Weszła na długich i zgrabnych nogach, ledwo przysłoniętych mini spódniczką, pewnym
i dystyngowanym krokiem. Łakome spojrzenia objęły jej sylwetkę, natychmiast wyłapując wszelkie niuanse harmonii nóg, bioder, talii i piersi. Minęła całą salę, a także wszystkie spocone myśli, bez najmniejszego zachwiania, jakby zjadała swą zwykłą porcję owsianki, popijaną szklanką mleka. Tylko on jeden odważył się przed nią stanąć ... poczuł zapach perfum, zbyt drogich by mógł je rozpoznać. Jej wypielęgnowane paznokcie lśniły nienagannie, równomiernie rozprowadzonym lakierem koloru łososiowego ... Zaproponował jej kolejkę. Zawahała się, lecz poszła za nim. Wsiedli razem do ciasnego i dusznego wagonika. Po kilkunastu minutach byli już nad brzegiem Łomnickiego Stawu. Nowy wspaniały Świat tego tatrzańskiego eremu, na chwilę przyćmił ich pospolite zmysły. Westernowy ogródek wabił drewnianymi imitacjami górskiej przyrody, przyciągając tłumy domorosłych fotoreporterów; ratlerek z czerwona kokardą na czole poszczekując piskliwie, skakał do kolan damy przebrzmiałej urody, ubranej w szpilki i kapelusz.
Wiszące nad Kieżmarskim ciemne chmury nie mąciły radości miejsca i gości.
Dwoje z kolejki ruszyło przed siebie, jakby czymś zajętych, spieszących się. Było tuż przed Południem, gdy dotarli pod ścianę. Pod środkowym filarem stała dwójka Słowaków. Czekali na przejaśnienia. Po ścianie ślizgał się gęsty i ciemny całun mgły. W wyłaniających się zacięciach i kominach czerniły się strużki wody. Pomyślał o je delikatnych opuszkach palców i perfekcyjnym pedikiurze. Nie powinni byli tu przychodzić, to nie było miejsce dla niej. Po pierwszej kolejce mógł jej zaproponować następną… i na tym poprzestać, nie upierać się przy tej penetracji. Spoglądali bez słów na siebie i na granit nad sobą, na jego kuszącą strukturę – przewieszki, wybrzuszenia, szczeliny, zagłębienia. Nie miał odwagi powiedzieć jej, że pragnie, lecz się boi; chciał, by ta decyzja wypłynęła z głębi jej serca.
I ona nie śmiała wypowiedzieć swoich wątpliwości, tego, co ją kusiło i odpychało jednocześnie.
W końcu przerwała przedłużające się milczenie, krótkim acz treściwym: „- idziemy”. Zrozumiał to jako zaproszenie do wejścia w nią, do zagłębienia się ...
Stało się to w tym samym niemal momencie, gdy miał się wycofać. Poczuł radość, iż odnalazła w sobie tą niezbędną determinację, odwagę i odrobinę szaleństwa, żeby nie wspomnieć o braku wyobraźni, które i w nim się tliły, a teraz potęgowały jej pragnieniem.
Położył dłonie na gładkiej, jasnej powierzchni strzelistych kolumn, którymi wspierała się przed nim ... i zbliżył się ku niej najbliżej jak to było możliwe ... najintymniej, bez słów, delikatnie. Czuł pod palcami wilgoć, miejscami ściekającą wolnymi strużkami, niczym nieśmiałymi łzami wzruszenia ...
Stojący nieco z boku Słowacy, przesunęli się teraz bliżej, stanęli w małym oddaleniu i przyglądali się z zaciekawieniem temu osobliwemu zbliżeniu. Czuli się, jakby ktoś im zabrał sprzed nosa ich przyjemność, jakby ten nietykalny fragment rzeczywistości stał się nagle dostępny, uległy, możliwy do wzięcia, do kosztowania.
Mimo braku słońca, osowiałej mazi chmur, wciąż ciążącej nad nimi, wciąż niepewnej, grożącej ulewą, albo nawet burzą, nie było mu zimno. Posuwał się dość sprawnie do góry, szybko zapomniawszy o wilgoci, o bojaźni, o tym wszystkim co było przed ... Interesował go tylko koniec, dojście ... przebicie się przez mglistą warstwę wilgoci tuż nad jego głową, kres depresji, której jeszcze nie sięgnął, a o której wiedział, że musi przez nią przejść.
