logo

Zakończenie sezonu ski-turowego inaczej...


Tak jak wszystko w naszym życiu, tatrzańska zima też się kiedyś kończy. W drugiej dekadzie maja śnieg znika, spłukiwany przez ciepłe deszcze, rozpuszczany przez wysokie słońce, niemniej duże temperatury i jeszcze cieplejsze wiatry halne. Narciarzy w Zakopanem ubywa z reguły już w kwietniu, a znikają zupełnie, jak mgła z Pyszniańskiej Przełęczy, po weekendzie majowym. Jednak narciarze ski-turowi nie oddają jeszcze pola. W dalszym ciągu z uporem maniaka szukają stromych żlebów i stoków. Z reguły przecież, w kilku miejscach w Tatrach, da się zjeżdżać na nartach do końca maja, a nawet w czerwcu. Tam właśnie organizowałem zakończenia swoich kolejnych sezonów ski-turowych. Każde z nich było inne i przyniosło różne, nieoczekiwane nawet scenariusze. Chcecie Państwo, to poczytajcie. Serdecznie zapraszam.




 
Podobno mężczyznę poznaje się po tym, nie jak zaczyna, lecz jak kończy. Tak mawiał pewien polityk z SLD. Może miał rację, chociaż – patrząc całkiem realnie – skończył trochę szaro i nijako. W formacji politycznej niemal zapomnianej i słabej. Ale do rzeczy. Dobry sezon ski-turowy należy zakończyć piękną wycieczką. Taką, która zapadnie w pamięci na całe lato. Niezapomnianą. Długą i piękną. Swoje sezony kończyłem różnie. Zawsze jednak starałem się zaplanować coś „ekstra”, tj. zakończyć sezon w dobrym stylu i doborowej kompanii przyjaciół. Kilka razy kończyłem go sam na sam z Górami: na Jarząbczym W. i Starorobociańskim W. Te zakończenia sezonu pamiętam najlepiej, przeżycia były bowiem najsilniejsze. Zjazdy ukończyłem w Dolinie Jarząbczej i Starorobociańskiej, potem było już tylko morze krokusów i upał. Pogoda zawsze była inna: czasami słońce jak marzenie (na Jarząbczym i Starorobociańskim), innym razem burza z piorunami (na Wołowcu), lub rzęsisty deszcz (też na Wołowcu). Spośród tych wielu zakończeń sezonu kilka utkwiło mi w pamięci. Oto o nich opowieść.
 
Lodowa znaczy Młodość i Przyjaźń...
Kiedyś – było to w latach 80-tych, gdy zaczynałem swoja przygodę z narciarstwem wysokogórskim – przeczytałem książkę Wandy Gentil-Tippenhauer i Stanisława Zielińskiego „W stronę Pysznej”, gdzie opisano wycieczkę narciarska na Lodową Przełęcz. Tam, z racji wysokości, w maju zawsze leży dużo śniegu. Ten tekst opublikowałem jako „hej przyjaciele” w Internecie.

