logo

Władysław Cywiński o Mistrzu Paryskim


Co Władysław Cywiński - autor szczegółowych przewodników po Tatrach, znawca topografii Tatr, sądzi o swoim Mistrzu i poprzedniku - Witoldzie Henryku Paryskim? Zapraszamy do lektury tekstu autorstwa Władysława Cywińskiego na temat osoby Mistrza WHP i nie tylko. Wygłosił go podczas sympozjum "Dorobek Paryskich" zorganizowanego w Zakopanem przez Tatrzański Park Narodowy.


Władysła Cywiński o Mistrzu Paryskim podczas sympozjum TPN. Fot. www.nieznanetatry.pl

Moja znajomość z Witoldem Henrykiem Paryskim I jego dziełem to 3 wyraźnie odrębne etapy: fascynacja, współpraca i krytyczna analiza. Nie ma między nimi ostrych linii granicznych i „etapy” częściowo się pokrywają, zachodzą na siebie. Współpraca pogłębia fascynację, a krytyczna analiza w żadnej mierze tej fascynacji nie zmniejsza. Czyni bóstwo bardziej ludzkim.
 
1/Pierwszy eta to FASCYNACJA. Oczywiście jednostronna, odległa, „na dystans”. Prawie tak silna, jak fascynacja o rok wcześniejsza, której uległem po pierwszym „Tatr ujrzeniu” (1958. Też na dystans, z Babiej Góry. Skutkiem „ujrzenia”: wejście w taternictwo. Wejście nietypowe, w sposób niezalecany przez „starych mistrzów”. Ci polecali bowiem kilkuletnią ewolucję od szlaków łatwych, przez trudne i dopiero ewentualne wspinanie. Ja od razu wziąłem byka za rogi i pierwsze swoje tatrzańskie kroki skierowałem do Betlejemki, na kurs dla „nowiczków” (1959). Dwa stosowne tomiki WHP znałem wtedy (prawie) na pamięć. Pamiętam potem utęsknienie, z jakim czekałem na każdy kolejny tom moich wczesno – taternickich latach. Wreszcie jest! Przez następne tygodnie była to jedyna (oprócz politechnicznego przymusu) moja lektura. Leżąc w łóżku w gdańskim akademiku głęboko przeżywałem wszystkie ścieżki, drogi i groźnie brzmiące warianty. Zmieniały się łóżka i fotele, a nawyk pozostał aż do 24. tomu. W roku 1967 sprowadziłem się do Zakopanego i szczęśliwie trafiłem na kurs przewodnicki: łapię Boga za nogi, poznaję głównego belfra, samego WHP. Niezależnie od różnicy wieku i wiedzy dwie bratnie dusze szybko rozpoznały się w tłumie. Po trzech latach dzięki Mistrzowi mam już pierwszą klasę – Mistrz tolerował moją podhalańską ignorancję i hołubił zarysowującą się topomanię. Mam „od zawsze”, domu, z natury, intuicyjnie ochroniarski pogląd na przyrodę: mazurskich lasów i jezior, Polski, Ziemi, Tatr…Dzięki znajomości z Mistrzem i Mistrzynią pogląd ten zaostrzyłem i „podparłem” wiedzą. Chronić Tatry przed nieustającymi zakusami technokratów to równie nieustająca konieczność i wręcz moralny obowiązek. Pani Zofia dała w 1936 roku słowo, że nigdy nie wjedzie na Kasprowy kolejką. Słowa dotrzymała. Jestem jej naśladowcą (z jednym wyjątkiem): jazda w celach ratowniczych. Zdecydowanym ochroniarskim poglądom Mistrz dawał wyraz przy każdej okazji. Pisząc o kolejce na Łomnicę, o krzyżu na Giewoncie, o hotelu na Kalatówkach… I tu jestem głęboko przekonanym naśladowcą. Gdy Mistrz odszedł, napisałem w „Taterniku”: „Myślę, że przedstawiciele kierunku „wandalizm” odetchnęli 16 grudnia 2000 z ledwo skrywaną ulgą. Natomiast taternicy, ochroniarze, turyści, powinni postawić Mistrzowi pomnik ze złota. Choć nawet pomnik ze złota nie będzie trwalszy niż 24 tomy przewodnika i dwie encyklopedie tatrzańskie”.
 