Patrzyła za nim ufnie, powierzając się jego intuicji, doświadczeniu, znajomości terenu. Czuła, że jest z tego dumny, nie odbierała mu tego poczucia, ono było jego siłą, ono dawało także jej siłę. Szła za nim niemal ślepo, tak iż nie zobaczyła przewieszki nad sobą, ta odebrała jej siły, nie zdążyła jej wyminąć, zawołała przed siebie: „ - lecę! ...”
Nim dźwięk jej słów doszedł do niego, spostrzegł, jak lina napięła się, a blok, na którym założył stanowisko, nie drgnął, nie urwał się i nie pociągnął go ku niej, na głowy żądnych wrażeń Słowaków. Dno Lejkowego Kotła pozostało nie splamione, nie zanieczyszczone, nieme, cierpliwe. Tylko jej nienaganny makijaż, z wolna pękał pod ciężkimi kroplami potu, wydobywając z jej twarzy prawdziwą naturę, i niemal męski charakter ... Nie patrzył na jej zmęczenie, na jej nowy rys. Oglądał granit, jego płaską powierzchnię, tak nienawistną, tak trudną do oparcia. Walczył z niepokojem, jaki spadał na niego wraz z coraz niżej opadającymi oparami chmur. Domyślał się jedynie dalszego przebiegu drogi, bo dostrzec go nie było możliwym. Wyszedł nad ograniczającą widoczność przewieszkę i nadal niewiele mógł dostrzec. Nad jego głową, nieco z lewej strony, zwieszały się ciemne bryły. Wyglądały jak oddalone widma i były tak potężne, iż czuł że nie należy na nie nawet patrzyć. Skradał się więc w ich cieniu, po zielonych, połogich płytach, ukosem w prawo, tam, gdzie z dołu zdawał się dochodzić głęboki komin, także niewidoczny, zamazany szarością. Nim go dosięgnął, usłyszał głos i tylko z tonu się domyślił, iż zwiastuje koniec wyciągu.
Wybierał linę długimi ruchami ramion, przyciągając ją ku sobie, jak najszybciej, jak najbliżej, jakby mu śpieszno było ją ujrzeć. Tymczasem źródło jego pobudzenia tkwiło w jaśniejszym obliczu nieba, które teraz odsłaniało istotne szczegóły ich zbliżenia. Miał nadzieję zdążyć przy końcu tej długości liny dotknąć depresji, zagłębienia, w którym spotykają się ze sobą środkowy filar i komin. Świadom odległości, poprosił ją, by w razie niesłyszenia się, szła za nim, na naprężonej linie.
Była mu posłuszną. Gdy lina napięła się jak struna, zdjęła pętlę z bloku i ruszyła. Śpieszyła się, by go ujrzeć. Prawie się nie znali, a jednak był jej bliski ... Każda minuta gdy zostawiał ją gdzieś w środku ściany, przytwierdzoną, pod sobą, stawała się udręką jakiegoś nieznanego jej dotychczas osamotnienia, wyobcowania. Więc gdy ponownie go widziała, gdy miała go w zasięgu wzroku, to była wdzięczna, że jest ... że na nią czeka.
Byli sami, tylko ich głosy niosły się po okolicy. Tego dnia ściana należała wyłącznie do nich ... a oni do niej. Świadomość tego drugiego mocniej tkwiła w nim niż w niej. Dosięgnął w niej punktu, gdzie schodziły się najważniejsze elementy jej struktury ... był w jej centrum. Dotykał owego wilgotnego zagłębienia, z którego brała początek główna depresja. Miał przed sobą wyraźne zwężenie – mokre, ciasne, wąskie na krótkim odcinku i osłonięte ścianami dwóch filarów. Dnem depresji / rampy, sączyła się woda. Wilgoć dominowała tutaj bardzo wyraźnie. Dotychczas można było jeszcze omijać strużki, zacieki, teraz stawało się to prawie niemożliwe.
Pomyślał o wyjściu na filar, ale i ten ociekał. Wdarł się w zwężenie, ocierając się o lewą ściankę, w najsuchszym miejscu jakie znalazł. Przeszedł na małą grzędę w środku depresji i nią się posuwał aż do końca liny, i jeszcze jakiś odcinek, aż do znalezienia miejsca na stanowisko.