Zamarzyło mi się klasyczne zakończenie sezonu właśnie tam. Na wysokości 2376 m. I w latach 1990, 1991 i 2001 udało się zebrać znajomych i zakończyć sezon na Lodowej. Tam zawsze w maju było jeszcze sporo śniegu. O czym chcę tutaj wspomnieć? O „wyrypach narciarskich” na Lodową, w gronie przyjaciół, o szybkich, rytmicznych skrętach w żlebie z przełęczy, potem o długich szusach w stronę Jaworowego Muru i pięknym zjeździe (ponad 14 km długości) Jaworową. Wreszcie o znoszeniu nart, z Gałajdówki do Jaworzyny. Myślami powracam także chętnie do dużej ilości piwa i borowiczki wypitych w bufecie „Pod Rogovą”, u dość dupiatej (w sensie rozmiarów), ale bardzo sympatycznej Słowaczki. To były zakończenia sezonów 1990 i 1991, pięknych sezonów. Warto pamiętać też o uśmiechach, toastach za nasze zdrowie a la żebyśmy sto razy pili wino razem. Było cudownie, jeśli w ogóle słowa potrafią oddać nastrój takiej chwili. Po prostu trudno znaleźć właściwe wyrazy, gdyż, tak mi się wydaje, były to jedne z najlepszych górskich i towarzyskich chwil mojego życia, w czasie których, przez krótki moment, czułem się jak mały Superman:). Wtedy, gdy rozmawialiśmy o górach, siedząc razem na małej, zielonej ławeczce w bufecie „Pod Rogovą” (już nie istnieje niestety) w Jaworzynie Spiskiej, jeszcze byliśmy tacy młodzi, beztroscy, naturalni, tacy pełni zapału. Nasze rozmowy, jak zwykle, kręciły się wokół Tatr. Wspominaliśmy chwile ze zjazdu z Lodowej. – Ależ fajnie kręciłaś „pupcią” Joasiu – powiedziałem z uśmiechem do Joasi. – A ty omal nie wpadłeś do potoku – odpaliła z podobnym uśmiechem Joasia, zgodnie z prawdą, gdyż przy przeskakiwaniu potoku o mały włos, a wpadłbym w lodowatą toń Potoku Jaworowego. Nie mieliśmy problemów, byliśmy wolni, niesforni, trochę szaleni, sielankowo chłonący każdą chwilę. Rozmowa się kleiła, było fajnie, że hej. Byliśmy wtedy bardzo młodzi, 23-24-letni studenci. Młodzi, trochę gniewni, z receptą, jak się nam wydawało, na wiecznie szczęśliwe życie. Wydawało nam się, że zawojujemy świat, że ta pozytywna, mocna energia, którą czerpaliśmy pełnymi garściami z tych wspaniałych gór, z nart, ze spotkań z przyjaciółmi, da nam niezłomną siłę do zmagania się z losem. I dała. Życie próbowało nas trochę zgasić swoją szarzyzną i codziennością, trochę nam dokopać różnymi zdarzeniami, ale jednak nie dało rady. Chociaż lat przybyło, patrzę z perspektywy całej naszej grupy, a zwłaszcza swojej, to wciąż dzięki Tatrom czujemy się młodzi. Szkoda tylko, że powoli, ale systematycznie, sprawność fizyczna się jednak kończy. Nie mogę tego zaakceptować i nie akceptuję. Coraz częstsze kontuzje, coraz częściej boli.
 
Chociaż włosów ubyło (zwłaszcza mnie:) i nie powieje mi już wiatr we włosach, lecz po łysinie, (ale żal:). Trochę się „zużywamy” w Górach, łapiemy kontuzje, ale wciąż jesteśmy. Zanim zejdziemy z tego świata, myślę, że jeszcze mocno pożyjemy (czytaj: pojeździmy na nartach) w Jaworowej, Kaczej, Chochołowskiej, Żarskiej i innych ulubionych miejscach. To dzięki górskim wyzwaniom i górskiej, prawdziwej miłości do Tatr, która powstała właśnie wtedy, mocno narodziła się w nas trudna do określenia siła wewnętrzna, dzięki której wciąż czujemy, że żyjemy. Dlatego wśród wielu odpowiedzi na arcyważne z punktu człowieka nart, za jakiego się mam, pytanie: - dlaczego chodzisz po górach?, to jedna z najważniejszych, powiedziałbym nawet fundamentalnych dla mnie odpowiedzi brzmi: by czerpać dobrą energię z Tatr (z czystego estetycznie ich piękna, które nieraz chłoniemy w nich będąc, ładując jak to się teraz mówi akumulatory), a także z radości robienia czegoś wspólnie z ludźmi, których naprawdę kochamy. Ludzi, którzy są otwarci, mają pozytywne myślenie, są bez kompleksów, odważni i im warto i trzeba poświęcić swój czas. To moi przyjaciele.
 