Władysław Cywiński podczas zejścia z Rumanowego. Fot. www.nieznanetatry.pl

Podziwiałem Mistrza nie tylko za tatrzańską wiedzę: także za zdecydowany, ateistyczny, bliski mi światopogląd. Oczywiste, że sprawy te ujawniły się dopiero w późniejszej fazie znajomości. W zafascynowaniu Mistrzem nie byłem – początkujący wtedy taternik - odosobniony. Doświadczony taternik i praktykujący teatrolog, Ryszard Wiktor Schramm, pisał (T.2/1972): „…przewodnik Paryskiego uporządkował i pomnożył Tatry w sposób ostateczny… nowy przewodnik taternicki już nie powstanie. Sprawa będzie ostatecznie zakończona. Bo nie wydaje mi się, żeby ktoś podjął się dzieła… opracowania prawdziwego przewodnika monograficznego”.
 
W podobnym tonie pisał Jan Alfred Szczepański(przedmowa/WHP1): „Dziś w Tatrach dobiegł już swego kresu bujny, najbardziej w dziejach taternictwa porywający okres sportowego przebywania szlaków dziewiczych. Dziś Tatry są niemal całkowicie, do ostatnich zakątków i zakamarków, zdobyte i poznane”.
Te poglądy o wyczerpaniu się problemów żywo przypominających słynne, wcześniejsze o 50 lat zdanie Romana Kordysa: „Przyszłość taternictwa leży poza Tatrami”.  Tamże narzekał Jan Alfred Szczepański na „Brak wydawcy w Polsce burżuazyjnej”. To ów brak uniemożliwił autorowi tego zdania i Zdzisławowi Dąbrowskiemu wydanie przygotowanego przez nich przewodnika. Na materiałach tego zespołu oparł się koniec końców w znacznym stopniu Mistrz.
W „wiadomościach ogólnych” (tom1) WHP wymienia źródła, z których korzysta pisząc swe dzieło: materiały Janusza Chmielowskiego, Mieczysława Świerza, Jana Alfreda Szczepańskiego… ustne relacje taterników i przewodników…
Przypomina się słynne zdanie samego Izaaka Newtona: „Widziałem dalej dzięki temu, że stałem na barkach gigantów”. Wszak topografia Tatr jest dziedziną nauko-podobną. Uwzględniając wszelkie proporcje: zjawisko jest analogiczne. Uderzające skromnością jest pominięcie w spisie źródłem swej nazwiska. A przecież nie ma wątpliwości, że Mistrz wspinał się bardzo intensywnie. Szereg nowych dróg. Najtrudniejsze z nich to: Kozia Przełęcz Wyżnia od północy i Filar Leporowskiego (obie z Motyką i Sawickim), Świstowa Czuba N ścianą (z Birkenmajerem i Kupczykiem), Filar Orłowskiego na Żabim Niżnim (z Orłowskim i Cagasikiem). Warte wspomnienia przejście środkowej (dziewiczej wtedy) części prawego filara NE ściany Rumanowego: 3-dniwoa, zwycięska walka o życie. Nie brakuje w kolekcji i pierwszych przejść: łupem Mistrza padł II i III Apostoł. Ale najpopularniejsza (dziś wyłącznie w zimie) nowość WHP to dolna część „prawego filara Cubryny”. Przez taternictwo Mistrza „prześwitują” plany przewodnikowe: zainteresowanie szczegółami, drobiazgami, mania badawcza. Jeśli badać, to dogłębnie! Rekordy szczegółowości to otoczenie Hali Gąsienicowej, a zwłaszcza masyw Świnicy. Ewidentne szykowanie tomu 1!  Coś za coś: kompletne zaniedbanie Hrubego, Krywania, Soliska, całej „Krywańskiej Rosochy”. Także Młynarza, Świstowego, Jaworowych Turni… Wspinał się z elitą taternicką: ze Stanisławskim, Motyką, Sawickim, Kupczykiem, Birkenmajerem, Orłowskim… Z Zofią Radwańską – Paryską. Ważna partnerka życiowa i tatrzańska. Chodzą plotki nie do sprawdzenia, że przypisanie słynnej drogi Motyki na Małym Lodowym Pani Zofii i Tadeuszowi Pawłowskiemu to uboczny skutek tej miłości.
 
