logo

Trzykrotnie na Grani Tatr Wysokich



– Słuchaj Paszczu – zagadnął mnie kiedyś młodszy kolega – te czwórki na grani Tatr to trudne są?
– A co, wybierasz się?
– Ano, szukam jakiejś łatwej, ale długiej drogi. Uśmiechnąłem się mimowolnie.

– Te czwórki są tam najłatwiejsze ze wszystkiego – odpowiedziałem – no, może za wyjątkiem zer i jedynek. Nie bój się czwórek, one nie będą problemem.
– No to co jest problemem? Dwójki?
– Dokładnie tak – upewniłem go – te niby łatwe dwójki i trójki. Ale dodaj do tego ekspozycję, zawikłany przebieg, a przede wszystkim – kruszyznę. I będziesz miał Grań Tatr.
Ale nie powiedziałem przecież wszystkiego. Trzeba by jeszcze dorzucić zmęczenie, deszcz, zimno, spory plecak i oczywiście jeszcze to, że poruszamy się z lotną asekuracją albo w ogóle bez niej. Dopiero to wszystko razem daje niejakie wyobrażenie o tym, czego należy oczekiwać na najdłuższej spośród tatrzańskich dróg.
Trzykrotnie atakowaliśmy wraz z Alicją grań Słowackich Tatr Wysokich (tylko słowackich, bo polskich robiłem wielokrotnie). Tak naprawdę była to idée-fixe Alicji, ale potem stała się już sprawą honoru. Za pierwszym razem, w roku 1993, wzięliśmy namiot, śpiwory i pełny niemal szpej. Biwakowaliśmy od razu na początku, na Kołowej Przełęczy. W nocy przyszła burza i zerwała nam tropik. Potem było trochę lepiej, trzeci biwak wypadł pod Ostrym Szczytem, wreszcie znowu lunęło, a na koniec sypnęło śniegiem. Piątego dnia poddaliśmy się i przez Rohatkę wróciliśmy do domu.


Biwak na Strzeleckich Polach, gdzie dwa dni przeczekiwaliśmy niepogodę



Drugi atak, w 1995 roku, zaczął się o północy na Łysej – podchodząc Jaworową, wskutek trwających tam robót leśnych (poryte ciężkim sprzętem szlaki, całe rozlewiska błota w miejscu polan), zgubiliśmy szlak. Doszliśmy gdzieś w ciemnościach i zalegliśmy na noc. Rano obudził nas nieznany widok, panorama dzika, lecz niezwykle piękna. Była to mityczna dolina Czarna Jaworowa. Nie było wyboru – weszliśmy na grań nieco niesportowo, z pominięciem całego sporego fragmentu Jagnięcego i Koprowego. Mieliśmy tym razem znacznie mniej sprzętu, płachty zamiast namiotu, tylko jedną żyłę liny podwójnej, sześć ekspresów i komplet kostek. Szło nam przez to dużo szybciej. Drugi biwak wypadł tym razem na Lodowej, trzeci pod Małym Jaworowym, czwarty na Polskim Grzebieniu i… – i tam skończyła się psycha. Wyszło na to, że niełatwo wspinać się z żoną, kiedy 90% wspinaczki odbywa się bez asekuracji. Nieustanne napięcie psychiczne, ciągły lęk o drugą osobę, szczególnie w zejściach, stwarza trudne do wytrzymania obciążenie. Miałem dosyć. Zaczęło padać i wykorzystałem to jako pretekst do odwrotu, pomimo oporu Alicji.
Trzeci nasz atak nastąpił w roku 2000 i był najlepiej przemyślany, również pod względem kwestii psychicznych. Tym razem ruszyliśmy w trójkę – Alicja, ja i doktor Zioło (Michał Ziółkowski). Dzięki temu Alicja, która szła w środku, miała zawsze asekurację – albo z góry, albo z dołu. Czułem się dzięki temu dużo spokojniej, była to ogromna różnica. Sprzętu zabraliśmy jeszcze mniej, jeszcze lżejszego, jedzenia absolutne minimum. Byliśmy dobrze przygotowani kondycyjnie i efekty nie kazały na siebie czekać. O 6 rano wystartowaliśmy z Łysej, o 22 byliśmy na Lodowej Przełęczy. Następnego dnia rano spotkaliśmy ciężkozbrojną ekipę, asekurującą się na sztywno na grani Zbójnickich Turni.
– Czwarty dzień idziemy – westchnął jeden kolega.
– Hm – powiedziałem i poszliśmy dalej, zostawiając chłopców z ich wielgachnymi worami na niechybną porażkę. Cóż, każdy się uczy na błędach.