 
Wspominam szczuplutką Asię Michałowską, z jej wiecznie filuternym uśmiechem, która mimo źle nastawionych wiązań (ach, te beztroskie kobiety:) zjechała z Baraniej, Lodowej i Czerwonej Ławki:) super dziewczyna. Ostatnio znowu razem chodzimy w góry:) Marka Sawkę, tego „Mara”, który przyszedł przez całą Dolinę Jaworową, by spotkać się z nami w Teryho chacie i byłem z nim w górach Kaukazu. Teresę i Marka, którzy odbyli ze mną dziesiątki wycieczek ski-turowych, w tym tę pierwszą, do Żlebu Mokrzyniec w 1985. Witka Cikowskiego – świetnego kolegę, niezwykle dokładnego faceta, na nartach mistrza, a obecnie ratownika TOPR. Andrzeja Noconia z Krakowa, który z czasem stał się świetnym narciarzem, „Majoneza”, czyli Maćka Koniora, z jego żoną Moniką, zawsze uśmiechniętych i gotowych, by pójść w góry. Teraz ich wszystkich zastąpił Maciek Bielawski, świetny przewodnik tatrzański, który chłonie Góry podobnie jak ja, rozumiemy się bez słów. Maciek, którego serdecznie pozdrawiam, jako mojego serdecznego przyjaciela i prawdziwego człowieka. Do Maćka dołączyli, choć rzadziej wspólnie ruszamy w Tatry: Adam Brzoza, znakomity fotograf, Wiesiek Kowalski, Egon, Beti, Magda Derezińska, Magda Ziaja, Madzia Szpot, Ewka Stodolska, Marcin Marciniszyn, Andrzej Śliwiński, Asia z Poronina, Aga Szymaszek, Ewka Łukaszczyk, a ostatnio Darek Grzeszczak, którego „zaraziłem” ski-alpinizmem. Dziwne, ale patrząc na swoje życie zauważyłem dziwną, stale powtarzająca się prawidłowość, że tak zwanych fajnych ludzi spotkałem tylko w Górach. Z małymi wyjątkami. Tu na dole, zbyt często widzę małe zawiści, obłudę, fałsz, brak pasji, dlatego omijam z daleka. Może to źle, ale taki jestem i nie mam zamiaru się zmieniać na starość:). Moi przyjaciele. Trochę się towarzystwo porozjeżdżało, ale wspomnienia zostały. Przyjaźnie też. Spotkanie przy bufecie trwało ok. 2 godzin. Potem trzeba było wracać do kraju. Mieszanie piwa i borowiczki podziałało na mnie powiedzmy sobie – mocno znieczulająco, dlatego lekko lub mocniej chwiejnym, „oppenheimowskim” krokiem podążyłem na przystanek CSAD-u, zabierając ze sobą z ławki narty, kijki i plecak. Autobus nadjechał. Potem był powrót na Krzeptówki. Kolejny sezon za mną. Znowu rok przybył. No ale wtedy miałem 29 lat i nie myślałem o upływie czasu:)) A więc Lodowa na zakończenie sezonu? Zdecydowanie tak.
 