2/Etap2. Współpraca. Dzięki swojej – dość jednostronnej – wiedzy oraz tolerancji Mistrza szybko maszerowałem w górę w przewodnickiej hierarchii. Po trzech latach miałem pierwszą klasę, po kolejnych dwóch zostałem instruktorem przewodnictwa. Początkowo praktykuję pod okiem WHP, potem przez długie lata, aż do dziś, działam samodzielnie. Kolejny etap to komisja egzaminacyjna. Mistrz dokooptował mnie do niej i współpraca zaczyna się na dobre. Podział ról jest jasny: razem działamy przy zielonym stoliku, ja urządzam egzaminy zwane (przesadnie) „gonione”. To były czasy, gdy o składzie komisji decydował jej szef, żadne PTTK-i, żadne urzędy marszałkowskie, nowosądeccy czy krakowscy urzędnicy. Ta nowa biurokracja przyszła z wymarzonym kapitalizmem. Wtedy, w straszliwych czasach komuny, Mistrz uznał, że się nadaję. Wystarczające referencje! Gdy potem ja szefowałem w komisji stosowałem metody podpatrzone u Mistrza. Dokooptowałem więc tych, co się nadają: Józka Olszewskiego, Jacka Bilskiego, Piotrka Konopkę, Edka Lichotę…
Teraz jestem odległym kibicem spraw egzaminacyjno – przewodnickich. Docierają do mnie okruchy informacji o szarogęszeniu się w komisji kolejnych krakowskich urzędniczek. Ważniejszych niż Skawiński, Cywiński, Konopka czy Lichota. W czasach Paryskiego, czy mówiącego te słowa – rzecz nie do pomyślenia. Nie wszystko „za Systemu” było złe. Lewicujący WHP, lewicujący WC dbali o właściwą „kolejność dziobania”.
            Płynęły lata, Mistrz finiszował ze swoim wielkim dziełem: często pytał mnie o szczegóły, czasami „wysyłał” na badawcze wycieczki. Badałem Drogę dr Otto i Żleb Chmielowskiego, Czarny Grzbiet i Rzeżuchowe Turnie, Jagnięcą i Koperszadzką Grań… Słyszałem opinię: „Pomagier Paryskiego”. Odczuwałem to jako wielki zaszczyt. Równie dumny byłem ostro broniąc Mistrza, gdy napadł nań w „Tygodniku Powszechnym” (sierpień 1997) pewien wybitny literaturoznawca i mierny teatroznawca. Krytyk ów uznał Wielką Encyklopedię Tatrzańską za dzieło poronione, wytknął liczne nieistniejące błędy, natomiast nie zauważył rzeczywistych potknięć, nielicznych, jak na tak ogromne dzieło.
Po 25 tomie (1988) Mistrza męczył problem swego dalszego przewodnikowego pisarstwa. Czy pisać suplementy do poszczególnych tomów, czy jeden wielki suplement, czy zacząć wszystko od nowa, czy tylko wznawiać fotograficznie stare tomiki. O wszystkim dyskutowaliśmy. Stanęło na reprintach staroci i na wspólnym pisaniu nowego przewodnika włącznie z Tatrami Bielskimi i Zachodnimi. Planowany pierwszy tom: Giewont. Mistrzowi wpadła w oko moja monografia północnej ściany zamieszczona w „Taterniku”. Jasny był podział zadań: Mistrz historia, doliny, nazwy; ja ściany, drogi turystyczne i taternickie. Na moje szczęście zerwaliśmy współpracę: w wieku 50 lat czas najwyższy na samodzielność. U Freuda ten etap to „ojcobójstwo”. Formalnie poszło o stronę tytułową. Nie wiem i nigdy nie będę wiedział, czy Mistrz zrywając ze mną współpracę w dyskretny sposób nie powiedział: Jestem już za stary, nie dam rady, piszcie kolego sami. Mihaly Polanyi, węgierski chemik i filozof nauki, napisał: „Istniejący w nauce układ mistrzów i uczniów chroni ją przed skostnieniem. Uczeń przejmuje od swego mistrza surowe mierniki oceny, a zarazem nabiera zaufania do własnego sądu: uczy się, że istnieje możliwość i konieczność wyrażenia niezgody”. To naturalne przejście do kolejnej fazy.
 
