czasem chadzasz po Tatrach spacerkiem?

Bardzo słuszne pytanie. Spacerkiem – bez przesady, ale czasami myślę sobie, z jaką być może przyjemnością poszedłbym na jakąś wycieczkę w całym klasycznym tego słowa znaczeniu, bez żadnego celu, bez robienia zdjęć, zapamiętywania szczegółów, ani ścigania się z własnym zegarkiem! Tylko tak przejść się po prostu. Czasem mnie to kusi, ale nigdy mi się to nie zdarza. Za każdym razem mam konkretny cel. Gdy piszę przewodniki, to albo robię typowe przebieżki kondycyjne i wtedy nic mnie innego nie interesuje, tylko żeby jak najszybciej dojść na Halę albo na Szpiglasową Przełęcz z Morskiego Oka, i tyle. Trening kondycyjny. Albo robię badawcze wypady związane z pisaniem przewodników. Innego rodzaju wycieczek nie praktykuję!

Dziękuję za rozmowę.


Rozmawiała: Agnieszka Szymaszek
Źródło: "Góry" 2009

fot. Agnieszka Szymaszek
Ekipa Morskiego Oka: Joanna Matyas, Janusz Nowacki, Maryna Łapińska i rezydent Cywiński. Wrzesień 1999 rok  / fot. arch. Władysław Cywińsk
rezes Zarządu TOPR Józef Janczy, Arno Puškáš i Władysław Cywiński. 12.09. 1999 rok. / fot. Jan Słupski
Praca nad przewodnikiem po masywie Ganku. Każdy szczegół trzeba obfotografować... / fot. Agnieszka Szymaszek
Władysław Cywiński objaśnia uczestnikom kursu przewodnickiego otoczenie Doliny Pięciu Stawów Polskich, czerwiec 2009 r.  / fot. Agnieszka Szymaszek
... a spostrzeżenia nagrać na dyktafon  / fot. Agnieszka Szymaszek
Każdy szczegół muszę sprawdzić osobiście, nie ma lipy - mówi Władysław Cywiński. Na zdjęciu: osobiście sprawdza głębokość Rumanowego Stawu :-) / fot. Agnieszka Szymaszek
 


Copyright nieznanetatry.pl &GÓRY