Jarząbczy Wierch – sam na sam z górami...
W maju 1995 r. kończyłem sezon narciarski samotnie na Jarząbczym Wierchu (2137 m). Celem był zjazd z tego szczytu na północ, na stronę Doliny Jarząbczej. Bycie sam na sam z Górami ma swój niepowtarzalny smak. Jest z pewnością pewną strefą intymności, dającą zdecydowanie silniejsze doznania i przeżycia, niż wycieczka w grupie. Najsilniejsza jest wtedy Przygoda. I liczą się głównie własne umiejętności i możliwości. Wtedy wszystko od Ciebie zależy: podejście, zjazd, decyzje są tylko Twoje, a odpoczywasz gdzie chcesz. Wolność, niczym nieskrępowana, to dominujące uczucie takiej wyprawy. A właśnie takiej wolności potrzebujemy przecież bardziej niż kromki chleba. Góry dają ją nam, „na tacy”, wystarczy tylko sięgnąć. No to sięgnąłem po nią:) Bardzo sobie cenię takie samotne wycieczki narciarskie. Dlatego, od czasu do czasu, ruszam w Góry na fokach sam. Po przygodę sam na sam z Tatrami. Opisana wycieczka miała miejsce w 1995 r., podczas pięknej i wyjątkowo śnieżnej zimy. A takie wtedy bywały w Tatrach niemalże rok w rok. Wspomnienia mają wielką moc i chcę się nimi z Wami, drodzy czytelnicy nieznanych Tatr, w jakimś stopniu podzielić. Wielka to przyjemność móc stwierdzić, iż sprawy, o których myślało się przed laty, a które pozornie tylko poszły w zapomnienie, odżywają po latach i to w postaci być może doskonalszej. Dojrzalszej. Lepiej przemyślanej niż przed 16 laty, kiedy byłem beztroskim 29-latkiem, który chłonął jedną wyprawę tatrzańską po drugiej, nie dbał o zdrowie:), a każdy prawie skręt wykonywał na granicy ryzyka:). Teraz nie jestem jeszcze ski-turowym starcem, zmierzającym nieuchronnie ku narciarskiej emeryturze:), ale pewne sprawy odczuwam mocniej i zdecydowanie inaczej niż wtedy. Tekst ten, pisany po wielu latach od wyprawy, pokazuje jednakże te same emocje, odczucia, które zanotowałem wówczas w pamięci. Podejście rozpocząłem na Polanie Huciska, potem Krowim Żlebem wszedłem na Trzydniowiański Wierch. Słońce pali. Jak latem. Kropla mojego potu błąka się nieśmiało po moim czole i spływa do ust. Ma słono-gorzki smak. Za nią spływa kolejna. Zbliża się 13, jest już bardzo gorąco. A picie mi się już skończyło. Wargi wyschnięte, ślina robi się gęsta. A więc taki jest mój świat? Słodko-gorzki? Uśmiecham się do siebie:) Nie, nie tylko ma taki kolor. Jest bardziej pstrokaty, tak jak dzisiaj góry, skąpane w słonku. Ale z goryczy tej soli wynika to, co robię. Mój narciarski świat. Wart zmęczenia, potu, wysiłku. Jeszcze 50, 40, 30 m, wąska tutaj grań zakręca łukiem w prawo i jestem na szczycie Jarząbczego. Sam. Wbijam narty (patrz: zdjęcie). Po chwili odpoczynku wbiegam jeszcze na pobliską Raczkową Czubę (2194 m) i wracam do nart.  Zjazd. Czyli to co lubię najbardziej. Przed każdym tego typu zjazdem radzę koniecznie założyć kask i dokładnie sprawdzić, czy narty są dobrze zapięte. Ja kasku nie miałem:)), ubrałem więc zastępczo czapkę:) dopiąłem narty i ruszyłem. Ze szczytu zjeżdżamy granią na wschód w stronę Kończystego W. Górna partia wymaga uwagi i należy bardziej trzymać się stoku od strony Doliny Raczkowej, nie zaglądając zbytnio na stronę Jarząbczej. Potem jest już łatwiej – dojeżdżam do Kopy Prawdy i Jarząbczej Przełęczy. Pode mną stromy żleb i stok. Zatrzymuję się, tędy planuję zjeżdżać. Oglądam drogę zjazdu: jest dobrze wyśnieżona. Jest tylko jedno „ale” – stok pokryty jest zlodowaciałym, bardzo twardym śniegiem.


 
            Takie sytuacje są trudne. Jestem sam, stok jest bardzo stromy, a upadek w takim terenie to nic dobrego. Stanąłem na grani przed szerokim u góry, a w dole wąskim i stromym żlebem, opadającym wprost do Doliny Jarząbczej. Góra stoku była wylodzona. Próbowałem ją nartą i usłyszałem tylko chrobot, jakby tarcia po lodzie, czy też szkle. Zastanawiam się chwilę. W mojej głowie trwa dylemat myśli i wyborów. - Przecież możesz jechać na Kończysty W. i zjechać granią i łatwym terenem na Czubik i Trzydniowiański – mówi mi jedna moja połowa. Druga stwierdza stanowczo: – Jedź tędy, po stromym, jesteś w formie, dasz radę. Dylemat, co robić trwał dłuższą chwilę, myślę z dziesięć minut. Wreszcie mówię głośno, trochę dla dodania sobie odwagi: – Jadę stromym, niech się dzieje, co ma się stać. Ruszam, pierwszy skręt – chrobot po lodzie, drugi – taki sam, trzeci też. Ledwo utrzymuję równowagę. Mięśnie napięte do granic. „Palą jak diabli”, taka jazda męczy mnie okropnie. Nie zatrzymuję się jednak. Jadę jednak ostrożnie. Niżej jest lepiej, gdyż twardy śnieg przechodzi we wspaniały firn. Jakaż zmiana, jakaż szczęśliwa dla mnie metamorfoza. Teraz jest mój czas, jadę na całego. Festiwal skrętów, lekki (kontrolowany szał radości), wspaniałe uczucie wolności i precyzji ruchu, skrętu na dużej prędkości. Dojeżdżam do końca stromego – a więc decyzja była dobra. Staję chwilę, bo jestem solidnie zmęczony. Poniżej kosówki, jarzębiny – wspaniały teren, jadę długim skrętem. Dojeżdżam do potoku, potem lasu, pełnego brudnego, pokrytego igliwiem śniegu. Szus. Wypadam na Jarząbcze Rówienki. W dole słyszę szum potoku. Śnieg się kończy, zaraz za jego końcem pełno krokusów. Kładę się przy nich, podkładam plecak pod głowę i patrzę w niebo. Teraz spokojnie patrzę na trasę „wyrypy”. Ładna droga podejścia, jeszcze ładniejszy zjazd.