3/Etap3. Od ok. 1996 roku do dziś. Wcześniejsza bezkrytyczna fascynacja ustępuje miejsca KRYTYCZNEJ ANALIZIE. Pozostał podziw lecz urozmaiciła go spora dawka krytycyzmu. Krytycyzmu możliwego oczywiście tylko w tych elementach, którymi od lat ja się pasjonuję. Trwa nieustający podziw dla wszechstronności i „ogólnogórskiej” wiedzy Mistrza. Rysuje się problem szerszy niż Tatry i ich topografia: czy w 20 i 21 wieku można być w jakiejkolwiek dziedzinie nauki (tatrologia jest swego rodzaju nauką, a topografia Tatr jest jej istotnym fragmentem) i super – dokładnym i super – wszechstronnym? To zresztą jest przejaw specjalizacji, koniecznej i wyraźnie widocznej w każdej dziedzinie wiedzy. Ta specjalizacja dotarła i do mojej dziedziny, topografii Tatr. Są eksperci od jaskiń, od Tatr Zachodnich. Od poszczególnych ścian (np. Zerwa czy Mnich)… Znane od lat powiedzonko: dawniej wiedziano „nic o wszystkim”, teraz „wszystko o niczym”.
 


Fot. Dolinka Kacza z Rumanowego. Fot. www.nieznanetatry.pl
 
WHP opierał się na poprzednikach i na kolekcjonowanych latami materiałach słownych i fotograficznych. Często nazbyt bezkrytycznie. Niektóre opisy są dosłowną kopią starszych dzieł (np. SW flanka Żłobistego).  Inne są jednym wielkim błędem (np. Wołowiec Mięguszowiecki). Daje o sobie znać pośpiech: Mistrz koniecznie chciał doprowadzić do końca swe wielkie dzieło! Bezkrytyczne zaufanie do dostarczycieli informacji, a opisy (nie zawsze trafne) sporządzane na podstawie fotografii. Bez „wizji lokalnej”. Najlepszy ze wszystkich tomików Paryskiego jest numer 13. Skomplikowany masyw Granatów Wielickich opisany jest niezwykle jasno i precyzyjnie. Można działać nocy i we mgle. Tu „wizja lokalna” odbywała się wielokrotnie.
We wstępie do swojego tomu 15 („Grań Baszt”) pisałem: „Byłem i jestem nieustającym admiratorem Mistrza Paryskiego. Budził mój podziw dla wiedzy, metody pracy, poglądów, wszechstronności. Podziw nie musi być jednak bezkrytyczny. Gdybym uznał, że moja znajomość Tatr jest gorsza niż Mistrza, a przewodniki WC gorsze niż WHP – natychmiast zaprzestałbym pisaniny. Czy naprawdę powinienem zostawić opisy Wołowca Mięguszowieckiego, Skrajnej Bednarzowej Turni, czy grani z Niżnej Spadowej Przełączki na Niżnie Rysy w wersji WHP? Powielić błędy i uznać, że można wejść nieco trudno z Wielickiego Ogrodu na Teriańską Przełęcz Wyżnią, Bulę pod Rysani przydzielić Niżnim Rysom, określić jako „nieco trudne” przejście grani pd. wierzchołka tego masywu, a za zdobywców Młynickiej Turni uznać <podhalańskich koziarzy>? Nie zauważyć czterech filarów Zadniej Baszty natomiast dostrzec (nieistniejący) zachodni żleb Diablej Przełęczy?