Powiem wprost – uważam Grań Tatr Wysokich za najpiękniejszą tatrzańską drogę, a nawet, co mi tam, za jedną z najpiękniejszych dróg na świecie. Powiedziałem to Lindsayowi Griffinowi i wcale się nie śmiał… I nikt z tych, co ją zrobili też się nie zaśmieje, wielu ich zresztą nie ma, a ich nazwiska mówią najczęściej same za siebie. Grań to droga absolutnie niezwykła, w zupełnym oderwaniu od ludzi i zgiełku, w niesamowitej łączności z przyrodą i tym wszystkim, co tak łatwo na co dzień przemyka koło nas – to jest przeżycie niezapomniane. Pamiętam, jak schodziliśmy z Rysów i uderzył nas zapach tych łopianów, trawy, zieleni – tak ostry, że aż kręciło w nosie. Żal było wracać, naprawdę. Mieliśmy jakąś ulotną świadomość, że zostawiamy za sobą coś bardzo szczególnego. Do dziś żadna chyba droga nie wywołuje we mnie tylu wspomnień i muszę przyznać, że mam dla niej ogromny szacunek. Zaś przed tymi, co zrobili całość – po prostu zdejmuję czapkę.

Ale dość bajdurzenia, teraz o konkretach.
Grań to droga trudna, nie wolno jej sądzić po numerkach. Jeśli ktoś chce ją zrobić, to musi pewnie poruszać się po kruchych dwójkach czy trójkach, i to tak „pewnie-pewnie”; nie może być mowy o żadnych obsuwach. Jeżeli ktoś zacznie się asekurować na sztywno, to „cześć pieśni” – nie każdemu trafia się, jak Dudusiowi, 7 dni lampy – na to nie można liczyć. Trzeba wkalkulować okresy złej pogody i trzeba się spieszyć, nie wolno jednak popełniać błędów. I nade wszystko trzeba iść na lekko: płachta, śpiwór i nie za dużo jedzenia. Myśmy na przykład stosowali „wypatentowany” podczas Eco-Challenge zestaw zupy w proszku mieszanej dla zagęszczenia z puree ziemniaczanym, co jest lepsze w smaku niż liofy i nie daje gazów. Sprzętu mało albo bardzo mało – wystarczy pojedyncza żyła liny połówkowej 50 m (najdłuższy zjazd to 25 m), 5-6 ekspresów, kilka pętli (6 szt.), małe kostki i kilka friendów do nr 2. Można zabrać kilka pętli zapasowych, aby wzmocnić zjazdy.
Problemem na grani jest woda, dlatego najlepiej atakować w czerwcu, gdy jest jeszcze sporo śniegu. Czasem sprawia to problemy – myśmy np. musieli zejść przed Żelaznymi Wrotami aż na dno Kotliny Żelaznej, bo nie byliśmy w stanie zejść ze Wschodnich Żelaznych Wrót – wytopiony lód w żlebie nie dał nam szans. Jednak per saldo bardzo się to opłaca, potrzeba tylko nieco więcej gazu, choć często z tych płatów śniegu wypływają małe strumyczki. Zbieraliśmy je wtedy do 4-litrowego liquid-packa i na wieczór, a zwłaszcza rano, była woda jak znalazł.
Wspinaliśmy się w lekkich butach typu „adidasy wspinaczkowe”. Stricte wspinaczkowych butów nie mieliśmy – zresztą nie są potrzebne. Używaliśmy graniówki Kunickiego i Szczerby (dołączonej do tego numeru GÓR), natomiast za opis służył nam wyciąg z przewodnika Kurczaba-Wołoszyńskiego „Najpiękniejsze szczyty tatrzańskie” (jest wystarczająco dobry).
Pierwszy biwak mieliśmy na Lodowej Przełęczy, drugi na Graniastej Turni, trzeci na Litworowej Przełęczy (po burzy i wycofie z Grani Gerlacha), czwarty w Rumanowej Dolince. Na Rysach byliśmy ok. godziny 13 piątego dnia. Ominęliśmy Mały Lodowy, Krzesany Róg, Małą Wysoką oraz Żelazne Wrota i Żłobisty. Na koniec, w totalnej burzy, minęliśmy jeszcze Ciężki Szczyt. Trochę słabo, ale lepiej nie umieliśmy.