 
Odpoczynek w takim miejscu to kolejna nagroda za wylany pot. Trwa to ponad godzinę. Powoli, jakby od niechcenia, schodzę w doliny. Niechętnie. Dzień chyli się ku końcowi, robi się chłodniej, co przyspiesza decyzję powrotu. Na Huciskach solidnie zmęczony pakuję się do auta i wracam do domu. Kilka dni później – ponownie samotnie – robię Starorobociański Wierch północną ścianą. Kolejny piękny zjazd i kolejny sezon zakończony.
Niżnie Rysy, Skrajny Żleb – zakończenia sezonu w Tatrach Wysokich...
Kolejne takie, pamiętne dla mnie, dwudniowe zakończenie sezonu ski-turowego zorganizowałem końcem maja (25 i 26 maja), podczas zimy 2008/2009, jednej z najbardziej śnieżnych, jakie widziałem. Pierwszego dnia, z Maćkiem, Beti i Joasią, zdobyliśmy na nartach Niżnie Rysy. Następnego dnia zabrałem w góry mojego przyjaciela, Darka Grzeszczaka, mieszkającego obecnie na Florydzie. Floryda jest położona dość daleko od gór, ale Darek jest w zawsze w świetnej formie: biega w maratonach i jeździ dużo na rowerze. Ta wycieczka zaczęła się tradycyjnie: wyjazdem kolejką na Kasprowy. Szkoda bowiem w maju iść z nartami przypiętymi do plecaka, aż prawie na Górną Goryczkową. Więc zasilamy kasę PKL. Znowu pogoda jak drut – słońce i delikatny wiatr, mile chłodzący plecy, ale nie to w tej wyrypie było najważniejsze. Darek był pierwszy raz w życiu na ski-turach. Dlatego byłem bardzo ciekaw, jak mu się spodoba ta zabawa – i czy w ogóle – nie zawiodłem się. Złapał bakcyla. Miło było patrzeć, jak ktoś znajomy łapie dryg do tego sportu. Zjechaliśmy – niejako na rozgrzewkę – dwa razy różnymi wariantami z Beskidu, a potem ze Skrajnej Skrajnym Żlebem – jako dopełnienie dnia. Darek bardzo dobrze spisał się zarówno na podejściach, jak i zjazdach. Na Skrajnej mieliśmy fantastyczny firn; to pamiętam bardzo dobrze. Ostatnie skręty w sezonie i ostatnie fontanny mokrego śniegu spod nart, wszystko zakończyło się przy Zielonym Stawie Gąsienicowym. Idziemy do „Murowańca”. Niewiele mówimy, ale znowu rozmowa świetnie się układa. Aż żal wracać z gór do domu. Szkoda tylko, że Darek jest tak daleko, byłby świetnym kompanem wielu wycieczek narciarskich. Wracamy w znakomitych nastrojach przez Skupniów Upłaz do Kuźnic. Na Karczmisku pożegnanie zimy – ostatni rzut oka na panoramę. Słońce ślizga się po zaśnieżonych upłazach. Trochę żal. W 2011 r. zakończyłem sezon podobnie, zjazdem z Beskidu i Świnickiej Przełęczy – historia zatoczyła koło. Nie po raz pierwszy i nie ostatni. Na Hali kończyłem sezon wielokrotnie.
Każde zakończenie sezonu było inne. Niektóre mniej grzeczne niż inne:) W 2008 r. mocno zabalowaliśmy w gronie przyjaciół i znajomych ze szlaków narciarskich w „Yurcie” w Kuźnicach, u Przemka Sobczyka. Strasznie się źle czułem potem przez dwa dni, ale w końcu niedomagania mojego organizmu ustały i mój świat wrócił do normy. Jak mawia Wanda Czubernatowa: - ci co kaca nie mieli, co oni przezyli, co oni widzieli. Ma absolutną rację. Była nas spora grupa miłośników narciarstwa: Przemek z żoną Agnieszką, Jędrek Malinowski, Michał Trzebunia, Mariusz „Mario” Wargocki, Ewka Łukaszczyk i parę innych osób. I konkluzja. Że jednak Jędrka już nie ma wśród nas. Niestety. Dlatego wspominam te zakończenie, jako pożegnanie bardzo fajnego człowieka. Strasznie szkoda, że tak wcześnie odszedł. Podobnie jak jego ojciec, Piotr Malinowski. Podobno jednak Ci na Górze mają wobec nas własne plany, więc ja nie mierzę tych śmierci miarą ludzką. Widocznie tak miało być i już. Za to pamięć o Piotrze i Jędrzeju pozostała.
 