A problem Dolinki Szataniej? Ściany Baszt opadają przemiennie do Dol. Hińczowej (tom 5) lub Szataniej (tom 10). A wschodnie ograniczenie Dol. Hińczowej? Co jest zwornikiem dla Wołowca Mięguszowieckiego? Hińczowa Turnia (WET) czy zwornikowa turnia leżąca bezpośrednio na pd. – wsch. od wierzchołka Hińczowej Turni? A problem Doliny Piarżystej, której granice zmieniają się „z dzieła na dzieło” (WHP5, WET)? A wodospady z liczbami wziętymi z powietrza? A granie „zawieszone w próżni” (mapki w WET)? A „prawy” i „lewy” żleb Hińczowej Przełęczy? Brutalna grawitacja dostrzega tylko jeden żleb. A całkowicie błędnie opisana SW ściana Rumanowego? A pozorna bifurkacja Kaczego Żlebu? Upodobanie do długich wieloczłonowych nazw i podwójnych zdrobnień. Mała Rakuska Czubka i Mała Koprowa Turnia, gdy nie istnieje Wielka Rakuska Czubka ani Wielka Koprowa Turnia. Zmieniać czy nie zmieniać? Oto jest pytanie! Dla równowagi, w innych miejscach, Mistrz skraca rozwlekłe, stare nazwy. Klasycznym przykładem jest okolica Żelaznych Wrót. U Chmielowskiego był tam Północno – Zachodni Szczyt Żelaznych Wrót. W 10. tomie WHP jest Zachodni Szczyt Żelaznych Wrót. Wreszcie w WET pojawił się najrozsądniejszy Zachodni Żelazny Szczyt. Z kolei zupełnie niepojęte jest stosowanie w tym rejonie nazwy „Śnieżna Kopa” dla odcinka grani między Wschodnimi a Zachodnimi Żelaznymi Wrotami. Są tam trzy turnie i dwie przełęcze, ale rozdział ma tytuł jak wyżej. Nieco zakłócona hierarchia ważności obiektów: jest rozdział „Żółta Igła”, brak rozdziału „Kazalnica Mięguszowiecka”. Zupełne oderwanie się od żywego języka taterników: już po opublikowaniu przewodników i encyklopedii pojawiają się (na mapach konsultowanych przez WHP): Wołowa Drabina, Płaśń za Kazalnicą, Wyżnia Mnichowa Płaśń… To zmienione środowiskowe nazwy: Zachodu Grońskiego, Wyżnego Bandziocha i Mnichowego Tarasu.
 
Czy krytyka jest obrazą boską? Karl Popper (1981), za nim Ernst Mayr (1998) podają zasady obowiązujące w nauce:
1/ Nie istnieje żaden autorytet
2/ Wszyscy naukowcy, we wszystkich epokach, popełniają błędy. Należy więc szukać błędów, analizować je i uczyć się na nich, niewybaczalnym zaś grzechem jest ukrywanie błędów.
3/ Samokrytycyzm musi być uzupełniony krytycyzmem ze strony innych, którzy mogą wykryć i poprawić czyjeś błędy.
4/ Trzeba zawsze być świadomym własnych błędów, kiedy zwraca się uwagę na błędy innych
 
Gdyby nie krytykowanie „starych mistrzów” i uznanych autorytetów, tkwilibyśmy do dziś we wspólnocie pierwotnej. Może świat byłby lepszy?
 
 
Władysław Cywiński


Copyright nieznanetatry.pl &GÓRY