Grań ma wiele wariantów trudnościowych. My robiliśmy grań „czwórkową”, ale są też warianty dwójkowe i szóstkowe. Wersja czwórkowa pokonywana od Przełęczy pod Kopą jest chyba najbardziej klasyczna.
Pierwszy odcinek grani do Kołowego jest względnie łatwy, za wyjątkiem kruchego odcinka Modrej i Czerwonej Turni, dającego przedsmak tego, co czeka nas dalej. Potem Papirusowe Turnie, Czarny Szczyt i Baranie Rogi – bez problemu. Dalej zaczyna się Barania Grań, która ze względu na kruszyznę i ekspozycję stanowi pierwszą poważną przeszkodę. Po osiągnięciu Śnieżnego Szczytu teren staje się łatwiejszy  – dopiero zejście z Lodowej Kopy na Lodową Przełęcz, z powodu luźnych piargów i zawikłania, może sprawić problemy. Kolejny odcinek przez Mały Lodowy i Ostre jest wręcz przyjemny – zejście z Małego Ostrego, choć eksponowane, jest jednak dość proste, bo lite. Niestety potem zejście z Jaworowego do żlebu Rozdziele to prawdziwa przygoda – trzeba uważnie czytać opis, wszystko się zgadza, ale jeśli coś „poknocić”, to można wylądować w pionowych, kruchych trawach i wtedy wesoło nie będzie. Dalej piękna Rówienkowa Turnia i Krzesany Róg, który pomimo urody ominęliśmy.
Grzbiet Graniastej Turni i Świstowego to zasłużony relaks, ale po nim zaczyna się odcinek od Świstowego do Rohatki – długi, kruchy i bardzo nieprzyjemny. Następnie do Litworowej Przełęczy łatwiej, po czym długą, ale zupełnie fajną granią na Zadni Gerlach. Zejście stąd bardzo kruche i zawikłane, za to można zobaczyć resztki słynnego samolotu. Krótki oddech na Batyżowieckim, po którym następuje (w mojej opinii) jeden z najgorszych odcinków: do Kaczego Szczytu – potwornie kruchy, bez asekuracji, za to stosunkowo stromy. Dalej grań do Żłobistego – nietrudna, ale z licznymi obejściami, dużo schodzenia. Ze Żłobistego, Żłobistą Ławką na Rumanowy, skąd łatwo na Ganek. Trawers Ganków znowu kruchy, zejście na Galerię w sumie łatwe, ale skomplikowane, po czym prosty trawers na Wschodnią Batyżowiecką Przełęcz. Dalej grań Batyżowieckich Czub – piękna, ale trudniejsza niż w opisie, na koniec ze zjazdem. Po zjeździe odcinek czwórki na Wysoką i dalej łatwo na wierzchołek. Stąd na Rysy przeszliśmy przez przełęcz pod Kogutkiem, omijając Ciężki Szczyt. Tu, jako się rzekło, nasze przejście się zakończyło, ale jeśli ktoś podąża dalej, to do Żabiego Konia jest nietrudno, tylko trawers na Żabią Przełęcz wymaga uwagi, potem piękny Żabi Koń i dalej szmat drogi, ale cały czas łatwo, aż do szczytu Pośredniego Mięgusza. Dopiero przed Mięguszowiecką Przełęczą Wyżnią trzeba wykonać zjazd, a potem wspiąć się krótkim kawałkiem czwórki w Kominie Martina. Zejście z MSWU jest dość proste, za to z Cubryny naprawdę można się zdziwić – jakieś straszne hektary terenu, nie wiadomo skąd, trzeba tam pokonywać. Za to od Zadniego Mnicha to już tylko wesoły spacer, z ewentualnością wyjęcia liny na krótkim odcinku dwójki na Walentkowym Wierchu. A dalej to już tylko ścieżka, szlak i do domu, i to na pewno z poczuciem dobrze wykonanej roboty!


Artur Paszczak

Rok 1993. We mgle na szczycie Lodowego, trzeci dzień. W roku 2000 byliśmy w tym miejscu po 12 godzinach. / fot. arch. Artur Paszczak
Biwak na Strzeleckich Polach, gdzie dwa dni przeczekiwaliśmy niepogodę
 Rok 1993. Alicja na charakterystycznym uskoku na Białej Ławce, przed Ostrym Szczytem. W tle ? Mały Lodowy. / fot. Artur Paszczak
 


Copyright nieznanetatry.pl &GÓRY