Zawracik Rówienkowy do Doliny Rówienek...
            Kolejna opowieść odnosi się do wycieczki ski-turowej w Dolinie Staroleśnej na Słowacji. To było w 1991 r. Jesteśmy już drugi dzień w Zbójnickim Schronisku w Dolinie Staroleśnej. Fatalna pogoda. Za oknem „fuka”, jak mówią Słowacy. Pijemy piwo. Mgła i silny wiatr, pada w dodatku gęsty śnieg. Siedzimy więc w schronisku. Po przeczytaniu posiadanych książek wieje trochę nudą. Nie za bardzo jest co robić. Na szczęście z nami są znajomi Słowacy i Czesi z Ostrawy. Popołudniowa impreza przeciąga się do późnej nocy. Śpiewamy wspólnie polskie i słowackie pieśni o górach. Po czwartej rano kładziemy się spać. Za oknem nadal parszywa pogoda. Rankiem, ok. dziewiątej budzę się i oczom nie wierzę. Za oknem bezchmurna pogoda. Wspaniały wielki błękit i słońce, zalewające świetlistą strugą całą Dolinę Staroleśną. Zrywamy się z łózek i po szybkim śniadaniu wyruszamy. Idziemy na fokach od schroniska pod Zawracik Rówienkowy (2270 m). Tam tempo naszego marszu spada. Długimi zakosami pniemy się pracowicie pod tę przełęcz. Warunki są idealne i udaje się nam wejść na samą przełęcz na nartach. Widok wspaniały. Jak to w Tatrach. Przepinamy narty, zdejmujemy foki i zjeżdżamy żlebem na północ, ku Dolinie Rówienek. Stromizna ok. 35-40 stopni. Czyli taka, jak to w tatrzańskich żlebach. Ruszam pierwszy, trochę nonszalancko. To się mści. W prawej części żlebu natrafiam, będąc na dość dużej prędkości, na zlodowaciały śnieg i... lecę przez łeb. Spadam w dół z 10 metrów. No cóż, bywa:). Wstaję. Wstyd, że mnie „prasło” (nie cierpię takich chwil). Ruszam dalej w stronę górnej części Doliny Rówienek stromym, szerokim stokiem, którym jadę długim skrętem. Potem zjeżdżamy do dolnego piętra Rówienek. Zgodnie stwierdzamy, że to jedna z ładniejszych tatrzańskich dolin. Czeka nas kolejny fragment zjazdu obok gęstych diabelnie kosówek, ale dajemy radę. Wypadamy z lasu nieco poniżej Polany Pod Wysoką. Jedziemy na nartach dalej aż do Polany Biała Woda i Łysej Polany. Daje to łącznie ok. 11 km zjazdu i przewyższenie ok. 1200 metrów. Piękna wyrypa. Pogoda znowu załamuje się. Gdy docieramy autobusem do Zakopanego nadchodzi kolejna fala opadów mokrego śniegu z wiatrem, ale przecież ją przechytrzyliśmy. Czasami tak trzeba. Oszukać wroga i szybko – siup – przez góry. Udało się. Kolejny sezon zakończony.