Nie słyszaa już nic, ani jej, ani siebie. W uszach tryskały jej dźwięki rozpryskujących się na skale kropli; strumień depresji sączył się przez jej wszystkie komórki ... Ich oddalenie potęgował ten mały potoczek, tak niewielki, a nie do uciszenia, nie do zatrzymania. Był tak wątły, że zdawało się, iż lada chwila musi się skończyć, a jednocześnie tak beznadziejnie wytrwały, że stwarzał wrażenie wiecznego istnienia. Sączył się pod jej skórą, w myślach, pod paznokciami ... Palce miała zdarte do krwi, paznokcie straciły nie tylko blask, ale i lakier ... Już od dłuższego czasu była obdzierana z tego, co przysłaniało jej rzeczywisty wygląd, a w tej chwili nie zostało już nic z jej nienagannej formy, w jaką ubierała dotychczas swoją zewnętrzność. Czy czuła się pusta? Nie, raczej wyprana.
A on znów na nią nie patrzył. Dostrzegał tylko tamtą ... spowitą całunem mgły, szarych chmur, wciąż nieuchwytną, acz niedaleką. Gonił ją jak zjawę, jak marę, na przekór zdrowemu rozsądkowi. Kosztował jej wilgoci, mimo rozgrzanego ciała, zimnej jednak. Nęciła go i jej uległ, a teraz był bliski dojścia, skończenia tego, co zaczął. Posunął się już tak daleko, tak głęboko wszedł, iż nie było odwrotu. Czuł to wyraźnie. Szemranie wody wokół było dla niego jej szeptem ... intymnym szeptaniem, którego niewielu zakosztowało, którego nieliczni mogli tylko posłuchać. Kontynuował nie zatrzymując się. Szła równocześnie z nim, także spragniona końca. Obojętne już jej było, kim jest ... kim jest dla niego, dla siebie. Chciała skończyć. On zaś zapamiętał się w tym wartkim opadaniu kropel, w łapaniu ich perlistego werblowania, i w delikatnych ruchach bioder, balansujących pomiędzy strużkami depresji i filarów. Aż drogę zagrodziła mu ściana u wylotu rampy.
Przesunął się w prawo. Szedł po ścianie filara, poza obręb zagłębienia depresji, poza jej wilgoć i poza cień szczytu. Dotarł do słońca, czy też ono objęło go w tym samym momencie. Dotknął suchej skały, ciepłej ... i poczuł zmęczenie, odprężenie. Jakby wraz z zamilknięciem strojnego szemrania strumienia, opuściło go napięcie, niepewność, zwątpienie, czy dojdzie... Założył stanowisko, by zobaczyć też radość w jej oczach, by opowiedzieć jej o być może najdłuższym lotnym wyciągu w swoim życiu. Ściągał ją do siebie, a słońce się nie chowało, a w dole była tylko przepaść – odległość pomiędzy spełnieniem a pragnieniem. Śmielej powierzyła się stanowisku, pomimo większej odległości do piargów, odważniej zawisła nad dnem doliny. Wiedziała, że wkrótce się uścisną, rozwiążą, i będą sobie bliżsi niż przedtem. Patrzyła za nim, jak mija ostatnią strugę wilgoci, jak wznosi się po suchej skale za załom.
Wkrótce poszła jego śladem i stanęła naprzeciw. Zrobili to, odważyli się, choć nic na to nie wskazywało; pomimo obaw i zahamowań, wbrew przeszkodą, a nawet wbrew sobie ... Uścisnął jej dłoń ... nie była śliska, wręcz przeciwnie, była nawet mocna, i szorstka. Przebrał...a spodenki. Spojrzał na jej, jego? umięśnione łydki ... zarost na twarzy niewyraźny, lecz z bliska ewidentny! Pierwszy raz, od chwili spotkania zetknęli się tak blisko. Ujrzał JEGO ... jakby opadły mu łuski z oczu. No tak, przecież nie mógł tamtej przeciągnąć po niej, jak ona by mogła wyglądać po tej drodze... z poszarpanymi włosami, połamanymi paznokciami, utrąconymi obcasami...? Zrozumiał, iż posiedli JĄ, we dwoje, zespoleni, zespołowo ... bo ściana jak i skała, to jest rodzaj żeński.
Z Dziennika Wypraw 2.VII.2010
Wspomnienie z przejścia 'lewego' Puskasa na Kieżmarskim Szczycie

Adam Śmiałkowski: zawód wyuczony - zecer,
zawód wykonywany - fotograf.
Pośródpasji, najtrwalsza - taternictwo.
W górach od dziecka. Wspina się od ośmiu lat,
latem i zimą. Niektóre z tych doświadczeń fotografuje i opisuje.
W Tatrach ma swoją drogę.
W styczniu 2011 ukończył kurs przewodnika tatrzańskiego.