Autor na Skrajnej Przełęczy. Fot. Darek Grzeszczak


 
Krzyżne Anno Domini 2012...
            Ostatnia długa wyrypa sezonu? No nie ostatnia, ale taka typowo wiosenna. Robiona w tropikalnym niemal upale, w dużej grupie znajomych. Jej celem było Krzyżne. Tatrzańska przełęcz, z której wiele razy już zjeżdżałem, nigdy się na niej nie zawiodłem. Tak było i tym razem. Startujemy w ponad 10-osobowej grupie z Kuźnic. Wieje jak diabli, ale po godzinie i pół spaceru z nartami na ramieniu lądujemy na Hali. W „Murowańcu” jak to w „Murowańcu”o tej porze – tłoczno. Nasza zabawa trwa. Humory dopisują. Spotykamy Tomka Króla:) jest Hubert, Marcin, Józek, Wojtek z Krakowa, Madzia S. i Madzia Z. i cała paczka znajomych. Dziewczyny stwierdzają, że Krzyżne to dla nich za daleko i idą na Kasprowy. No cóż, mamy demokrację, teraz to już tylko męska wyprawa:). Podejście przez Dubrawiska, z kluczeniem pomiędzy kosówkami, to kolejny element wyprawy na Krzyżne. Stajemy nad pięknym żlebem spadającym do Pańszczycy na Wyżnie Zielone. Zjeżdżamy kolejno. Fajnie, firn. Znowu przypinamy foki i pniemy się pod Krzyżne. Ostatni kawałek z nartami przypiętymi do plecaków. Widok ten sam, ale zawsze zachwyca. Zresztą ja już w piękniejsze od Tatr góry nie uwierzę. Szykujemy się do zjazdu. Wcześniej wypijamy, dzięki Wojtkowi, coś pysznego. Na tej wysokości tej klasy śliwowica to rarytas. Pijemy po sporym łyku: za Twoje zdrowie Wojtku – i za Twoje, i za nas wszystkich! - toast za toastem. I tak ma być. I niech mi nikt nie mówi, że to nieodpowiedzialne. Tak ma być. Po prostu. Przyjaźń ma swoje prawa i wymagania. Zaczynamy zjazd. Szczególnie warto pochwalić Marcina, który pokonał wspaniały żleb i Huberta, który był niezwykle dzielny oraz szybkiego Józka, który w górach jest zawsze szybki jak kozica. Do domu wracam po 20, wyrypa super - w sumie 11 godzin wycieczki. Ramiona i twarz pieką, gdy z Arielem schodzimy przez ostatni kawałek nartostrady na Nosalową Przełęcz. Kolejny sezon się kończy. Zmęczenie jest, a więc to była prawdziwa „wyrypa narciarska”.
Podczas tych dni Góry wyraźnie mi sprzyjały. Nie jedyny raz zresztą:) Narciarstwo turystyczne stało się z czasem – na miarę moich skromnych możliwości – esencją mojego życia. Tak już zostało. „Młodość potrzebuje jakiegoś objawienia. Dla mnie były nim góry. To bardzo ważne, żeby coś pokochać, by nie zgubić tych wartości, dzięki którym życie różni się od wegetacji” – mówi słynny francuski wspinacz, Gaston Rebuffat (1964). I ma całkowitą rację. Myślę, że wielu z nas zgodzi się z jego słowami. Szukajmy zatem na wiosennych tatrzańskich szlakach i śniegach wolności, młodości i czego jeszcze chcemy. Szukajmy wyśnionego, wiosennego żlebu. Narciarskiej wyrypy. I nie zapomnijmy o Przyjaźni, bo ona jest najważniejsza. Ważniejsza nawet od tego, co uda nam się osiągnąć w górach.: Tatrach lub innych. Chociaż w piękniejsze od wiosennych Tatr Góry, ja jakoś nie wierzę.
Po każdej takiej wycieczce narty zawsze pakuję do stojaka i zapominam o nich na pięć miesięcy. I ciągle pamiętam mądrą myśl zawartą w książce Stanisława Worwy. „Wdy wiyrchowoł nie bedzies, ale coś uwierchowoł, to Twoje”. To prawda. Pamiętajmy o tym, żeby żyć, tak mocno, jak tylko się da. Zwłaszcza w górach. Bo z czasem różnie być może, dlatego „co uwierchujemy” teraz, będzie nasze. Dlatego powstał mój projekt: „Never stop skiing”, dzięki niemu zawsze, kiedy mam wolne, myślę o nartach, kolejnych wyzwaniach i zjazdach. Planuję z mapą nowe zjazdy i wyrypy. Nawet latem. Każde z opisanych powyżej zakończeń sezonu było inne, inaczej zapamiętane i przywołuje inne odczucia i wspomnienia. Jedne zapamiętałem bardziej, z racji niezwykle pięknych zjazdów, inne z powodów towarzyskich, które są przecież bardzo ważne. Jeszcze inne – te samotne – z racji wspaniałej ciszy, która zagrała mi wtedy w duszy. Cisza, której, tak naprawdę, każdy z nas, chociaż trochę potrzebuje. Tak jak przyjaźni. Chciałem podziękować wszystkim tym, którzy pomogli mi rozwijać moje zainteresowania ski-turingiem: moim rodzicom, którzy nauczyli mnie jeździć na nartach, licznym przyjaciołom. Góry – mam takie nieodparte wrażenie – odwzajemniły mi mój wielki zapał/pasję i chociaż mam świadomość, że kiedyś ta moja przygoda ze ski-turami się skończy – to jednak jeszcze nie teraz. Wychylam kielich dobrego wina za sezon 2011/12. Okazał się wyjątkowo fajny i ciekawy. Narciarsko, żlebowo i towarzysko.
 

 
Nie pytaj, komu bije dzwon, on bije nam wszystkim...
Ostatnia informacja z Tatr, otrzymana w czasie pisania tego tekstu, napełnia mnie głębokim smutkiem. Na Rysach, w żlebie „Rysy”, zginął narciarz. Ski-alpinista, człowiek Gór. Zginęła też kobieta. Nie znałem ich osobiście, ale wiadomość o śmierci na Rysach zelektryzowała mną do głębi. Pozostawili w żalu wielu znajomych i tych, którzy ich znali. Łącząc się w bólu z tymi, którzy teraz płaczą, chcę powiedzieć jedno. Nie możemy mierzyć tego, co się stało na Rysach naszą ludzką miarą. Widocznie Bóg miał własne plany wobec nich. I jeszcze jedno. Ryzyko jest wpisane w ski-alpinizm i ludzie giną. Ginęli i będą ginąć. Bo człowiek jest omylny, popełnia błędy, a czasami przyroda i stromizna zwycięża. Czasami schodzi lawina. Z reguły giną Ci, którzy dotknęli krawędzi/granicy swoich możliwości. Albo ją przekroczyli. Najlepsi z najlepszych. Ale z drugiej strony dotknąć tej krawędzi to jest jak błogosławieństwo. Tak to czuję. Więc lepiej pomilczmy chwilę nad nimi. I pomódlmy się.
Z drugiej strony taka śmierć pokazuje też jedno. Jakie życie, taka śmierć. Trudno się mówi o czyjejś śmierci, ale... Piękniej jest umierać, gdy do końca swoich ziemskich chwil robimy to, co najbardziej kochamy. Pięknie jest będą człowiekiem Gór, odejść w ich majestacie. Runąć w dół, w objęcia stromego żlebu i spojrzeć śmierci w oczy. Chociaż to trochę potwornie brzmi, ale tak według mnie jest. Biorę za te słowa odpowiedzialność. Tak właśnie zginął Krzysztof. Sam też chciałbym tak odejść i liczę, że Ci na Górze kiedyś wysłuchają mojej modlitwy o górską śmierć.
 Co prawda odeszli przedwcześnie, ale tego nie zmienimy. Możemy za to pielęgnować dobry ślad i pamięć, który po sobie pozostawili. Dlatego nie pytajmy, komu bije hemingłejowski dzwon. W Tatrach i innych Górach, on bije jednakowo nam wszystkim. Głośno i wyraźnie. Tym, którzy odeszli i tym, którzy idą w Góry ich śladem. Ważne więc, by cieszyć się życiem. Każdą jego chwilą. Ludźmi przede wszystkim. W końcu śmierć jest jego częścią. Ważną i istotną. Wpisaną w nasz żywot. Warto się nad nią zastanowić, a nawet do niej uśmiechnąć. A póki co... Żyjmy najmocniej, jak się tylko da. A co to znaczy? Niech każdy odpowie na to arcytrudne pytanie w swoim sumieniu. Po cichu. Bo tylko w ciszy rodzą się słowa i wartości, prawdziwe, wyraziste i ważne.
 
Tekst i zdjęcia: Wojciech Szatkowski
 
Fot. Darek Grzeszczak
 


Copyright nieznanetatry.pl &GÓRY